-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Życie i śmierć męczeńska Jana Sarkandra. Część 2.

Ks. Teodor Czaputa, Niezłomny rycerz chrystusowy. Życie i śmierć męczeńska błog. Jana Sarkandra. Cieszyn 1932 (fragmenty).

Trzecie śledztwo i męka ognia.

Nazajutrz, dnia 14 lutego, zeszli się komisarze celem prowadzenia dalszego śledztwa, daremnie jednak czekali tym razem na sędziego miejskiego Scyntyllę, który mimo kilkakrotnego wezwania, odmówił stanowczo wzięcia udziału, wymawiając się ważnymi zajęciami, których odłożyć nie może. Zniechęceni komisarze przeklinali Jana i Scyntyllę, a w obawie, by się Jan z rąk ich i przygotowanej dlań tortury nie wymknął, przykazali dozorcy więzienia pilnie czuwać, by katolicy nie podali Janowi w potrawach trucizny, lub nie użyli jakich czarów, by go przed cierpieniem zabezpieczyć. —po czym więzienie opuścili.

Tymczasem inna jeszcze okoliczność odwlekła dalsze śledztwo. Nowe posiłki polskie, przysłane przez króla Zygmunta cesarzowi Ferdynandowi, wkroczyły do Moraw. Właśnie „zimowy król“ protestancki, Fryderyk V (zwany tak dla swego krótkiego panowania), odebrawszy hołd od stanów morawskich, wybierał się do Wrocławia, by i Śląsk objąć w posiadanie. Stany tedy protestanckie były zmuszone gromadzić wojsko, już to dla obrony Moraw przeciw wojskom polskim, już to dla bezpieczeństwa swego króla w drodze na Śląsk. Na czele wojska protestanckiego, zebranego w Ołomuńcu i okolicy, stanął Bitowski. Nie mógł tedy dalej osobiście przewodniczyć sądowi nad Janem, a miejsce jego objął Ścibor Żernowski z Żernowa.

Dnia 17 lutego przybył tenże w towarzystwie dawniejszych komisarzy Prażmy: Ullersdorfera i świeżo przyłączonego Piotra Koprzyckiego do więzienia i kazał przywieść przed siebie Jana. Najpierw przedstawił mu, że zdrada jego i Lobkowica to już rzecz publicznie wiadoma Daremnie więc wymawia się z tego przed stanami kraju. Męki, których już skosztował, należą mu się tedy słusznie jako zbrodniarzowi. Od dalszych i sroższych może się uwolnić jedynie otwartem przyznaniem się do wszystkiego. Wtedy może liczyć na wzgląd i łagodniejszą karę. W razie oporu czekają go męki najstraszniejsze. Może te kilka dni, które upłynęły od ostatniego przesłuchania, doprowadziły go do lepszego namysłu. Niechże tedy bez ogródek wyzna, jakie to układy przeprowadzał w Polsce z ramienia Lobkowica w sprawie posiłków wojskowych.

W odpowiedzi zaznaczył Jan raz jeszcze, że podróż do Polski odbył jedynie w celu odprawienia ślubowanej pielgrzymki do Częstochowy, drugi raz natomiast udawał się do Krakowa, skoro w Rybniku dowiedział się o zajęciu swego kościoła przez innowierców, nigdy zaś z jakiegoś tajnego a państwu zagrażającego polecenia namiestnika Lobkowica.

„Nigdy z tym panem — mówił Jan — nie rozprawiałem o czym innym, jak tylko o rzeczach duchownych i tyczących się jego sumienia. Podobnież przekonany jestem, że i on nie zamierzał dawać mi podobnych zleceń, anibym też sam tego rodzaju spraw bez zezwolenia mojej władzy na siebie nie przyjmował. Dobrze, .szlachetni panowie, wiecie, że w kraju nie brak ludzi śmiałych i doświadczonych w politycznych sprawach, więc też i Lobkowic nie miał potrzeby w wykonaniu podobnych planów posługiwać się ubogim nic nieznaczącym kapłanem, który się na polityce, obyczajach dworskich i wojskowości całkiem nie rozumie. Stąd sami panowie możecie wywnioskować, jakiem oszczerstwem są te wszystkie zarzucane mi zbrodnie.“

Na nic jednak nie przydała się ta Obrona Jana wobec sędziów, którymi nie kierowała miłość prawdy i sprawiedliwości, tylko nienawiść i chęć zemsty na kapłanie katolickim, którego cała dotychczasowa działalność duszpasterska taką była zawadą dla szerzącego się błędnowierstwa. Wnet też w odpowiedzi na słowa Jana wydał Żernowski rozkaz oprawcom rozciągnąć Jana na skrzypcu.

W czasie tej okrutnej męczarni powstał świeżo przybyły szlachcic Piotr Koprzycki z nowymi przeciw Janowi skargami. Był on właścicielem ziemskim w pobliżu Holeszowa, w obrębie parafii Jana. Już matka jego była zapaloną protestantką i wychowała syna w nienawiści do Kościoła katolickiego. Umarła w czasie, kiedy kościół holeszowski znajdował się w posiadaniu odszczepieńców i została pochowaną w kościele. Gdy jednak rok przed przybyciem Jana do Holeszowa kościół wrócił w posiadanie katolików, ciało jej, jako heretyczki, zostało z kościoła usunięte, zgodnie z prawem kościelnym, i w jej własnym ogrodzie pochowane. Stąd nienawiść syna do Kościoła katolickiego wzmogła się jeszcze więcej, a teraz najniesłuszniej całą swoją żółć począł wylewać na Jana, zarzucając, że to on właśnie w swej zachłanności burzycielskiej nawet umarłym nie daje spokoju, że zwłoki jego matki kazał z kościoła wyrzucić i jak padlinę w ogrodzie zakopać; że w swej parafii niekatolików gwałtem zmusza do spowiedzi na sposób papieżników i do przyjmowania komunii pod jedną postacią; że słudzy duchowni „Braci“ za jego sprawą musieli opuścić kościół św. Anny i swą szkołę, a luteranie i „Bracia“ z całego Holeszowa wynieść się musieli; że on sprowadził Jezuitów i kościół ów im oddał, że on jest powodem gwałtownego prześladowania albo przymuszania do papiestwa niekatolików w Holeszowie i całej okolicy więzieniem, utratą majątku i wygnaniem.

Na tę skargę, która w szczególniejszy sposób zaboleć musiała Jana, bo pochodziła z ust parafianina, nad którego nawróceniem z całą gorliwością pracował, — odpowiedział męczony:

„Najmilszy Panie Piotrze! Wiesz niezawodnie i musisz pamiętać, że do Holeszowa przybyłem 6 maja 1616 r., kiedy już ciało twej matki poprzednio wykopano i z kościoła holeszowskiego usunięto. Już też i luterscy duchowni, jak wszystkim wiadomo, opuścili byli plebanię, a pikardyści szkołę i parafię holeszowską. Jeśli zaś mnie za to potępiasz, żem, pełniąc urząd kaznodziejski, błędy wiary wytykał i zbijał, grzechy zaś i nieprawości karał, to sam przez to zbawieniu duszy twojej największą szkodę wyrządzasz. Zresztą powiedz, jakiem kiedy słowem, uczynkiem lub radą uraziłem lub prześladowałem ciebie, czy któregokolwiek z pośród tu obecnych? Co zaś władza świecka, dana i oświecona od Boga, czyni ku obronie własnej i swych poddanych, za to ona sama kiedyś zda sprawę sędziemu, żądającemu rachunku.“

Nie mogąc tym słowom Jana żadnego uczynić zarzutu, powtarzali sędziowie uporczywie dawne pytanie, odnoszące się do koniuszego Lobkowica, a Buchheim dorzucił nowe pytanie, kiedy i gdzie tenże z Janem się rozstał i co zrobił ze skrzynią złota, którą wiózł ze sobą.

Odpowiedź Jana brzmiała, że gdy dojechali do drogi, która z gościńca krakowskiego zbacza do Częstochowy, pożegnał się z koniuszym, dziękując za oddaną mu przysługę, że ani wie, dokąd koniuszy dalej jechał, ani się z nim już później nie widział. Nie wie także zupełnie, czy prócz baryłki wina, którą zauważył, wiózł koniuszy ze sobą jakie pieniądze, zwłaszcza w skrzyni, na której siedzieli.

Zaledwie sługa Boży słów tych dokończył, rozkazał Żernowski katom jeszcze mocniej ciało niewinnej ofiary na skrzypcu naciągnąć i obnażone piersi z obu stron płonącymi pochodniami przypiekać.

Na szydercze pytanie sędziów nic już Jan nie odpowiadał, tylko cichy szept modlitwy przerywał niekiedy głośniejszym wymówieniem najświętszych imion: Jezus, Maria, Anna! Męczarnia trwała około dwóch godzin, aż komisarze zmożeni swędem pochodni i palonego ciała, który ich w oczy gryzł i dech im zapierał, a więcej jeszcze nieugiętym męstwem Jana zwyciężeni, opuścili izbę więzienną, rzucając jeszcze na odchodnym zawieszonemu na katowni Janowi pogróżkę: „Innej jeszcze nauczymy cię modlitwy, jeśli nas za błaznów mieć nie przestaniesz!“

Ostatnie przesłuchanie i trzecie męczeństwo.

Następnego dnia, to jest 18- lutego, zebrało się grono komisarzy dla dalszego śledztwa. I w tym dniu brakowało Bitowskiego, był jednak jego marszałek i pełnomocnik, a wśród wymienionych już dawniej przedstawicieli stanów protestanckich spotykamy tego dnia jeszcze jednego nazwiskiem Vit Oesterreicher.

Pijani winem i nienawiścią kazali wprowadzić Jana, który po wczorajszej męczarni z największym tylko wysiłkiem trzymał się na nogach, a Scibor Żernowski rozpoczął śledztwo, powtarzając wszystkie znane nam już pytania. 

Gdy Jan stawianym mu zarzutom z prostotą zaprzeczył, — Benesz Prażma, obsypując go obelgami, krzyknął: „Co? Ty nie wiesz, jakie knuły się spiski? Jaką zdradę przygotowywano? Czy ci tego wszystkiego Lobkowic nie wyjawił na spowiedzi? A zatem wyznaj i wyjaw nam to wszystko, bo inaczej ogniem i innymi jeszcze mękami spiski te z ciebie wydobędziemy!“

Na to Jan, idąc śladem św. Jana Nepomucena, odrzekł słowami, które zasługują, by je w rocznikach Kościoła katolickiego wypisać złotymi głoskami na wieczną pamiątkę: ,,O żadnych spiskach nie wiedziałem. Co się zaś tyczy tajemnicy spowiedzi, choćby mi w niej coś takiego wyjawiono, to o tym już nic nie wiem, ani wiedzieć chcę, ani śmiem o tym myśleć i pamiętać, a to z powodu największej i nienaruszalnej pieczęci tego Boskiego Sakramentu. Dlatego też, chociażbym nawet wiedział, że mnie w kawałki porąbiecie, że mnie żelazem, ogniem i najwymyślniejszymi mękami zabijecie i w popiół obrócicie, wolałbym przecież to wszystko z łaską Bożą znieść, aniżeli na moment przeciwko tej tajemnicy zgrzeszyć.“

Wrogowie Jana z każdym śledztwem coraz wyraźniej objawiają swą nienawiść do Kościoła katolickiego, czyli właściwą przyczynę, dla której Jana więżą i męczą. W tym śledztwie ostatnim wyraźnie rzucają się na świętość spowiedzi i stającego w jej obranie kapłana każą ze zdwojoną wściekłością naciągać na katowni i palić pochodniami, głowę ściskać żelazną obręczą. Kat pospieszył wykonać okrutny rozkaz, a Jan jak dawniej, tak i teraz powtarzał wśród cierpień słowa psalmów i wzywał najsłodszych imion: Jezus, Maria, Anna.

Gdy przystawione do boków płonące pochodnie od krwi z otwartych ran ciekącej gasły, szydzili sędziowie z oprawców, że nie dość znają się na swym rzemiośle. Podnieceni tym oprawcy umaczali pochodnie w smole, siarce i łoju, by się lepiej paliły. Tymczasem ciało męczennika rozciągnięto kołem tak gwałtownie, że kamień, do którego nogi Jana przywiązano, wysunął się nieco z posadzki- Prócz modlitw jednak i cichych westchnień żadne inne wyznanie przez sędziów oczekiwane nie wyszło z ust katowanego.

Wymyślili tedy nową męczarnię: kazali w mieszaninie z oliwy, łoju, żywicy i smoły umaczać pierze, oblepić nim ciało męczennika i zapalić. Ciało Jana stało się żywą płonącą pochodnią.

Głośny płacz niewiast i szmer oburzenia tłumu przyglądającemu się przez okno z ulicy temu strasznemu widowisku, dochodził do więzienia i mieszał się z dzikim wrzaskiem i przekleństwami sędziów, którzy zawiedzeni w swej nadziei, że te nadludzkie cierpienia zmuszą Jana do zeznań zgodnych z wymienionymi mu zarzutami, zaczęli stałość jego przypisywać czarom. Rozkazali tedy oprawcom czary wypędzić czarami. W tym celu obcięto Janowi w kształcie krzyża nieco włosów z głowy, brody i innych części ciała, paznokcie z palców, spalono, popiół zmieszano z wodą i dano mu wypić. Z uśmiechem na ustach wypił Jan tę obrzydliwość, ciesząc się w duchu, że i w tym względzie dane mu było cierpieć na podobieństwo Zbawiciela.

Oczywiście czary nie zmieniły stałości męczennika. Bezradni sędziowie opuścili po trzech godzinach tortur więzienie, przesycone swędem spalonego łoju, siarki i ciała ludzkiego, ale nie chcąc dać za wygraną, grozili jeszcze, odchodząc już prawie konającemu, nowymi męczarniami.

Jan odwiązany z rusztowania padł bezwładnie na prawy bok pod ścianą na ziemię. Oprawcy sądzili, że już skonał i zostawili go tam jakiś czas. Gdy jednak Jan dawał znaki życia, wynieśli go do celi więziennej.

W drodze odzywali się jeszcze z pogróżkami nowych tortur, na co Jan odrzekł: „Nie spodziewam się już niczego, jak rychłej śmierci, gdyż moje ciało całe zranione i wyniszczone, nie będzie już miało sił do zniesienia jakiejkolwiek męczarni.“ W celi położyli go oprawcy na słomie i nakryli suknią kapłańską.

Śmierć Jana Sarkandra



tagi: protestantyzm  jan sarkander 

rotmeister
24 lutego 2018 22:22
5     394    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Tytus @rotmeister
25 lutego 2018 19:11

Tu wstrząsający opis męczonego świętego kapłana, a dziś chrześcijanie nawet na pięć minut w ogrzewanym kościele nie uklękną. Co za czasy.

Bóg zapłać!

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @rotmeister
25 lutego 2018 22:02

Ciężko coś komentować. Pamiętam, jak się strasznie protestanci obrazili na wieść o procesie beatyfikacyjnym.  Św. Jan Paweł II - ośmielił się.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @Tytus 25 lutego 2018 19:11
25 lutego 2018 22:41

Katolicyzm właściwie od początku spotykał się z czyms takim. Prześladowania były, są i będą. Niestety.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @pink-panther 25 lutego 2018 22:02
25 lutego 2018 22:43

Oni nie lubią przypominania takich rzeczy. Najważniejsze jest poklepanie sie po ramionach i "kościół źle się prowadził i handlował odpustami". I takie tam.

zaloguj się by móc komentować

qwerty @Tytus 25 lutego 2018 19:11
26 lutego 2018 07:38

bo nikt nie ma ochoty na refleksje jakie ceny za nasze życie płacono i zapłacono

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować