-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Zdzisław Morawski, Sacco di Roma.

Zdzisław Morawski, Sacco di Roma. Kraków 1923 (fragment).

 

Sacco di Roma – zdobycie i złupienie Rzymu w dniach 6–14 maja 1527 przez niemiecko-hiszpańskie wojska Karola V podczas wojny z Francją, papieżem Klemensem VII oraz miastami włoskimi.

 

Błyskawicą rozeszła się wśród szeregów wieść, że Bourbon śmiertelnie ranny (Karol III de Burbon-Montpensier, Książę de Burbon, hrabia Montpensier i delfin Owernii. Przed Sacco di Roma ofiarował swoje usługi cesarzowi Karolowi V Habsburgowi). Na chwilę wstrzymało to dalsze ruchy. Ale wnet rzucili się żołnierze z podwójną zaciekłością naprzód. Chcieli pomścić wodza, a może podniecała ich nadzieja łatwiejszej teraz, bo bezkarnej grabieży. Bourbon dogorywał właśnie w samotnej kaplicy, kiedy książę Oranji, objąwszy z jego zlecenia dowództwo, na całej linii znów pognał wojsko do szturmu. Chwila ta odbiła się w pieśni śpiewanej przez francuskich żołnierzy, otaczających Bourbona, a zapisał ją Brantôme, który ją z ust ówczesnych "rycerzy szczęścia" — ces adventuriers d’alors — zasłyszał:

 

Quand le bon prince d’Orange

Vit Bourbon qui estait mort,

Criant: Saint Nicholas!

Il est mort, Saincte Barbet

Jamais plus ne dit mot,

A Dieu rendit son âme.

Sonnez, sonnez trompettes,

Sonnez tous à l'assaut,

Approchez vos engins,

Abbatez ces murailles,

Tous les biens des Romains

Je vous donne au pillage.

 

A ci Rzymianie, których mieniem rozporządzano już z poza murów, witali tymczasem wybuchem radości wieść o zgonie konetabla. W lot rozchwytywano podawane z ust do ust nowiny, że szturm odparty, że nieprzyjaciel po śmierci wodza w rozsypce, a że książę Urbinu z wojskami Ligi tuż następuje, że stanął już nad Tybrem, zajął Ponte Molle. Złudzenie trwało krótko; około południa wznowiony przez armię cesarską atak miał być ostatni, lecz zwycięski. W ogrodach kardynała Armelliniego spostrzegli Hiszpanie dom wbudowany w mury miejskie, z przysypaniem naprędce gruzami wejściem do piwnic. Przez ten otwór wtargnęli natychmiast do miasta, a równocześnie obok Porta San Spirito lancknechci zdołali nareszcie wedrzeć się na wały, na których pierwszy stanął niejaki Mikołaj Seidensticker. Kilka w mgnieniu oka zdobytych dział zwrócili napastnicy na Zamek św. Anioła. Na ten widok wszczął się między załogą popłoch, a armia cesarska wdarła się na mury i runęła z okrzykiem triumfu na miasto. Jedna część milicji papieskiej pierzchła od razu; druga w rozpaczliwym wysiłku jęła bronić przystępu do ulic; ale wnet zgniotła ją liczebna przewaga najeźdźców.

 

Z tysiąca żołnierzy z dzielnicy Parione dziewięćset padło trupem; z resztek „Czarnych Znaków” pod Lucantoniem pozostało dziesięciu przy życiu; całą niemal gwardię szwajcarską wycięto w pień pod obeliskiem. Obrona dzielnicy Leonińskiej była skończona. Renzo da Ceri wpadł do Watykanu, a tymczasem fala najeźdźców zalała Borgo. Żołnierze cesarscy, z porwanym naprędce kawałkiem chleba w jednej, a szablą lub dzidą w drugiej ręce, rozpoczęli szalony, dziki pościg, mordując: wszystko, zbrojnych i bezbronnych, ludzi i zwierzęta, bo nawet spotykane po drodze konie i muły zabijano, aby nikt przed końcem walki nie mógł unieść łupów. W szale rozboju i pijaństwie krwi nie oszczędzano nic i nikogo; w szpitalach dobijano rannych i chorych, albo ich wrzucano żywcem do Tybru; do wnętrza domów ciskano rozpalone głownie; wszczynały się już w kilku miejscach pożary; między innymi spłonął dom posła francuskiego, Alberta Pia z Carpi. Szczęk broni mieszał się z krzykiem ściganych, jękiem mordowanych, ale wszystko zagłuszało dzikie wycie rozbestwionego żołdactwa, które z hasłem „Espana” i „Imperio” święciło straszliwy triumf.

 

Klemens VII na dzień przedtem myślał jeszcze o ucieczce z Watykanu. Chciał dotrzeć do bliskiej Ostii, a stamtąd przedostać się na okręty Andrzeja Dorii. Inni radzili mu opuścić przynajmniej dzielnicę Leonińską, cofnąć na lewy brzeg Tybru do starego miasta i zburzyć za sobą mosty. Przemogły namowy Renza da Ceri, który zapewniał, że miasto przeciw wojsku nie mającemu armat łatwo obronić zdoła. Papież nie dzielił tej pewności; ale że Rzym miał się bronić, dla przykładu i jemu wypadało w nim zostać. W dzień szturmu od rana zamknął się w kaplicy watykańskiej; ludzie go zawiedli, tak Franciszek I, jak Henryk VIII, tak książę Urbinu, jak Lannoy; wszystkie subtelne kombinacje polityczne, w których się zbyt lubował, spełzły na niczym; w chwili rozstrzygającej, w chwili doraźnego niebezpieczeństwa, stał sam, o własnych tylko, a na domiar złego, tak marnych na razie siłach. Z śmiertelnym niepokojem w sercu, pod brzemieniem odpowiedzialności za Rzym i papiestwo, padł na kolana przed ołtarzem, wzywając jedynej pomocy, której mógł się jeszcze spodziewać.

 

Tę ogrójcową modlitwę wśród dalekiego huku dział i wystrzałów z muszkietu, przerwał nagle około południa groźny odgłos bliższej walki: cesarscy wtargnęli już byli do miasta i u wrót Watykanu mordowali gwardię szwajcarską. Do kaplicy wpadła świta papieska; za trzy credo, mówi jeden ze świadków, było już na ratunek za późno. Na wpół niesiony, na wpół pchany, rzucił się papież do korytarza, łączącego Watykan z Zamkiem św. Anioła. Za nim biegli kardynałowie, datariusz Giberti, Schömberg, Alberto Pio z Carpi, stary Salviati, przybyły w tej chwili z wieścią o przegranej Renzo da Ceri, i cały zastęp biskupów, prałatów, dworzan. Z okien krużganku widać było pościg najezdniczej tłuszczy za bezbronnymi mieszkańcami Borga, dolatywały przez nie dzikie wrzaski zwycięzców i rozdzierające krzyki mordowanych. Łkając, zdążał Klemens VII do Zamku. Biskup z Nocery, Paolo Giovio, który sam to opisuje, ujął kraj jego szaty, żeby go nie hamowała w biegu, a na otwartym moście u wejścia z krużganku do twierdzy, zarzucił mu na plecy własny fioletowy płaszcz, aby po białej szacie nie poznano z ulicy papieża i jaki zaciekły lancknecht nie strzelił z dołu za uciekającym.

 

W chwili, kiedy Klemens VII wpadł do Zamku, komendant twierdzy kazał podnieść zwodzone mosty. Wzmogło to jeszcze zamęt. Wprawdzie około trzech tysięcy ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci schroniło się już było w obronne mury twierdzy, ale z dwóch stron, od Borgo i od starego Rzymu przez most na Tybrze napierały szerokim wałem, pędząc ku fortecy, dalsze gromady uciekających. Obie fale zderzyły się z sobą. Zaczęto się gnieść i tratować wzajemnie. Wielu wpadło do fos i rowów, okalających Zamek. Pokaleczonych chwytał nieprzyjaciel. Inni, odparci od Zamku, rzucili się ku łodziom na rzece; ale łodzi było za mało, a te które znaleziono, przeciążone ludźmi tonęły. Stary kardynał Pucci, który przez cały ranek stał na wałach, zachęcając żołnierzy do obrony, przybył do Zamku, kiedy mosty już były wzniesione; przedzierając się ku twierdzy, spadł z konia i runął wśród ciżby; stratowanego i ranionego w głowę podniesiono z fosy i przez okno, w którym wyłamano kraty, wciągnięto do Zamku. Przybyły również za późno Armellini, znienawidzony przez Rzymian kardynał-camerlengo, kazał się windować w koszu na linie i tak dotarł do wnętrza. W koszach tych wciągano do Zamku zebrane naprędce w okolicznych domach i sklepach prowianty, bo od razu pokazało się znów, że Zamek był źle zaopatrzony, źle utrzymany. Nawet kraty u bram były zardzewiałe i źle chodziły w zawiasach. Z trudem zdołano je za papieżem i kardynałami zatrzasnąć.

 

Prócz tych dwóch kardynałów zamknięci byli ze św. Kolegium z Klemensem VII dwaj późniejsi papieże, Farnese i Del Monte, a dalej Cesi, Orsini, Accolti, Trivulzio, Pisani, Campeggi, Rangone, Ridolfi i Cibo. Zdeklarowani stronnicy cesarscy, kardynałowie Della Valle, Cesarini, de Vio, Piccolomini, Aracoeli, i jedyny purpurat z nominacji Hadrjana VI, Enckevordt, pozostali w swych pałacach. Ufali w dawny, nawet w krwawych zamieszkach średniowiecznych przestrzegany obyczaj, że przy najazdach Gibellini szanowali mieszkania Gibellinów, Gwelfowie Gwelfów. Tym razem i to miało być złudzeniem. Ale z początku pałace ich stały się przytułkiem dla tych, którzy szukali schronienia, a do twierdzy przybyli za późno. Inni z zebranymi naprędce kosztownościami uciekali do kwater zaprzyjaźnionych z Hiszpanią i cesarstwem posłów, albo do mieszkań Colonnów. Ubożsi kryli się po kościołach i klasztorach, lub w podziemiach starych ruin rzymskich. Wszystko to miało być daremne, wszystkich zdołała wytropić szatańska chciwość najeźdźców. Ale na tym gorączkowym szukaniu schronisk i kryjówek zeszły mieszkańcom Rzymu pierwsze godziny po wkroczeniu wojsk cesarskich do Borgo. Każdy już tylko myślał o własnym ratunku, nikt prawie o dalszej obronie.

 

Papież zaś, ledwie się za nim wrzeciądze forteczne zawarły, przemyśliwał już o nowych układach. Pod twierdzę nieprzyjaciel zbyt blisko podchodzić nie śmiał, bo artyleria zamkowa strzegła dostępu. Rzeźbiarz Rafaello da Montelupo i złotnik Benwenuto Cellini nastawiali działa i kierowali obroną: dziwne ostatnie świadectwo wszechstronności mistrzów Odrodzenia w dzień jego zgonu. Misja wysłannika papieskiego do starszyzny cesarskiej spełzła na niczym. Książę Oranii we własnym i w imieniu innych pułkowników odrzekł, że do układów przystąpi dopiero, skoro mu papież odda Trastevere i Ponte Molle. Klemens VII nie przyjął tych warunków. Miał jeszcze nadzieję, że się po śmierci Bourbona armia cesarska sama z siebie rozprzęże, a że miasto po lewej stronie Tybru obronić się zdoła. W tym celu Renzo da Ceri opuścił znów Zamek św. Anioła i podążył na Kapitol. Tam od zebranych na naradę rajców miejskich zażądał zerwania mostów na Tybrze i zabarykadowania wschodnich bram miasta; stare miasto byłoby natenczas od wojsk cesarskich Tybrem odcięte, a z drugiej strony zabezpieczone przed grożącym znów napadem Colonnów. Małoduszna odpowiedź Rady brzmiała, że Colonnom, jako obywatelom rzymskim, nie można odmówić przystępu do Rzymu, a że pięknych mostów szkoda, już ze względu na koszta, jakich by nowa budowa przysporzyła miastu.

 

Nie wskórawszy nic na Kapitolu, pospieszył Renzo na Zatybrze. Stanowiło ono osobną, nie połączoną z Watykanem i dzielnicą Leonińską, oszańcowaną całość. Nie można było myśleć o zdobyciu samego Rzymu, nie zabezpieczywszy się przedtem na Zatybrzu. Ale zadanie wojsk cesarskich było łatwiejsze, niż przy zdobywaniu Borga, bo miano już teraz zabrane przed południem armii papieskiej działa. Do szturmu wiedli od winnic Janikulu lancknechtów z jednej strony, Włochów z armii cesarskiej z drugiej, Bemelberg i I,odovico Gonzaga z Sabbionety, dla niezwykłej siły powszechnie Rodomonte zwany. Obrona była niedołężna. W mgnieniu oka wysadzono bramy i wojsko cesarskie zalało Trastevere. Załoga, porzuciwszy broń, umknęła przez Ponte Sisto do miasta. Tam, przy tym moście miały się teraz rozstrzygnąć losy Rzymu.

 

Zdobycie Borga i Trastevere było bowiem dopiero połową zadania. Wiedzieli o tym dobrze pułkownicy cesarscy i truchleli na myśl, że im się źołnierstwo rozsypie za łupem, zanim sam Rzym posiędą. Nie wiedzieli zaś, czy i jak się ten Rzym bronić będzie. Już zmrok zapadał, kiedy zwartym szeregiem Niemcy i Hiszpanie ruszyli ku Ponte Sisto. Zastąpiło im drogę poselstwo z Kapitolu, które wiódł bawiący w Rzymie ośmnastoletni margrabia Brandenburski, Gumprecht. Ale żołnierze nie chcieli już słyszeć o układach. Z wściekłością rzucili się na wysłanników senatu; towarzyszący Gumprechtowi protonotarjusz Gumppenberg, wpadł do jednego z przyległych domów i zdołał się ukryć; inni pierzchnęli; sam Brandenburczyk dostał się w ręce lancknechtów. A tymczasem wojsko cesarskie dotarło do mostu, którego głowy bronił kwiat szlachty rzymskiej, Renzo da Ceri z synem na czele domu Orsinich, Gianbattista Savelli, Ranuccio Farnese, Girolamo Mattei, bracia Tibaldi, miody Giulio Vallato z proporcem, na którym widniał napis Pro fide et patria, i inni. Alberini porównywał ich do Decjuszów, którzy śmiercią przebłagać chcieli gniew bogów. Zbitą ławą ruszyła na nich horda najeźdźców. Obrona była dzielna, ale wobec przemocy krótka. Vallato, Savelli, Tibaldi i Gianpaolo Orsini, syn Renza, legli trupem. Po ich ciałach szeregi cesarskie wtargnęły do miasta; teraz już cały Rzym do nich należał i, jak rano na Borgo, rozpoczął się i tu od razu pościg za uciekającymi i rzeź bezbronnych mieszkańców.

 

Sanudo w Diariuszu swym oblicza, że tego pierwszego dnia wyrżnięto dwanaście tysięcy Rzymian; może to zbyt wysoka liczba, ale inny kronikarz mówi, „że wszędzie leżały takie stosy trupów ludzkich j zwierzęcego ścierw a, iż ledwo było można przejść z jednej strony ulicy na drugą”. Jak huragan przeleciało wojsko przez miasto, ścieląc przed sobą po drodze wszystko. Wreszcie stanęło i pułkownicy zebrali Hiszpanów na Piazza Navona, lancknechtów na Campo di Fiore.

 

Do północy trzymali wodzowie żołnierzy w szeregu i obóz huczał w niecierpliwej żądzy rabunku. Jak w Zamku św. Anioła z nadzieją, tak tu, w obozie, z trwogą wyczekiwano odsieczy. Ale na próżno wyglądał Klemens VII ze szczytów twierdzy na drogi, wiodące z północy do Rzymu, a zbytecznie pułkownicy cesarscy pilnowali na wałach; nadzieja i trwoga były płonne, a wojska Ligi daleko. Po północy zagasły światła w Zamku; papież strudzoną, skołataną głowę kładł na posłaniu, w rozpaczliwym oczekiwaniu tego, co mu jutro przyniesie. W obozie zaś zaczęły rzednąć szeregi; żołdacy wymykali się za łupem i na rozpustę nocną po mieście, opustoszałem i ucichłem, odkąd nad nim przeleciał anioł śmierci. Rozpoczynało się długotrwałe plądrowanie Rzymu, „najsmutniejsza, najstraszliwsza, najhaniebniejsza tragedia” — la pin mesta, la pin spaventevole, la piu uvergognosa tragedia — jak ją Guicciardini nazywa. A tymczasem zwłoki Bourbona zaniesiono do Św. Piotra i złożono na katafalku. Wedle Sanuda przez kilkanaście tygodni paliło się wokoło trumny dwanaście gromnic, a dwunastu księży dniem i nocą zawodziło psalmy. Katafalk stał w kaplicy Sykstyńskiej, gdzie na piętnaście lał wstecz złożono u stóp pomnika pierwszego z papieży Roverów zwłoki Juliusza II. Teraz, wśród pogromu Wiecznego Miasta, spali obok siebie nieprzebudzonym snem wielki papież, który żył hasłem fuori i barbari, i straszny przywódca barbarzyńskich najeźdźców Rzymu.

 

Ale zgon konetabla przyczynił się chyba jeszcze do zwiększenia nieszczęść zdobytego miasta, bo z jego zniknięciem znikł także w armii ostatek dyscypliny i posłuszeństwa. Swawola żołnierska stała się wszechwładną. Z nazwiska książę Oranii dzierżył najwyższą władzę, lecz naprawdę nie miał jej ani cienia. Kiedy w kilka dni po wzięciu Rzymu zatrąbiono na próbny alarm, zaledwie czwarta część żołnierstwa stawiła się do szeregu. Inni ugrzęźli w rabunkach i rozpuście. Miasto już było zdobyte; teraz na ochotnika zdobywali żołdacy dom za domem, bez różnicy, czy należały one do Rzymian, Hiszpanów czy Niemców, czy mieszkali w nich bogaci czy ubodzy. Jednych i drugich ograbiano z wszystkiego, brano w niewolę i torturą zmuszano do wysokiego okupu. Już pierwszego dnia przerażał Rzymian, jak opowiada w pamiętniku swym Marcello Alberini, „rozlegający się wśród nocnych ciemności po skończonej rzezi łoskot wywalanych bram, rozbijanych kas, krzyk męczonych jeńców”.

 

Jeszcze zaś drastyczniej opisuje te sceny inny naoczny również świadek, Bawarczyk Gumppenberg. „Rzymianie mówi — wybiegali pomiędzy żołnierstwo na ulicę, głosząc się stronnikami cesarskimi i zapraszając do siebie, gdzie dla żołnierza przygotowano jadło i napój, łoże i łaźnię. I myślał Rzymianin, że się chciwy Hiszpan łyżką strawy, zadowoli. Ale gdy się ten dobrze najadł i napił, wtedy potraktował po swojemu gospodarza, zabrał mu żonę i córki, aby z niemi poigrać, a na niego samego wołał: Dajże nam jako wiernym sługom cesarskim pieniądze, jako żeś i ty wierny cesarski człowiek, abyśmy z tymi oto białogłowami triumfować (triumphiren) mogli. Tyle a tyle cesarz nam winien; pożycz, a cesarski majestat ci to odda. Słysząc to, poznawał Rzymianin szaleństwo swe poniewczasie i chciał kazania Hiszpanowi prawić, czy tak ze stronnikiem cesarskim obchodzić się godzi. A wtedy żołnierz: Ty psie fałszywy, dawaj pieniędzy albo wisieć będziesz... Łżesz, żeś stronnikiem cesarskim, bo taki nie targowałby się ze sługą cesarskim o żołd. I więzili go, brali mu żonę i dzieci, plądrowali, palili i męczyli, póki im nie oddał całego mienia. A po pierwszym jawił się drugi i dziesiąty, więził go i okupu żądał, gdy zaś ten już nic nie miał, natenczas mordowano go albo męczono dopóty, aż im w rękach skonał: bo nie było wiary w tym żołnierzu”.

 

Takie były losy mieszkańców Rzymu. Mężczyzn czekała ruina i niewola, zwykle tortura, często śmierć, kobiety hańba a to hańba w oczach rodziców lub mężów, jako straszliwy środek wymuszania okupu. Kroniki opowiadają o matkach, które same sobie wykipiały oczy, żeby na hańbienie córek nie patrzeć. Na bogatsze domy urządzano liczniejsze obławy. W pałacach, służących za przytułek okolicznym mieszkańcom, sporządzano sądowy akt: wszyscy, którzy się w nich schronili, obowiązywali się zwrócić gospodarzowi domu cenę własnego okupu. Za wtargnięciem nieprzyjaciela składano ten okup. Sumy były ogromne, a biada tym, którzy ich doraźnie uiścić nie mogli. Lecz i tym okupem nie okupywano bezpieczeństwa. Bo za Hiszpanami nadciągali nazajutrz lancknechci. Nie znajdując pieniędzy, rabowali inwentarz, łamiąc i niszcząc, czego zabrać nie mogli. Gorszy jeszcze los czekał tych, którzy się próbowali bronić: domy ich podpalano lub podkładano pod nie prochy. Tak wyleciała w powietrze jedna z wież kapitolińskich. Pożar szerzył się dokoła. Na Campo Marżo bronił się pałac Lomellina. Szturm był zaciekły, a gdy w ostatniej chwili właścicielka, próbując ucieczki, spuściła się na linie w podwórzec zamkowy, zabito ją wystrzałem z muszkietu.

 

W śmiertelnej trwodze, ale przynajmniej cało, przebyła te dni piekielne inna kobieta, słynna margrabina Mantuańska, Izabella d’Este. Od dwóch lat bawiła ona w Rzymie, bo przybywszy w r. 1525 na jubileusz, została w pobliżu Watykanu, ubiegając się o kapelusz kardynalski dla syna Herkulesa, który miał być później jednym z przewodniczących Soboru Trydenckiego. Drugi jej syn, Ferrante, był w wojsku Bourbona. Z drogi jeszcze przestrzegał matkę o grożącym Rzymowi niebezpieczeństwie, nalegał, aby się przynajmniej przez kilka godzin broniła, aż jej sam na pomoc zdąży. Margrabina pałac Colonnów na placu Św. Apostołów, w którym mieszkała, zamieniła w fortecę: bramy i okna były zamurowane, a wewnątrz schroniło się do trzech tysięcy ludzi. Byli tam, między innymi, posłowie z Mantuy, Ferrary, Erbinu i poseł wenecki Domenico Venier. Pierwszej nocy po zajęciu Rzymu zjawili się na placu Św. Apostołów Ferrante Gonzaga, lir. Alessandro di Nuvolara, którego piękna siostra Kamilla zamknięta była z margrabiną Mantuańska w pałacu Colonnów, i Hiszpan, Don Alonzo di Corduba. Temu ostatniemu sam Bourbon polecił był jeszcze pieczę nad margrabiną, której był siostrzeńcem. Na sznurach wciągnięto przybyłych do wnętrza warownego pałacu. Mimo takiej opieki nie obyło się bez grubego okupu. Tylko sama margrabina była od niego zwolniona, a prócz niej poseł wenecki, który się ukryć zdołał.

 

Inni złożyć musieli 60.000 dukatów. Mówiono powszechnie, że część tych pieniędzy zabrał dla siebie Ferrante. Ale w liście do brata, margrabiego Fryderyka, zaręczał, że z trudem mu tylko matkę ubezpieczyć przyszło, „bo w wojsku krążyły wieści, że w pałacu Colonna jest skarbów za dwa miliony, czemu winna była litość matki, która tylu ludzi u siebie przytuliła”. Hiszpanie strzegli pałacu, na którego rzekome skarby ostrzyli zęby lancknechci. Ledwie ich zdołał utrzymać na wodzy książę Oranji. Ale mieszkańcy pałacu wobec trwającego niebezpieczeństwa siedzieli cicho i nie śmieli się ruszyć. Dopiero dwunastego dnia o zmroku wyprowadził Ferrante matkę i przebranego za tragarza ambasadora weneckiego nad Tyber. Na łodziach zdołały dostojne zbiegi przeprawić się do Ostji. Do pałacu Colonnów wtargnęło zaś po ucieczce margrabiny rozbójnicze żołdactwo.

 

Trzymały się przez chwilę pałace łych kardynałów, którzy należeli do zdeklarowanych stronników cesarskich i ufali, że ich ten tytuł przed napadem cesarskiego wojska uchroni. Ale złudzenie to trwało krótko. Pierwszą ofiarą padła Cancellaria, wspaniały pałac Pompea Colonny, którego nie było jeszcze w Rzymie. Hiszpanie i Niemcy zrabowali nagromadzone w nim skarby. Kardynał della Valle ogromnym okupem uratował zrazu siebie i chroniących się w jego pałacu Rzymian. Za jego przykładem poszli kardynałowie Cesarini, Enckevordt i Piccolomini. Kardynał de Cupis z dziećmi Madonny Felicji Orsini, córki Juljusza II, zdołał zbiec i po długiej pieszej wędrówce dotarł do Ostji. Ale okup, spłacany przez kardynałów Hiszpanom, budził chciwość lancknechtów. Rzucili się więc na rezydencje kardynalskie. Zaczęło się od kilkogodzinnego szturmu na pałac sieneński. Kardynała Piccolomini wzięto w niewolę. Obnażonego zaciągnęli żołnierze do kwater swych na Borgo, biczując go, kopiąc i poniewierając po drodze. Następnie padły pałace della Valle, Cesarini i Enckevordt. W pierwszych dwóch obliczano łupy na 200.000 dukatów, bez względu na to, że już okup przedtem był spłacony. Ośmdziesięcioletni kardynał Ponzetto dostał się także w ręce nieprzyjaciół. Godzinami włóczono go po mieście, do banków i znajomych, od których spodziewano się za niego okupu. A kiedy starzec się już na nogach utrzymać nie mógł, jeden z lancknechtów zarzucił go sobie przez plecy, „jak martwe ciało” — come un corpo morto. Gorsze były jeszcze losy kardynała Numalio, z zakonu św. Franciszka. Tak jak Ponzetta włóczono i jego po mieście, szukając okupu. Wiózł go lancknecht przywiązanego za sobą na koniu. Okupu nie zdołano jednak zebrać. Wtedy złożyli go lancknechci do trumny, ponieśli w procesji do kościoła Aracoeli i złożyli na katafalku.

 

Rozpoczęły się błazeńskie egzekwie z bluźnierczymi śpiewami. Nie brakło i mowy pogrzebowej, w której jeden z lancknechtów wyliczał rzekome winy i zbrodnie kardynała. Otworzono nawet grób w posadzce i już go żywcem grzebać miano, aż w ostatniej chwili, nie mogąc i w ten sposób wymusić na nim pieniędzy, których nie miał, zawleczono go znów w tym samym pochodzie do domu. Tam wobec na wpół żywego odbyła się stypa i pijatyką zakończyli lancknechci tę straszną ceremonię. Dostał się także w ręce najeźdźców uczony Dominikanin, Tomasz de Vio, znany powszechniej jako kardynał Gaetanus, ten sam, który już na Soborze Lateraneńskim tak żarliwie wołał o reformę kościoła, a w r. 1518 oponował Lutrowi w Augsburgu. Przybranego jak na pośmiewisko, z czapką facchina na głowie, gnali lancknechci przez miasto w daremnym poszukiwaniu okupu, bijąc go i policzkując po drodze. Ze łzami kazał Klemens VII błagać Niemców, ażeby się ulitowali i „nie gasili tej pochodni Kościoła”.

 

W wymownym w swej ścisłości sprawozdaniu, sporządzonym dla Karola V przez jednego z urzędników cesarskich, towarzyszących armii, mówi autor, „że lancknechci zachowywali się w Rzymie jako prawdziwi luteranie, inni jako ludzie stojący poza wszelką religią”. Różnica między śniadym, zwinnym Hiszpanem, a jasnowłosym ociężałym Niemcem z Północy, objawiała się i w innych znamionach. Hiszpana cechowało wyrafinowane okrucieństwo i rozwiązłość, Niemca brutalność i pijaństwo. U obu była równa chciwość. Tylko pierwszy zagrabione dobro chował zazdrośnie, drugi trwonił wnet wszystko na grę i pijatyki. Hiszpan o wyuzdanych żądzach był postrachem kobiet. Brantóme opowiada, że na długo jeszcze po tych dniach klęski, zwano w znaczącym zwrocie kobiety rzymskie, od wielkich pań do prostych służebnic, „relikwiami z czasów Sacca”. Nawet dostojne córki Domenica Massimo, po spaleniu rodzinnego pałacu, nie uszły gwałtu. Lud rzymski upatrywał w tym karę Bożą za to, że kiedy Klemens VII w wigilię najazdu wezwał zamożniejszych mieszkańców Rzymu do składki na werbowanie wojska, Massimo, jeden z najbogatszych patrycjuszów, przysłał papieżowi, jakby na żart, sto dukatów.

 

U lancknechtów odzywała się natomiast, jakoby echem ze zbuntowanej przeciw Kościołowi Północy, nienawiść do papiestwa i jego sług, do obrządków i świętości katolickich. Miasto świątyń w świątyniach swych miało też najsrożej odczuć furię najeźdźców. Ani jeden z kościołów nie ustrzegł się świętokradzkiej napaści. W bazylikach św. Piotra i św. Pawia poustawiano konie jak w stajniach. Z Lateranu zabrano głowy Apostołów, którymi żołnierze rzucali po ziemi jak piłką; z klasztoru San Silvestro skradziono głowę św. Jana Chrzciciela, którą polem pozostała z ogólnej rzezi ostatnia zakonnica znalazła. Lancę Longinusa porwał któryś z lancknechtów i ostrze jej na drzewcu własnej lancy osadził. Chusta Weroniki, uświęcona czcią tylu wieków, przez kilka dni brukała się po karczmach rzymskich. Wielki krzyż Konstantyna włóczyli żołdacy po ziemi na Borgo. W innych kościołach rozbijano ołtarze, rabowano świeczniki, naczynia, szaty i przybory kościelne, strzelano do krucyfiksów, dziurawiono obrazy, z relikwiarzy wyrzucano relikwie, a nawet z kielichów hostie, depcząc je w kale po ziemi. Otwierano na koniec groby, szukając w nich skarbów. U Św. Piotra rozbili Hiszpanie grób Apostoła, a następnie jęli odwalać kamienie z grobowców papieskich. Kości Sykstusa IV ustrzegł od poniewierki ciężar wspaniałego pomnika Pollajuola; ale do sąsiedniej trumny drugiego z papieży Hoverów wśliznęła się chciwie świętokradzka ręka żołdaka.

 

Łupieniu kościołów towarzyszyło mordowanie zakonników, hańbienie zakonnic. Pierwszą niemal ofiarą najeźdźców padł klasztor przy Santa Maria del Popolo, dziwnym trafem ten sam, w którym przed kilku laty zamieszkał był przelotnie mnich przybyły z Północy, z którego okien patrzał na Rzym Odrodzenia, ten Rzym, któremu wkrótce w buncie swej nowej nauki tak zaciętą miał wydać wojnę. Dawnych jego braci zakonnych wymordowali teraz najeźdźcy do nogi. Równie straszny był napad na kościół i klasztor Minerwy, na klasztory na Campo Marzo i na Monte Citorio. Mord i rabunek kończył się zwykle orgią: na ołtarzach rozsiadało się żołdactwo z ulicznicami; grano w kości, popijając z święconych kielichów; pod stropem kościelnym rozlegały się klątwy i bezwstydne śpiewy; krew z winem spływała po posadzce, a wśród wrzasku i pijaństwa, dopuszczano się wszelkich bezeceństw. Potem cała ta rozbójnicza zgraja ruszała z ciężkim ładunkiem łupów do kwatery. Były to pochody z piekielnego karnawału: szli lancknechci z infułami na głowach i pastorałami w ręku, ulicznice przybrane w ornaty i kapy, a przodem pędzono kapłanów, przebranych na pośmiewisko w stroje kobiece, i wzięte w niewolę, odarte z tych strojów, matrony i dziewice rzymskie. Innym razem ciągnęła taka maskarada pod Zamek św. Anioła: na osłach jechali lancknechci przebrani za kardynałów, w pośrodku jeden z nich w białej sutannie papieskiej. Okrzyki pijanej tłuszczy „Luther Papst, Luther Papst”., rozbrzmiewały dokoła i dochodziły aż do wnętrza Zamku, do uszu Klemensa VII. A tymczasem ów karnawałowy papież lancknechtów piorunował w długiej przemowie na papieży rzymskich, „którzy śmieli kłaść przeklęte stopy na uświęcone głowy cesarzów”.

 

Cochlaus znów opowiada, że inny lancknecht, nazwiskiem Grunenwald, wybiegał często przed Zamek „ i wołał, aby mu dano zjeść kawał mięsa z papieskiego ciała, ażeby to mógł Lutrowi powiedzieć«. W szale świętokradzkim nie było granic: razu jednego przybrali lancknechci osła w szaty kościelne i jęli przymuszać uwięzionego kapłana, aby mu podał Przenajświętszy Sakrament; ksiądz hostię za hostią sam połykał, aż padł nieżywy pod razami oprawców. Nie brakło takich, którzy dobrowolną śmiercią ratowali się wśród przeciągłych tortur. W torturowaniu przodowali Hiszpanie, wietrzący zawsze zdradę i podejrzewający jeńców, że przecież mają jeszcze gdzieś skryte pieniądze. Im kto był wykwintniejszy i szlachetniejszego pochodzenia, tym srożej się nad nim znęcano. Cały katalog zastosowanych tortur wylicza Luigi Guicciardini współczesnych swych zapiskach. Jednych wieszano za ręce nad studnią, grożąc im przecięciem sznurów, jeżeli nie wydadzą całego mienia; innym przybijano nogi (to posadzki, biczowano ich, albo przypiekano im rozpalonym żelazem boki; innych jeszcze morzono głodem, wyrywano im zęby, obcinano nos lub uszy, które potem musieli połykać. Ten sam Guicciardini opowiada, jak niejaki Giuliano Princivalle z Camerino, dworzanin kardynała Cibo, przetrzymawszy już długą torturę a nie mając pieniędzy na okup, cofał się w czasie przeciągłego śledztwa ku oknu i rzucił się na ulicę, aby dobrowolną śmiercią skrócić mękę. Inny, Giovanni Ansaldi, zapłacił już był na torturze tysiąc dukatów, a gdy go nadal męczono, żądając więcej, wydarł puginał oprawcy i ugodził się nim w serce. Straszną jest historia żony przywódcy gwardii szwajcarskiej z Watykanu: błagającej o litość obcięto obie ręce, którymi zasłaniała kłutego i biczowanego na śmierć małżonka.

 

Nawet u starszyzny nie było w tych dniach ani źdźbła litości. Florentczyka, Bernarda Bracci, gnali żołnierze do banku Bartłomieja Welsera, aby go zmusić do złożenia okupu. Na Ponte Sisto spotkał się ten pochód z pułkownikiem wojsk Bourbona, a od wzięcia Rzymu gubernatorem miasta, la Motte des Noyers. Dowiedziawszy sic, że Bracci tylko 7000 dukatów zapłacił, zagroził mu La Motte, że go natychmiast z mostu do Tybru wrzucić każe, jeżeli mu jeszcze pięciu tysięcy nie dopłaci. Na kilkanaście milionów obliczają współcześni okup, złożony nieprzyjaciołom przez Rzymian, a chyba drugie tyle wynosiła wartość samych łupów. Te łupy po większej części sprzedawano na miejscu Żydom, którzy je kryli w podziemiach na Ghetto. Szuflami dzielili Hiszpanie i lancknechci pomiędzy sobą zrabowane kosztowności, perły i drogie kamienie, a lada knecht nosił w trzosie kilkaset, czasem kilka tysięcy dukatów.

 

Ile skarbów sztuki i nauki zginęło w tym odmęcie, dojść trudno. Katastrofa była tak okropna, tyle ważniejszych spraw, bo spraw mienia i życia, w grze, że współcześni o tym, jako o szczególe prawie podrzędnym, milczą. Ale kto wie, czy względny brak pamiątek z ąuattrocenta w Rzymie, w porównaniu np. z Florencją, nie jest skutkiem pogromu z 1527 r. Czy prawda, że żołnierze Bourbona rozpalili ogniska w Stanzach Rafaela, tego także z kronik ówczesnych nie dojdzie. Mówi to jednak dawna, ustna tradycja w Rzymie. Do Biblioteki Watykańskiej wtargnęli najeźdźcy. Z trudem książę Oranji, który stanął w Watykanie kwaterą, uratować ją zdołał. Ale wiele rękopisów wtedy zniknęło bez wieści, a po ulicach wiatr miótł i roznosił strzępy bulli i regestrów z kancelarii papieskich. W stajniach wyścielano dla koni archiwami podłogę. Biblioteki przy kościołach św. Piotra w Okowach, św. Apostołów i św. Sabiny zgorzały. Paolo Giovio stracił część gotowych już rękopisów barwnych swoich historii. Stracili również księgozbiory: uczony kaznodzieja, kardynał Egidio z Viterbo, lekarz papieski Accoramboni z Gubbio i ów Angelo Colocci, w którego ogrodach gromadziła się Akademia rzymska. Ich straty zapisały kroniki współczesne. O innych milczą, ale wiadomo, że w wielu pałacach i klasztorach zniknęły wówczas zbiory archiwalne na zawsze. Srodze ucierpiało archiwum kapitolińskie. W Watykanie, gdzie ich książę Oranji z biblioteki wygnać zdołał, dostali się przecież żołnierze do sal innych. Słynne witraże Wilhelma de Marcillat padły ich ofiarą. Wybito je, żeby ze spajającego pojedyncze szyby ołowiu lać kule.

 

W kaplicy Sykstyńskiej zerwano ze ścian wspaniałe Arrasy Rafaela, o których już Paris de Grassis pisał, że „piękniejszych nie znajdzie w Universum”. Przez trzydzieści prawie lat miały się błąkać, zanim powróciły znów do Watykanu. Zresztą spisu zrabowanych naówczas dzieł sztuki zestawiać niepodobna. Stanowiłby on jednak spory bez wątpienia przyczynek do inwentarza krzywd, które obrazoburczy instynkt Reformacji wyrządził światu. A spis taki do olbrzymieli wzrósłby rozmiarów, gdyby zestawić można owo mnóstwo złupionych, zniszczonych lub zaginionych sprzętów, którymi ówczesny Włoch, tak często dziki jeszcze w obyczajach, ale wykwintny w przyzwyczajeniach, w swej codziennej, powszedniej niejako potrzebie sztuki, otaczać się lubił.

 

Trzy tygodnie trwało właściwe łupienie miasta, ale miesiącami trwać miała niedola Rzymian. Kogo oszczędził Hiszpan, ten wpadł w ręce lancknechta, lub na odwrót. Zwykle w każdym domu pojawiali się obaj kolejno, a co jeszcze po nich zostało, to padło na pastwę zbrojnego chłopstwa z zamków „grodów Collonów w Kampanii, którzy pod wodzą Pompea, Wespazjana i Ascania wkroczyli w kilka dni po wzięciu Rzymu przez wojska cesarskie do miasta. Zgłodniałe chłopstwo, jak stado hien, ciągnęło w trop za Hiszpanem lub Niemcem, porywając i unosząc wszystko, czym tamci wzgardzili Taborami wywozili z miasta najpospolitsze sprzęty, zniszczone przy plądrowaniu stoły i łóżka, połamane odrzwia i okiennice, wyrwane ze ścian żeleźca i gwoździe. Po przejściu tej czerni nic już niemal w zrabowanych domach nie zostało. Ale pojawili się w nich nowi goście: głód i zaraza. Długą wojną zubożały kraj nie mógł się już wyżywić, a o regularnych dostawach do miasta w panującym bez rządzie mowy być nic mogło. Toteż już w pierwszych dniach maja donosił Ferrante Gonzaga bratu Fryderykowi do Mantui, że w domu, w którym zamieszkał, „kilka osób umarło z głodu” i że „bochenek chleba sprzedawano za dukata”. W czerwcu, z rozpoczęciem upałów, wybuchło morowe powietrze i śmierć poczęła kosić między zwyciężonymi i zwycięzcami. Po stu ludzi i więcej umierało dziennie, a że nie było komu ich grzebać, więc rzucano trupy pod bramy kościelne, gilzie leżały niepochowane, lub do Tybru. Dom za domem znaczył się złowrogim, ostrzegającym przed zarazą krzyżem. Niektórzy kładli ten znak na ścianie w nadziei, że odstraszy łupieżców. Ale i to nie pomagało i Alberini opisuje, jak nieszczęśliwi Rzymianie za zbliżaniem się żołnierzy „chowali resztki chleba pod sienniki chorych, ale chowali daremnie, bo bezbożnicy, nie troszcząc się o zarazę, zabierali je stamtąd, zostawiając głodnym tylko słomę i wełnę z posłania”.

 

Straszny był obraz miasta, nawiedzonego równocześnie przez morowe powietrze, głód i ogień Mieszkańcy, którzy nie zdołali złożyć okupu, jęczeli w niewoli. Barbarzyński zwycięzca używał ich bez względu na stan lub urodzenie do najniższych posług. W kloakach musieli szukać pochowanych rzekomo skarbów. Inni, ukryci w domach, nie śmieli głowy na dwór wytknąć. Grolier opisuje, jak po raz pierwszy po wzięciu Rzymu wyszedł na miasto: „W miarę — mówi — jak zdążałem ku Forum, cisza, samotność, groza, zaduch idący od trupów zalegających ziemię, przejął mnie do szpiku; domy były otwarte, bramy wyłamane, sklepy wymarłe, a po pustych ulicach gnało tylko kilku dzikich żołdaków”. Tamtędy przeleciała już była burza, ale tam, gdzie jeszcze szalała, gdzie męczono jeńców o okup, „z ulicy słychać było — jak opowiada znów Luigi Guicciardini — nie westchnienia lub płacz, ale przeciągle jęki i zawodzenia nieszczęśliwych, bo wyli, jakby zamknięci we wnętrznościach Falaryjskicgo byka”. Tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem upływał, a twardy najeźdźca deptał bez litości Rzym i coraz bardziej rosła owa sacra ruina Wiecznego Miasta, jak ją tak wymownie Alberini w swym pamiętniku nazywa.

 

A żołnierz cesarski, Sebastjan Schartlin von Burtenbach, który odwiózł do domu piętnaście tysięcy dukatów i oprócz cennych sprzętów, strojów i kosztowności także i porwany w jednym z kościołów rzymskich „długi na dwanaście stóp stryczek Judasza”, zapisywał na wspomnienie tych triumfów liczbę zabitych wraz z rozmiarem rabunku i pożogi, kreśląc te, tylko w niemieckim oryginale całą swą brutalną dosadność zachowujące słowa: Den 6 Tag May haben wir Rom mit dem Sturm genommen, ob 6000 Mann darin zu Todt geschlagen, die ganze Stadt geplündert, in allen Kirchen und ob der Erd genommen was wir gefunden, ein gut Theil der Stadt abgebrannt. W słowach tych brzmi jakoby echo ciężkich stąpań uchodzącego z łupem lancknechta.



tagi: rzym  sacco di roma  złupienie rzymu  papiestwo  klemens vii 

rotmeister
25 września 2017 22:57
16     1338    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
krzysztof-laskowski @rotmeister
25 września 2017 23:20

Bądź pewien, że nadeszła chwila zapłacenia rachunku za zbrodnię tę i wiele, wiele innych.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @rotmeister
26 września 2017 10:28

Bezcenne. Wielkie dzięki.

PS. 1. Wielkie milczenie jest w sprawie Sacco di Roma. A przecież to jest tylko mały fragment tego, co działo się z kościołami i klasztorami ( i ludnością katolicką) w północnych Niemczech luterskich i u światłego króla Henryka VIII.

PS. Czy dałoby się wrzucić więcej kawałków tej książki??

zaloguj się by móc komentować


rotmeister @pink-panther 26 września 2017 10:28
26 września 2017 11:22

Da się. Może nie dzisiaj ale się da.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @pink-panther 26 września 2017 10:28
26 września 2017 12:22

Bo tylko noc św. Bartłomieja się liczy i za nią wciąż mamy się biczować. Tak jak za 400 lat późniejsze Jedwabne. Bez względu na przyczynę i rzeczywistych sprawców. Że o skali ;porównawczej" nie wspomnę.

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-laskowski @rotmeister 26 września 2017 11:22
26 września 2017 17:28

Chodzi o Niemców, którzy sami sobie ściągnęli na głowę problemy w postaci kilku milionów muzułmanów. Ci mogą posłużyć jako bicz Boży na naszych zachodnich sąsiadów.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @jolanta-gancarz 26 września 2017 12:22
26 września 2017 21:23

To dokładnie tak wygląda. Ciekawe, że "nie dało się" wydać tej książki, wydanej w 1923 r. - obecnie.
Schemat "narracji historycznej" w kulturze popularnej jest łatwy do wychwycenia, chociaż jakoś niezbyt chętnie zauważany: postacie historyczne związane z kontrreformacją są przedstawiane jako typy ciemne, podejrzane a w ostateczności brzydkie. Jak np. królowa Katarzyna Medycejska. Obecnie w mass-mediach idzie grillowanie nie tylko Polaków np. w sprawie Jedwabnego, co to "nie można wznowić eksumacji'( która została przerwana z naruszeniem prawa) ale np. śp. prezydent John Kennedy, którego bardzo pracowicie "przerabia się" na niepoprawnego rozpustnika, co to "żadnej nie przepuścił", podobnie jak jego brat Robert, ojciec ośmiorga dzieci. Obaj zastrzeleni przez "nieznanych sprawców" a Kennedy był jedynym katolickim prezydentem USA. Tymczasem Kennedy od wojny miał poważny uraz kręgosłupa i nosił gorset oraz żył na tabletkach przeciwbólowych. To ciekawe połączenie. No ale.

Sacco di Roma jest najbardziej ocenzurowanym wydarzeniem w historii XVI w. i bardzo jest pilnowane, aby nie wiązano tego wydarzenia z Soborem Trydenckim. Bo postanowienia Soboru Trydenckiego na tle wydarzeń Sacco di Roma, to najłagodniejsze zarządzenia kościelne, jakie sobie można wyobrazić w zaistniałych okolicznościach.

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
26 września 2017 22:29

Nasz profesor od historii miał hopla na punkcie starożytnego Rzymu i dlatego nazywany był Augustem. Będąc w tamtym czasie uczniem zauważyłem dziwną zależność, że im dalej od czasów współczesnych tym wnioski robione samodzielnie na podstawie podręcznika do historii pokrywały się z tym co pisał autor, a im dochodziło się bliżej czasów wspólczesnych to nasuwała się wątpliwość, że ktoś cierpi na schizofrenię, albo historycy, albo czytający. Jak dochodziło się do komuny to rozziew był już kosmiczny.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @tadman 26 września 2017 22:29
26 września 2017 22:58

To jest właśnie propaganda. I jak się liczni dziwią jeśli im się pod nos podsunie coś spoza "kanonu".

zaloguj się by móc komentować

Paris @pink-panther 26 września 2017 21:23
26 września 2017 23:44

Rzeczywiscie opisy bezcenne... jednoczesnie  WSTRZASAJACE  !!!

Wydarzenie absolutnie ocenzurowane i baaardzo pilnowane aby  PRAWDA  NIE  WYSZLA  NA  JAW... a jednak nie udalo sie "inzynierom dusz" tego tragicznego wydarzenia wymazac z przeszlosci... wlasnie minelo 490 lat  !!!

zaloguj się by móc komentować


pink-panther @szafran 27 września 2017 06:34
27 września 2017 13:17

Wielkie dzięki za info. Sprawa warta inwestycji.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @rotmeister
27 września 2017 16:05

To chyba jedna z największych zbrodni w dziejach świata, a napewno najbardziej ukryta.

Dziękuje za wrzutke.

 

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @valser 27 września 2017 16:23
28 września 2017 00:11

To klamstwo było ładnie owinięte w kolorowe papierki, bo nikt nie zwracał na istotę kolonializmu. W zasadzie wszystkie państwa żyjące z kolonializmu to te, które przeszły demoralizację herezji protestanckiej lub innych brewerii anty-katolickich (rewolucja francuska). Stać ich było nawet na "doktrynę" czyli na - propagandę. Ciekawe, dlaczego w katolickiej literaturze tak omija się ten temat.

zaloguj się by móc komentować

OdysSynLaertesa @pink-panther 28 września 2017 00:11
30 września 2017 21:32

Nie wiem czy wobec tego można taką literaturę nazywać katolicką. Przynajmniej tam gdzie z premedytacją ten temat jest chowany. Opowieść o cywilizowanym zachodzie i przeciwstawianym mu do dnia dzisiejszego  dzikim wschodzie między bajki dla dzieci można włożyć. 

Mój Boże co za historia... Nawet we fragmentach powinna ujrzeć światło dzienne i zalać internet. Bardzo ważna książka. Sam też poszukam egzemplarza dla siebie. 

Z podziękowaniem dla rotmaistera.

zaloguj się by móc komentować

Paris @OdysSynLaertesa 30 września 2017 21:32
30 września 2017 22:12

Ta historia powinna ujrzec swiatlo dzienne nie tylko we fragmentach  !!!

Jak slucham o tej "wyrzszosci" Zachodu nad  RESZTA - to az scyzoryk w kieszeni sie otwiera... od tego falszu  !!!

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować