-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Z odgłosów wielkiego dzieła o Lutrze.

Ks. Dr. Jan Korzonkiewicz, Z odgłosów wielkiego dzieła o Lutrze.

 

Po pełnym temperamentu dziele o Lutrze O. Henryka Deniflego[1], badacza godnego podziwu, ale i bezwzględnego bojownika, w r. 1925, ukazała się w trzecim wydaniu wielka, o trzech w ósemce, leksykonowej potężnych tomach monografia pióra Jezuity, X. Hartmanna Grisara, profesora uniwersytetu innsbruckiego. Ci, którzy porównywali ze sobą te dwa prawdziwe standardworks katolickie o Lutrze, wyczuwali od razu, że drugie staje, w nie wiadomo jakim stopniu świadomej, ale faktycznej opozycji do tamtego pierwszego. Oczywista, jeżeli była i jest mowa o opozycji i przeciwieństwie, to przeciwieństwo nie mogło mieć i nie ma tego znaczenia, jakoby drugie było zaprzeczeniem pierwszego; ale - jak powiedziałem - czuło się, że przeciwieństwa są, i to duże. Dotyczyły one przede wszystkim metody naukowej i formy wyrażenia, w ogóle sposobu, w jaki jeden i drugi uczony wziął się do swego „bohatera”. Ten „sposób” sprawił, że dzieło Deniflego skończyło się na pierwszym i jedynym - tomie. Że protestancki świat Deniflego nie uznał, lecz odrzucił bezwarunkowo, to było do przewidzenia. Inny los spotkał dzieło uczonego Jezuity: u pokaźnego odłamu krytyki protestanckiej doznało ono nawet z szacunkiem połączonego przyjęcia. Zawdzięcza to Grisar temu, że nie schodząc ani na włos z katolickiego stanowiska, umiał rzecz przedstawić z podziwu godną przedmiotowością i spokojem, którego sobie nie pozwolił zakłócić niczym, nie mówiąc naturalnie c suwerennym opanowaniu źródeł, literatury i o dzisiejszej metodzie pracy naukowej. Te wszystkie zalety sprawiły, że to dzieło Grisara na długie prawdopodobnie lata będzie stanowiło największą i najbardziej dojrzałą monografię Lutra.

Obecnie X. Grisar dla najszerszych sfer opracował „Marcina Lutra żywot i dzieło” w jednym tomie, w którym nagromadził przygniatającą wprost pełnię materiału i stworzył żywy i nader zajmujący portret i artystycznie zaokrągloną biografię twórcy rewolucji XVI w., tudzież odmalował historyczne, kulturalne, umysłowe i religijne tej rewolucji tło[2].

„Dzieło” Lutra dotąd trwa w swoich skutkach, i nie myli się ten, kto twierdzi, że niemal wszystko, co się dzisiaj dzieje, jest poniekąd tych skutków przejawem. To też warto nadstawić ucha i podsłuchać, jakie też echo wzbudziła tak znakomita, jaką jest dzieło X. Grisara, książka o Lutrze, najpierw u jego rodaków, katolickich Niemców, co to w rozdarciu dotąd trwającym Niemiec na dwa obozy najdotkliwiej może odczuwają owoce głoszonej przez „reformatora” „Freiheit des Christenmenschen” (wolności chrześcijańskiej). Z pośród nielicznych jeszcze, po niedawnym dopiero ukazaniu się jednotomowego dzieła grisarowego, odgłosów ze świata katolickich czytelników tej książki na szczególną, jak mniemam, uwagę zasługuje glos X. D-ra Alojzego Wurma, bystrego obserwatora współczesnych prądów umysłowych i głębokiego, a pełnego intuicji znawcy dzisiejszych przeżyć religijnych. W wydawanym przez siebie miesięczniku pt. „Seele” (zeszyt za maj b. r. {tj. 1926}) pisze on z tej okazji co następuje:

"Czytelnik ostatniej książki X. Grisara „z niesłabnącym współczuciem patrzy na przepotężne wydarzenia i jest świadkiem olbrzymiego dramatu, który się tu rozwija we wszystkich szeroko i głęboko rozgałęzionych motywacjach i fazach. Dramat ten jest tragedią. Najpierw dlatego, ponieważ końcem jego jest nieszczęsne rozbrojenie narodu niemieckiego pod względem religijnym. Ale także z innych względów dramat ten za tragedię uznać trzeba".

Grisar dobrze uwypuklił tragiczność „dzieła” Lutra. Polega więc ona na tym, że Luter z jednej strony twierdził, że zadaniem jego jest przeprowadzenie ścisłego odseparowania się religii od wszystkiego, co jest światowe, tęż religię musiał sobie dać wydrzeć niejako przez świeckich panujących, którzy mieli w tym dość często samolubne cele; rzecz inna, że Luter sam nie zaniedbał się w budzeniu i podsycaniu tychże samolubnych interesów świeckich książąt. Dalej tragizm „dzieła” Lutrowego ujawnia się w tym, że „reformator”, polegając na prawdziwości swoich osobistych przeżyć, wnioskował z nich o prawdziwości głoszonej przez siebie nauki i twierdził, że Bóg na rzecz tej nauki zacznie działać, stąd przyznawał on każdemu wolność w przeszukiwaniu Ewangelii za prawdą i nie chciał słyszeć o posługiwaniu się przemocą w sprawach religijnych.

A przecież ten sam Luter w końcu w interesie swego nowatorstwa nie tylko musiał się zgodzić na organizację kościelną mas, o których wiedział, że tylko w nieznacznej części jest przejęta prawdziwym duchem jego ewangelii, lecz przeszedł nawet do najbardziej bezwzględnego ucisku w stosunku do innowierców, zarówno tych, co jeszcze byli w Kościele katolickim, jako też i tych co w jego własnym obozie gonili za nowinkami. Tragiczne jest też i to, że ten, który odgrywał rolę odnowiciela religii i moralności, rzekomo zburzonej przez papieży, wnet musiał patrzeć na jeszcze większe moralne spustoszenie wśród zwolenników swej nauki - a jeszcze tragiczniejsze to, że ten, co tak często występował jako wysłannik Pana Boga i zasiadał na trybunale sędziowskim, aby ferować wyroki potępienia na drugich, sam nie wytrzymał próby, gdy chodziło o jego wewnętrzną siłę i męską rzetelność, których to zalet domagała się od niego smutna sprawa bigamii Filipa heskiego.

I w tych właśnie częściach swej książki po stronie katolickiego historyka potrzebna była duża doza powściągliwości, a X. Grisar wytrzymał tę najcięższą próbę przedmiotowości w przedstawieniu rzeczy i powstrzymał się od użycia nawet najlżejszego słowa złośliwego lub potępiającego czy wyrażającego radość triumfu na widok niepowodzeń „przeciwnika”. Co więcej, Grisar nie cofa się przed użyciem wyrazów uznania dla dodatnich i wybitnych rysów w obrazie charakteru Lutra, gdzie tylko je znajduje. Więc nie pomija milczeniem ani odwagi, jaką okazał przy przesiedleniu się z Wartburgu do Wittenbergi, ani energicznego wystąpienia przeciw gwałtownemu stronnictwu Karlstadta, ani też szlachetności Lutra w stosunku do Karlstadta, swego wroga, gdy ten szukał u niego pomocy, kiedy wskutek nieszczęsnego wyniku wojny chłopskiej znalazł się w niebezpieczeństwie życia. Nie ukrywa też Grisar, że Luter do studentów odnosił się bezpretensjonalnie, w czasie morowego powietrza wytrwał przy obowiązku, był usłużny i gotowy do pomocy, dobroczynny, w sprawach pieniężnych bezinteresowny itp. Nawet jako ojca rodziny Grisar traktuje Lutra sprawiedliwie, a nawet mógłby ktoś wyczuć pewien ton szczerego współczucia, gdy Grisar pisze: „Kiedy 13-letnią córeczkę Magdalenę, dziecko dobre i pobożne, śmierć zabrała Lutrowi, ten był przejęty głębokim bólem, który zniewala jeszcze dzisiaj do współczucia, gdy się czyta jego narzekania z tego powodu”. Z katolickimi bajkami na temat Lutra Grisar obchodzi się bez litości i usuwa je bez pardonu.

Także wyrażenia Lutra silne i dosadne, rozumiane przez niego jako przesadne albo obrazowe, albo też takie, które należy tłumaczyć na tle jakichś osobliwych stosunków czy za pomocą jego temperamentu (np. słynne „pecca fortiter”), które to wyrażenia nieraz zanadto na niekorzyść Lutra były wyzyskiwane, sprowadza Grisar do ich właściwego znaczenia. Z radością trzeba stwierdzić, że w porównaniu np. z takimi odczytami Berlichingena w Würzburgu albo Gottlieba „Listami bamburskimi”, o których wprawdzie należy sądzić znowu ze stanowiska konkretnych powodów, z których one się zrodziły, stanowisko X. Grisara, tamtych towarzysza zakonnego, jest znacznym postępem w sprawiedliwym ocenianiu przeciwnika. Że jednak Grisar również sumiennie rejestruje i sprawiedliwie ocenia także te fakty, rysy i związki myślowe, które nie są korzystne dla „reformatora” i ruchu który on wywołał, a nawet częściej opisuje to wszystko obszerniej, to się po części albo rozumie samo przez się, albo może być zrozumiane. Jak jest „nastawiony” Grisar w odniesieniu do tematu swej książki, to chyba najlepiej wynika ze słów, w których zamknął on swój ogólny sąd o Lutrze, a które umieścił po opisie jego śmierci. Grisar tak pisze: „Przypuśćmy, że do cichego pokoju, w którym złożono sztywne zwłoki Lutra, wszedł katolik, i to taki, który był jego przeciwnikiem, ale znał jego żywot i czyny, a miał serce czujące, ale i szlachetne. Jakie by też myśli byłyby powstały w nim na widok trupa Marcina Lutra?

Przede wszystkim byłby zaniósł modlitwę do Boga pełnego miłosierdzia za duszę nieboszczyka, podług nauki Tego, który kazał miłować nawet największych nieprzyjaciół. Potem przed oczyma duszy byłyby mu stanęły w postaci żałobnej niesłychane, zaciekłe napaści całego życia wykolejonego na to, co katolik ma najwyższego i najświętszego na ziemi, czyli na Kościół, który Chrystus założył za ofiarę swej krwi i zbudował na Piotrze i jego zastępcach, niezniszczalny Kościół katolicki. I widziałby był w duchu głębokie rany, które temu Kościołowi zadał tu jeden człowiek o niezmiernych zdolnościach w słowie i olbrzymiej sile woli i pracy. I byłby sobie powiedział, ile to tysięcy dusz odkupionych człowiek ten, bez ich winy, a często też bez ich wiedzy, oderwał od żywego ciała Chrystusowego, i sprawił, że nieszczęścia swego odszczepieństwa przekazały one w spadku swoim potomkom. Ale, dając miejsce także pobłażliwości, byłby sobie przypomniał, jak to fatalnie szlachetny nieboszczyk był opętany przez swoją sprawę i jak straszliwe było omamienie, w które człowiek ten ze swym gorejącym temperamentem popadł od samego początku, a które go coraz bardziej opanowywało. A wtedy trzeba było zadać sobie pytanie, czy też aby Luter nie znajdował się w stanie formalnego zaślepienia umysłowego (Grisar używa tu słowa „Geistesbaum, które mówi prawie tyle, co zamroczenie umysłu, ale nie jest tak rażące), i to, niestety, dobrowolnego oraz przynajmniej z początku, zawinionego.

Sprawiło ono, że Luter nie widział nic poza rzekomym swoim posłannictwem głosiciela prawdziwej, nowej Ewangelii przeciw antychrystusowi i przeciw diabelskim mocom działającym przy rzekomo mającym już nadejść końcu świata i mającym się zjawić Sądzie Ostatecznym. Było to zamroczenie, które pod koniec życia uczyniło go niezdolnym do przyjęcia bodaj promyka prawdziwego światła z góry. I gdyby obecnemu przy zwłokach Lutra było danym wniknąć w rozwój duchowego ustroju nieboszczyka, tj. w jego stan psychologiczny począwszy od pobytu w domu rodzicielskim i straszliwe przeżycia przy wstąpieniu do klasztoru, a nadto w zamroczenia i walki, spowodowane przez tzw. timor praecordialis, to może byłby w sobie poczuł skłonność do tym łagodniejszego sądu o tym oto powalonym na ziemię potężnym bojowniku. Czy człowieka tego można nazwać wielkością? Na to pytanie, które się może zrodziło u przyjętego tym, co dopiero co widział i myślał, przy wyjściu z domu żałoby, odpowiedź mogła być tylko ta jedna: Jeżeli już ma się go nazwać wielkością, to można go nazwać tylko wielkością ujemną. I ten, który u trumny Lutra takie snuł myśli, na wspomnienie tego widoku nie byłby pozwolił, by mu zabroniono żywić przecież jeszcze nadzieję, że ów nieszczęsny, sprowadzony na manowce, człowiek przecież jeszcze znajdzie zbawienie u Boga. Również i Johannes Janssen, katolicki dziejopis narodu niemieckiego, któremu danym było zajrzeć głęboko w wewnętrzne strony owych lat, konwertytom, którzy się mu zwierzali, zwykł był radzić, żeby się modlili o spokój duszy dla Lutra. Jeden tylko jest, który bada serce i nerki; ograniczonemu wzrokowi człowieka danym to nie jest”.

Tyle Grisar na str. 511. Wurm za największą może zasługę poczytuje Grisarowi to, iż wykazał przekonywująco, jak to Luter ze swoich całkiem osobistych doświadczeń religijno-moralnych czynił ogólną normę. Decydującym w tym względzie jest czas ugruntowywania jego systemu, jego nauki. Punktem wyjścia był tutaj ów straszliwy przez cale lata ciągle się powtarzający lęk mnicha przed Sądem Boskim; owo ugruntowywanie zaś nauki Lutra zakończyło się owym znanym przeżyciem w wieży w r. 1518, kiedy to Luter nabrał pewności swego zbawienia: pomiędzy tymi dwoma punktami granicznymi cały rozwój nauki luterskiej jest pod wpływem przeżyć osobistych. Tak samo było zresztą później. Również i w tej późniejszej epoce „rozwoju” Lutra osobisty proces rozwojowy był miarodajny: i tak nauka Occama nie byłaby u Lutra wpłynęła na jego pojęcie o Bogu, ani też mistyka Taulera i niemieckiej teologii nie byłaby Lutra nastawiła w kierunku bezwzględnego opanowania przez Boga - „Jeźdźcę”, gdyby nie te osobiste przeżycia. Nie inaczej miała się rzecz z „odkryciami” w Piśmie Świętym. Stary Testament dla formowania się pojęcia o Bogu miał dla Lutra może większe znaczenie aniżeli wszystko inne. Bardziej wnikliwe badania może udowodniłyby, że także ów miłosierny - „łaskawy Bóg” Lutra jest czymś istotnie innym od Ojca niebieskiego, którego głosił Ten, co na ziemię przyniósł Dobrą Nowinę. Gdyby się udało indywidualność Lutra „uchwycić” po myśli nowszej charakterologii, to wyniki, do których doszedł Grisar, zyskałyby na głębi i sile[3].

Jedną z najważniejszych kwestii historycznego problemu o Lutrze jest kwestia, jakim sposobem ten jeden człowiek doszedł do tego, że jako jednostka przeciwstawił się całemu światu, przeciw całemu wałowi wieków, on, który wszak sam był tych wieków dzieckiem pod tylu a tylu niezliczonymi względami; co więcej, trzeba powiedzieć, że Luter pod niejednym względem był nawet o wiele naiwniejszym tych wieków dzieckiem, aniżeli np. ludzie z otoczenia św. Tomasza z ich intelektem, którym wszystko obejmowali i wszystko w jedność wcielali; Luter był dzieckiem ludu z jego zabobonami, z jego co do istoty rzeczy dualistycznym sposobem pojmowania świata, z jego podstawowym wyobrażeniem o karzącym Bogu i wieloma innymi rzeczami. A przecież ten jeden człowiek staje w opozycji do całej swojej współczesności i przeszłości.

Dla wytłumaczenia mówi się nieraz, że fakty dokonane mają to do siebie, iż z jakąś dziwną potęgą i mocą powoli i stopniowo ale niepowstrzymanie porywają za sobą i pchają coraz to dalej i głębiej, przypomina się, że w życiu katolickim owych czasów panowały przecież jaskrawe stosunki, które stwarzały i pewne napięcie i dawały potem pewne uspokojenie i upojenie, że biskupi nie robili nic, że pierwsze zaraz wystąpienie przyniosło Lutrowi niebywały sukces, który go oszołomił, że jego wystąpienie znakomicie schodziło się z interesami książąt i miast. Można by z większą może słusznością wskazać brak znajomości siebie u Lutra, na chorobliwe składniki jego istoty, na wewnętrzną skłonność u niego utożsamiania Boga z jego (Lutra) sprawą, a zaś wrogów i spraw ich z diabłem albo antychrystem, na niebywale zjednoczenie się w nim jakiejś żywiołowej potęgi, co to na kształt rozhukanego wezbranego potoku górskiego szalejąc prowadzi ze sobą i unosi kamienie i szlam, z pewnego rodzaju chłopską dyplomacją co to zdrowym praktycznym wejrzeniem obejmuje od razu konkretną sytuację i opanowuje ją. Ale i to nie daje całkowitej odpowiedzi i nie zadawala. Bo w tej dzikiej żywiołowej sile, która tylko etapami, a czasem tylko podług sytuacji wchodzi w krąg jaskrawego światła własnej świadomości kierującej, przecież wyczuć się daje w najgłębszej głębi pewien kierujący instynkt, który wszak w jakiś sposób końcowy cel w sobie już nosi. Ale bo też mimo całą moc zewnętrznych oddziaływań i mimo taką obfitość kontrastów, że rzadko, które drugie życie da się z życiem Lutra co do ich liczby porównać, w rozwoju Lutra jest pewien rodzaj wewnętrznej logiki - a nie jest to logika obiektywnej prawdy, choć i ona nie da się pomyśleć bez elementów prawdy, lecz logika tej przedziwnie prostej, a jednak z drugiej strony tak wielorako napiętej entelechii.

Najgłębszej zagadki tej entelechii nie odkrył nam nawet Grisar. Jednym pierwiastkiem wyjaśnienia tej entelechii jest to, że i jak w chłopsko-niemieckim typie mnicha i teologa wziął postać duch odrodzenia, co bynajmniej nie jest to samo, co zagadnienie akademickiego humanizmu owych czasów. I ten pierwiastek u Grisara jest nieco po macoszemu potraktowany. Ale bo też nie jest załatwiony problem, jaki był stosunek tej nowej istoty renesansowej do takiego dziecka istnienia w przeszłości, jakim był Luter. Jednak choć zagadnienia te są tak kuszące dzięki swej głębokości, to one nie wychodzą w gruncie rzeczy poza granice indywidualności. Rzeczywistego rozwiązania problemów ludzkości nie należy spodziewać się na linii Lutra, lecz na linii Kościoła katolickiego, mimo, że pewnym jest, iż z religijnego kompleksu sił Lutra promieniowały pewne wartościowe prądy celem rozwoju tych problemów. Bo Bóg, skoro dopuścił do czegoś tek olbrzymiego jak „reformacja”, nie uczynił tego bez wydobycia z niej sił, które się przyczynią w jakiś tam sposób do rozwoju w kierunku dobra.

Toteż Grisar w książce pt. „Der deutsche Luther”, stanowiącej nader cenne uzupełnienie właściwej monografii o Lutrze, tak pisze: „Luterstwo pozwoliło poznać niejedną rzecz, nad którą bez niego nie bylibyśmy się tak łatwo zastanowili. Wystąpienie Lutra wezwało nas do autokrytyki i narzuciło nam niejedną naprawę stosunków. Oskarżenia, podniesione przez luterstwo przeciw nam, uczyniły nas ostrożniejszymi, nawet co do podrzędnych rzeczy, np. co do zbyt łatwego dawania wiary legendom, przyjmowania nieprawdziwych odpustów, relikwii itp., oraz co do nieuzasadnionej skłonności w kierunku rzeczy nadzwyczajnych”.

 A potem Grisar takie daje rady: „Należałoby przecież nabrać także przekonania, że nierzadko innowiercy nie bez słuszności czują się zrażeni tym, że u nas często praktyki religijne wyczerpują się w rzeczach zanadto zewnętrznych i mechanicznych. Na przykład: przesada w ilości nabożeństw w miejsce poważnego ćwiczenia się w cnocie i pielęgnowania ducha z pewnością nie usposabia dla nas korzystnie tych, co należą do innych wyznań. Jakieś chorobliwe uganianie się za rzeczami nadzwyczajnymi, jeżeli je u nas gdzie zauważą, utwierdza ich tylko w przesądach i uprzedzeniach do nas. Gdybyśmy zawsze pamiętali o niewłaściwościach we własnym obozie, to łatwiej przyszłoby nam uniknąć tego, co nam przeszkadza w zachowaniu pokoju z powodu ślepego jakiegoś przyzwyczajenia do tego, co nasze. A i to nie zaszkodzi nam zaiste, jeżeli będziemy mieli wciąż w pamięci, jak dalece odszczepieństwo w wierze w epoce „reformacji” było współzawinione właśnie przez nieznośne stosunki po stronie katolickiej w Kościele i w państwie.

Jakże to podług świadectwa owego najnowszego biografa, redemptorysty Hofera, taki gorliwy zwolennik Rzymu jakim był św. Klemens Dworzak (Hofbauer), tenże Święty wyrażał się przy wielu okazjach? Oto mawiał on, że Rzym ponosi także winę owego odszczepieństwa luterskiego. Słowa te zresztą na długo przed św. Klemensem potwierdził był papież Hadrian VI, przez usta swego wysłańca na sejmie norymberskim” (Grisar 167). Potem Wurm cytuje jeszcze z książek Grisara zdania, dotyczące nadziei, jakie Niemcy żywią, względnie których nie żywią do możności bliskiego czy dalekiego pojednania się niemieckich protestantów z katolikami. Rzeczy te mniej nas obchodzą, więc je tu pomijam. Zaznaczę tylko, że ilekroć czytam rozprawy na ten temat niemieckie, zawsze uderza mię to, że rzadko kiedy mówi się tam o nawróceniu się protestantów na katolicyzm, lecz prawie zawsze o zbliżeniu się tych dwóch wyznań do siebie.

Trudno też nie dać wyrazu pewnemu zdziwieniu, gdy się czyta zapewnienia, że tylko jeden Pan Bóg wie, co się stało z Lutrem po śmierci, tudzież te odsyłacze do wybitnych ludzi, którzy polecili modlić się za jego duszę. Uświadomiony katolik nigdy nie posunie się do zuchwałego twierdzenia, że Luter został potępiony, bo miłosierdzie Boskie, nieskończone za życia jak sam Pan Bóg, wobec nikogo przed śmiercią nie jest ukrócone. Los nieszczęsnego „reformatora” jednemu tylko Bogu jest znany. Ale co innego jest wiedzieć, że tak jest, a znowu co innego zastrzegać się tak nader lękliwie wobec protestantów, że się Lutra przecież nie uważa za potępionego. Nie wiem, czy przez podkreślanie tej abstynencji w sądzeniu o tej sprawie oddaje się tak wielką przysługę samym nawet protestantom: lepiej stanowczo byłoby odsyłać ich za każdym razem do Pana Boga, o którym napisano: „Quis enim cognovit sensum Domini?”.

Również nie bardzo rozumiem, dlaczego „problem Lutra” uważają niektórzy za tak straszliwie skomplikowany, że nawet tak gruntowna monografia jak trzytomowa Grisara podobno zostawia go nierozstrzygniętym. Jeżeli co jest w tej sprawie skomplikowane i do zbadania trudne, to jest nim chyba tylko misterium iniquitatis wolnej woli ludzkiej, gdy się raz zbuntuje przeciw Bogu, i, uniesiona pychą, gardząc jedna po drugiej łaską Ducha Świętego, brnie w zapamiętałości coraz dalej aż do tego stanu, w którym się jut całkiem świadomie mówi: Non serviam! Nie tu jednak miejsce na wdawanie się w rozbiór zagadnienia obdurationis i obcoecationis. Obawiam się zresztą, te historycy filozofii albo jaki psycholog religii powie mi, że sobie zbytnio upraszczam problemy i do nich przykładam miarę zbyt prostą. Być może. Nie przeczę...

 

Na koniec jeszcze jedna uwaga z powodu narzekań na to, co protestantów zraża do nas i odstręcza ich od zbliżenia się do nas. Są to podobno nasze nabożeństwa, rzekomo zanadto pogrążone w formalistyce zewnętrznej, a pozbawione ducha i treści. Jest ich też ponoś za wiele, a i te jeszcze podobają sobie w coraz to nowych rzeczach nadzwyczajnych.... Jak to niedobrze, gdy uczeni zapominają czasem o bardzo mądrym wierszu Goethego, który powiada: „Grau. Freund, ist jede Theorie, und ewig grün ist nur des Lebens Baum”. Znaczy to, że co innego pisanie uczonych monografii przy biurku, a całkiem co innego życie, to życie bujne i kipiące, które „nie zna co to pany, nie da się zakuć przemocą w kajdany”. Bardzo by to była ciekawa rzecz zobaczyć, jakby też wyglądały nabożeństwa, urządzane przez tych panów dla szerokich mas ludu tak, żeby się nie gubiły w rzekomym formalizmie i nie wyczerpywały w zewnętrznych rzeczach nadzwyczajnych, a służyły tylko treści i duchowi... Zdaje się, że na takich nabożeństwach nie tylko nie zobaczyłoby się wielu katolików, ale że one nawet protestantów nie zaspokoiłyby. Zresztą kto ma uszy ku słuchaniu, ten snadnie mógłby usłyszeć z ust samych protestantów głosy tęsknoty, spragnionej tych naszych katolickich, ciepłych i „barokowych”, romantycznych i „rozedrganych” form nabożeństwa i pobożności, bo u nich cóż jest? Pustka i chłód, którego nie rozgrzeją żadne namaszczone deklamacje o potrzebie czczenia Boga w duchu i prawdzie.

Wystarczy w tej mierze przeczytać którekolwiek z wyznań konwertytów, albo jedno ze studiów takiego np. Heilera o stosunku katolicyzmu do protestantyzmu, żeby się na nowo przekonać, że nie mamy powodu tak bardzo ukrywać się z naszymi nabożeństwami i praktykami religijnymi, żeby tym sposobem nakłonić tamtych do „zbliżenia się dwóch wyznań”. Ma się rozumieć, że o treść i ducha w tych zewnętrznych przejawach naszej pobożności trzeba dbać troskliwie. Ale nad tym wszystkim czuwa przecież Sancta Mater Ecclesia, Spiritu Sancto congregata... Tenże Spiritus zamierza, jak się zdaje; w ogrodzie tym swoim, w Kościele Bożym, wskrzesić nową wiosnę życia religijnego, rozbudzając tyle obiecujący ruch liturgiczny. Że ruch ten jest wielce obiecujący, dowodzi może ciekawy z wielu względów fakt, że także i protestanci pragną „ruch liturgiczny” wskrzesić u siebie. Ale poczynania te są bodaj z góry skazane u nich na niepowodzenie, bo trudno - według znanego powiedzenia Mickiewicza- chcieć mieć wodę w rurach, gdy się pozatykało źródła w górach.

 

[1] Luther und Luthertum in der ersten Entvicklung quellenmässig dargestelt von P. Heinrich Denifle O. P. Erster Band. Mainz 1904 (XXIX i 860 str. - 2 nlb).

[2] Martin Luthers Leben und sein Werk. Zusammenfassend dargestellt von... W dużej 8-ce. 596 str, z 13 tablicami. Herder & Co. Wien. 1926.

[3] Co Wurm tymi słowami chce powiedzieć, nie umiem wyrazić.

 

Szerzej o Lutrze i tzw. reformacji w specjalnym numerze Szkoły Nawigatorów. Tam omówienie biografii Lutra pióra Deniflego:

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-numer-specjalny-protestancki/



tagi: katolicyzm  reformacja  herezja  luter  protestanci  hartmann grisar  heinrich denifle 

rotmeister
15 lutego 2019 13:27
5     950    3 zaloguj sie by polubić
komentarze:
rotmeister @rotmeister
15 lutego 2019 13:55

"Obecnie X. Grisar dla najszerszych sfer opracował „Marcina Lutra żywot i dzieło” w jednym tomie, w którym nagromadził przygniatającą wprost pełnię materiału i stworzył żywy i nader zajmujący portret i artystycznie zaokrągloną biografię twórcy rewolucji XVI w., tudzież odmalował historyczne, kulturalne, umysłowe i religijne tej rewolucji tło".

To książka z 1926 roku. 93 lata temu. NIGDY nie wydana po polsku. Że rózni socjaliści, komuniści, protestanci tego nie wydali, to się nie dziwię. Ale katolickie wydawnictwa istniały i istnieją. I co? I nic. Rzetelna biografia człowieka który zapoczątkował wiele złego, a w Polsce nikt jej nie wydał.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @rotmeister
15 lutego 2019 15:09

Niesamowity tekst. 

I książki nie ma po polsku. 

.

 

zaloguj się by móc komentować

bendix @Maryla-Sztajer 15 lutego 2019 15:09
15 lutego 2019 15:54

Czy prawa autorskie już wygasły? Jeżeli nie to ciekawe ile kosztują. W sumie sfinansował bym wydanie.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @bendix 15 lutego 2019 15:54
15 lutego 2019 16:52

Zgłoś się Pan do jakiegoś wydawnictwa. 

zaloguj się by móc komentować

bendix @rotmeister 15 lutego 2019 16:52
16 lutego 2019 05:02

Nie lubię pośredników. Już prędzej do drukarni.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować