-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

W czym pomóc może kumpel ze szkolnej ławy. Albrecht Hohenzollern i kanclerz wielki Krzysztof Szydłowiecki.

Jerzy Kieszkowski, Kanclerz Krzysztof Szydłowiecki. Z dziejów kultury i sztuki zygmuntowskich czasów. Poznań 1912.

Rozdział XII.

Sprawy pruskie.

(1520-1527)

Kongres z r. 1515 przywrócił zupełną zgodę między cesarzem a Zygmuntem. Aż do śmierci też swojej wiernie i szczerze stał Maksymilian po stronie króla polskiego. Lojalnym się zwłaszcza odtąd okazał w sprawie pruskiej, którą spodziewano się za wpływem cesarza również pomyślnie załatwić.

Nadzieje te jednak zawiodły. Następca Maksymiliana, Karol V nie idzie już w ślady swego dziada, owszem zakazuje Albrechtowi hołdu składać. Wobec tego musiał Zygmunt znowu za oręż chwycić, aby zmusić nim butnego siostrzeńca do wypełnienia warunku pokoju toruńskiego. Z końcem grudnia 1519 wybuchła krwawa walka, przez kilkanaście miesięcy się wlokąca. I gdy zwycięstwo Polski było już bliskie, stanął za interwencją cesarza pokój w Toruniu, dokąd wyrusza król 23 stycznia 1521 r., któremu między innymi towarzyszył także kanclerz Szydłowiecki.

Z początkiem kwietnia (1521) przyszedł lam do skutku za interwencją papieża, cesarza i Ludwika węgierskiego, czteroletni rozejm z Albrechtem. Szydłowiecki, chociaż stronnik wiedeńskiego dworu, nierad był widocznie z zawartego pokoju, jeśli ostatecznie wyraził się do Krzyckiego: „wolałbym, abyśmy sic modlili raczej do św. Stanisława, niż do Wojciecha”. W aluzji zatem do ostatniego imienia (Albertus), dosyć jasno wyraził kanclerz ówczesne swoje zapatrywanie na stosunek Polski, a jeśli później (1525) je zmienił, to po prostu w szczerym przeświadczeniu, że droga, która obrał, prowadziła jedynie do celu ...

W jesieni r. 1523 z świetnym jak zazwyczaj orszakiem dworzan, wyruszył z Krakowa Krzysztof Szydłowiecki w nowym do krajów austriackich poselstwie. Ludwik węgierski prosił króla Zygmunta, aby dla naradzenia się z nim i szwagrem jego, arcyksięciem Ferdynandem, w sprawie, wyprawy przeciwko Turkom, przybył do Wiener Neustadt, ulubionej siedziby ongi cesarza Fryderyka III.

Król sam w drogę wybrać się nie mógł, chętnie jednak wysiał w swoim zastępstwie kanclerza, który tyle już odbył misji do obcych dworów, ku wielkiemu zawsze zadowoleniu Zygmunta. Pan wojewoda krakowski jest w jak najlepszym usposobieniu. Cieszą go więc prawdziwie wszystkie honory, z jakimi go na dworze arcyksięcia Ferdynanda w Wiener Neustadt przyjmowano, i z widoczna radością donosi królowi o spotykających go na każdym kroku zaszczytnych wyróżnieniach. Przenocowawszy 16 X w Dreiskirchen, w miasteczku, w którym w r. 1515 zatrzymał się także Zygmunt, udając się na polowanie do Wiener Neustadt, na drugi dzień puścił się kanclerz w dalszą podróż. Do celu jego podróży „zaledwie tylko cztery małe mile” i gdy Szydłowiecki o milę już znajdował się przed Nova Civitas, miły widok uderzył jego oczy.

Oto arcyksiążę wysłał naprzeciw kanclerza Filipa, palatyna Renu, i wysokich dostojników państwa: Krzysztofa, biskupa lublańskiego, Mikołaja, biskupa Wiener Neustadt, Jana Gaymanna, Wielkiego mistrza rycerzy św. Jerzego, oraz Jana Fabri, doktora teologii.

Był to bez wątpienia przede wszystkim honor dla posła potężnego króla, ale z pewnością i osoba nadzwyczajnego ambasadora nie mało również zaważyć miała na wyborze dostojnych wysłanników Ferdynanda.

Pamiętano tam dobrze o wybitnej roli, jaką odegrał kanclerz Polski w czasie zjazdu czterech monarchów, nie zapomniano o szczególnych łaskach dlań Maksymiliana I, a przypuszczać chyba wolno, że dzięki temu wszystkiemu i niezwyczajnym Szydłowieckiego przymiotom, Ferdynand jak najlepiej usposobiony był dla swego gościa.

Stąd to z jego strony pełne wyróżnienia pierwsze powitanie wojewody krakowskiego, którego w imieniu króla Ludwika na pól mili przed miastem witali znowu biskup zagrzebski i zarazem kanclerz węgierski, Aleksy Turzo, ochmistrz dworu królewskiego, Ambroży Szarkan i inni, ogółem orszak składający się ze stu rycerzy „od złota i srebra połyskujących”..

Po przywitaniu kanclerza Polski, posłowie książęcy odprowadzili go do przygotowanej dlań z rozkazu Ferdynanda gospody, w której kanclerz nasz znalazł wszystko, ad bene et laute vivendum. Wszystkie te odznaczenia ogromnie cieszyły aż zbyt czułego na wszelkiego rodzaju hołdy i honory kanclerza, a radość jego była również wielka, gdy następnego dnia w kościele podczas mszy św. wskazano mu stalle w najbliższym sąsiedztwie „Najdostojniejszego arcyksięcia”, po wysłuchaniu której i uroczystym posłuchaniu kanclerza u króla i Ferdynanda, rozpoczęto rokowania nad zorganizowaniem wspólnej wyprawy przeciw Turkom. Kanclerz w imieniu swego pana oświadczył, że Polska nie może w niej wziąć udziału z powodu spodziewanego w roku przyszłym napadu Tatarów z poduszczenia Turka.

Ferdynand obiecał ostatecznie przysłać 10.000 żołnierza, cały więc ciężar wyprawy spoczywać miał na Ludwiku, który zobowiązał się 60.000 wojska wystawić.

Prócz tych obrad toczyły się i inne jeszcze, całkiem poufne między Ferdynandem a kanclerzem. Chodziło o wprowadzenie jakiejś reformy w sposobie rozluźnionego dość życia młodego króla i zgodzono się na pewne w tym kierunku środki zaradcze. O nich jednak nie donosi już kanclerz królowi, lecz ustnie zda mu z nich sprawę.

Spędziwszy jeszcze dni kilka w Wiener Neustadt, serdecznie ugaszczany i zapraszany na obiady do książąt, w ostatnich dniach października wyrusza z powrotem do Krakowa. Wzrastające wciąż znaczenie kanclerza i Tomickiego spać widocznie nie dawały niektórym senatorom, jeśli w r. 1525 z ich namowy począł się między posłami ziemskimi ruch, aby pozbawić godności kanclerskich Szydłowieckiego i biskupa krakowskiego.

Kto stał za posłami, tem mutabile vulgus, kto kierował właściwie całą akcją, nie wiadomo, zdaje się jednak, że umaczać w niej także, musiał swe ręce tak „serdeczny przyjaciel” kanclerza i jego zastępcy, jakim był prymas Łaski. Ruchowi temu zresztą nie bardzo można się dziwić, pamiętać bowiem należy, że tak Szydłowiecki jak i Tomicki dzierżyli swe urzędy wbrew ustawom, zabraniającym łączyć je z godnościami senatorskimi, wbrew przepisom, na mocy których sami poprzedników swych usunęli, podburzywszy przeciw nim opinię sejmową. Ale projekt pozbawienia obu przyjaciół piastowanych przez nich urzędów pozostał tylko „pobożnym życzeniem”, w sferę natomiast rzeczywistości weszło inne desiderium narodu, a było nim ostateczne załatwienie sprawy pruskiej.

Dobiegał do końca czteroletni rozejm zawarty z Albrechtem. Teraz trzeba było zdecydować, jaką obrać drogę czy zniewolić mistrza do hołdu, czy też z mieczem w ręku wyzuć Albrechta i zakon z ziemi przez nich posiadanych.

Gdy tak zdania się ważyły, król Zygmunt jak zawsze skłonny do ugody, oświadczył się za pokojem, byle tylko nie dopuścić do rozlewu krwi, w chwili zwłaszcza, kiedy całą uwagę trzeba było zwrócić na Turka i ratować od niego bratanka, Węgry, a pośrednio Polskę i chrześcijaństwo. Postanowiono więc wejść w układy z Albrechtem o hołd, a tej ugody nie najmniejszym rzecznikiem był kanclerz Szydłowiecki, który w rok potem się szczycił, że od dawnych lat wiązała go przyjaźń z Albrechtem.

Gdzie i kiedy zawiązały się te ścisłe między nimi stosunki, czy źródła ich szukać należy w wspólnych studiach szkolnych, nie wiemy, dość, że w r. 1526 mógł się kanclerz nasz powoływać na długoletnią już z pruskim księciem zażyłość, a w r. 1525 z pewnością niemniej przyjaźnie dla Albrechta usposobiony, wszelkimi siłami dążył do tej ugody, do hołdu.

Rokowania te z Polską prowadzili w imieniu W. mistrza Jerzy, margrabia brandenburski, i Fryderyk, książę lignicki, a rezultatem ich był pamiętny w dziejach naszych uroczysty akt hołdu.

W poniedziałek po Wielkanocnych świętach roku 1525 oglądał rynek krakowski niezwykle widowisko. Na wybudowanym od południowej strony Sukiennic wzniesieniu, czerwonym pokryty suknem, zasiadł w „zacnym ubiorze i złotej koronie pomazaniec Boży na swym Pańskim tronie”. Za nim stanął młodziutki królewicz, Zygmunt August, z ochmistrzem swym, Opalińskim, dalej biskup Tomicki w infule, a opodal niego kanclerz Szydłowiecki, jabłko królewskie w ręku dzierżący.

Przybył Albrecht z towarzyszącymi mu książętami i klęknąwszy przed królem, złożył przysięgę na Ewangelię, że „zachowa wszystkich Ziemi (pruskich) panu i jego następcom jak niemniej Rzeczypospolitej wierność i posłuszeństwo, że starać się zawsze będzie o dobro Polski i zawsze tak będzie postępował, jak to wiernemu lennikowi przystoi”.

W lenno bowiem aktem tym oddawał Zygmunt Albrechtowi ziemie pruskie, uznając zarazem byłego W. mistrza dziedzicznym księciem pruskim. A tymczasem podskarbi w. koronny, Mikołaj Szydłowiecki, pełną garścią sypał pieniądze między lud, tłumnie wokoło wzniesienia zebrany.

Świetny obraz rychło znikł z oczu ciekawym widzom, wywołał natomiast niemałe i niemiłe zdziwienie i w kraju i poza jego granicami. Gdy więc Tomicki w liście do Ludwika Aliphiusa, sekretarza Bony oraz w drugim do księcia Karola na Ziembicy, stara się odeprzeć zarzut jakoby Polska sprzyjała „luterskiej sekcie”, że o religii w traktacie mowy nie było i być nie mogło, siostrzeniec jego, Krzycki, podejmuje się obrony w liście do Pulleona, nuncjusza papieskiego na Węgrzech, długo i szeroko tłumacząc mu powody, które zmusiły króla do sekularyzacji Prus. Ale fakt sekularyzacji odbił się dalszym jeszcze echem po całej Europie. Oburzono się na króla we Wiedniu i w Madrycie, a niepomierne wrażenie uczyniła na Klemensie VII wieść o niej, w pierwszych już dniach maja doszła do Rzymu. Papież nie pojmuje, jak mógł król katolicki „z zakonnika, trzema ślubami związanego, kreować księcia świeckiego, a równocześnie, temuż, bądź co bądź, zakonnikowi, doradzać małżeństwo z jakaś swoja krewną”. Dziwi to wszystko papieża, żąda więc wyjaśnienia. Czym prędzej więc tłumaczy się król przed Klemensem VII, wyłuszczając naprzód powody hołdu i usprawiedliwiając stanowisko swoje w sprawie zmiany religii Albrechta. Widocznie, że Klemens VII uznał rzetelność i szczerość królewskiego listu i przekonał się o zupełnym braku winy Zygmunta, gdyż wysłał do Krakowa podkanclerzego swego Consalvi de Sangro, który imieniem papieża w katedrze św. Wacława, w dzień Wniebowstąpienia Pańskiego, wręczył królowi poświęcany miecz i kapelusz jako wyraz uznania Stolicy apostolskiej dla „najbardziej oddanego Kościołowi syna”. Takie było zakończenie „teutońskiej tragedii” a dla Polski „sukcesu”, jakim według słów Zygmunta Starego był hołd pruski, za jaki uważał go również, kanclerz Szydłowiecki, który „dzień i noc” nad jego osiągnięciem pracował, w przekonaniu, że tylko w ten sposób uwolni Polskę od gniotącej ją sprawy Zakonu. Stosunki ks. Albrechta z Krzysztofem Szydłowieckim zacieśniły się jeszcze bardziej przy sposobności pobytu kanclerza w Gdańsku.

W królewskim tym mieście rozwielmożniła się na dobre „lutherana pestis”, o której pisał Zygmunt Siary w r. 1525 do Klemensa VII, co więcej, adepci jej zajęli wprost zaczepne stanowisko wobec Kościoła katolickiego, dopuszczając się zbeszczeszczania świątyń, znieważania Najświętszego Sakramentu, obrazów świętych, porywając się wreszcie na świeckich i zakonnych kapłanów.

Przyłączył się do lego ruch o charakterze socjalnym (którego początki sięgają r. 1523), wywołany za poduszczeniem Jakuba Hegge i kilku z pospólstwa gdańskiego. Z wyjątkiem Filipa Biszofa, usunięto całą radę miejską, złożoną z bogatych kupców, a powołano do niej ubogich rzemieślników; wydano dalej postanowienia, dopuszczające pospólstwo do wolnego rybołówstwa, zburzono bramy i mury dzielące miasto od przedmieść. A do tego całego ruchu, zwłaszcza religijnego, przyłożył jak się zdaje rękę siostrzeniec Zygmunta I, świeżo kreowany książę pruski, Albrecht.

Podobna „rebelia” nie mogła ujść na sucho Gdańszczanom; zanadto obrazili oni najświętsze uczucia ogółu, narodu gorąco do wiary przodków przywiązanego, aby za to „świętokradztwo nie miała spotkać słuszna winnych ekspiacja”.

Postanowiono zatem ostatecznie na sejmie w Marienburgu, aby król dla ukarania winnych udał się do Gdańska. Zanim jednak Zygmunt w drogę wyruszył, wysiał naprzód do zbuntowanego miasta w celu poczynienia odpowiednich tam przygotowań, kilku ze swoich doradców, jak Jana Latalskiego, biskupa poznańskiego, Macieja Drzewickiego, biskupa kujawskiego, Łukasza Górkę, generała poznańskiego, i kanclerza Szydłowieckiego.

Niedługo potem w kwietniu 1526 r. nadjechał Zygmunt i udawszy się naprzód do kościoła, przybył następnie do ratusza, gdzie „straszny sąd” odbył się nad zbuntowanymi mieszczanami. Wyrok był rzeczywiście surowy; gdy jednych skazał król na karę śmierci, innych na ciężkie więzienie, mniej winnych z całych Prus wydalił (proscripsit) lub też tylko wzbronił im pobytu w Gdańsku.

Na rozkaz królewski otworzono następnie kościoły i oddano je duchownym katolickim, ustanowiono wreszcie nowy zarząd miejski, od którego Zygmunt odebrał wiernopoddańczą przysięgę. Podobno jednak sąd królewski byłby wypadł jeszcze srożej dla Gdańszczan, gdyby nie ktoś, kto ich zasłaniał przed zagniewanym obliczem pańskim. Tym zaś uproszonym adwokatem winnych był nasz kanclerz Szydłowiecki.

Że się za nimi wiedziony uczuciem litości do króla mógł wstawiać, w tym nie byłoby jeszcze nic brzydkiego, że jednak obrony tej podjął się przekupiony przez Gdańszczan, z tego niestety nikt nie zdoła kanclerza usprawiedliwić. A jeśli prawda, że posunął się aż „do łez i zaklęć”, aby tylko wyprosić u króla łaskę dla wielu winnych, to istotnie w smutniejszym jeszcze świetle przedstawia się rola Szydłowieckiego w Gdańsku, rola, niegodna już nie kanclerza, ale poważnego, uczciwego człowieka, i król, który miał dla Krzysztofa dziwną słabość, uległ jego prośbom, zwolniwszy protegowanych jego od srogich nawet kar.

O sądzie królewskim w Gdańsku i wpływie nań Szydłowieckiego zapewne dość rychło dowiedzieć się musiał w niedalekim Królewcu rezydujący Albrecht. Może i on zapragnął mieć w kanclerzu polskim obrońcę spraw pruskich na dworze królewskim, jakby stałego swego posła, a przy tym bardzo przyjemne usposobionego dlań człowieka. Czy obrona Krzysztofa mieszczan gdańskich tę myśl księciu podsunęła, trudno ocenić, że jednak ten zamiar miał, to okaże niebawem zachowanie się jego wobec kanclerza Szydłowieckiego.

Znał się z nim wprawdzie od dawna i w przyjaznych zawsze pozostawał stosunkach, gdyby jednak węzły te zacieśnić teraz jakimś formalnym, uroczystym aktem, np. wzajemnego braterstwa? Krzysztof Szydłowiecki czułby się propozycją już samą Albrechta ogromnie zaszczycony, cóż dopiero samym aktem obustronnego „przymierza”.

Zobowiąże sobie w ten sposób tanim kosztem zawsze wpływowego kanclerza Polski, pokieruje może przez niego niejedną sprawę na korzyść Prus. Więc nie odwlekając, przybywa Albrecht do Gdańska i tam 26 maja 1526 r. zawiera z Krzysztofem Szydłowieckim owo ciekawe „przymierze”.

Oczywiście, że cel jego właściwy ukrył starannie książę pruski, na pierwszy plan wysuwając przyjaźń z kanclerzem i wierną służbę dla króla. Pierwszą pragnie aktem tym hardziej jeszcze zacieśnić, aby związawszy się tą „braterską” miłością z kanclerzem, z całym zapałem, wspólnymi silami służyć mógł królowi i dobru Rzeczypospolitej.

To jest cel główny tego związku; aby jednak każdy z nich z całym spokojem, a nawet wobec licznych przeciwników z większym bezpieczeństwem pracować mógł dla Polski i swego dobra własnego, przyjmuje Albrecht Szydłowieckiego za „brata”, jakoby „z tychże samych zrodzonego rodziców”.

A kanclerz przyrzekał, że troszczyć się będzie o dobre imię, dobrą sławę i znaczenie księcia w Polsce, jakby o swoje własne, że o wszystkich ewentualnych zamachach na jego życie lub oszczerstwach nań rzuconych natychmiast mu doniesie i wedle sił swoich starać się będzie, źródło ich odkryć a odkrywszy, zniweczyć, że gdyby uchowaj Boże jakie nieszczęście spotkało Albrechta, nie odmówi mu z całą gotowością swego wsparcia i pomocy.

Rozumie się samo przez się, że o dobro księcia dbać będzie jak o własne, wspólnych z nim mieć przyjaciół i wrogów. Albrecht obiecuje to samo, dodając, że naturalnie akt ten przymierza nie może w niczym uwłaczać wierności winnej królowi, ani naruszać praw Rzeczypospolitej i ziem pruskich.

Bruderschaft więc już jest, obecnie dobrze byłoby zaznaczyć na dworze swą miłość dla króla i zadokumentować świeże „braterstwo”. Przypomniał sobie siostrzeniec królewski zwyczaje rzymskich klientów, więc codziennie rano zjawia się na dworze, a przychodzi tak wcześnie, że zaledwie „czwarta część dworzan” jest obecna. On zaś tymczasem czeka pod sypialną komnatą króla, czasem dłużej niż godzinę, aby pierwszy mógł przywitać „drogiego wuja” i towarzyszyć mu do kościoła. Wiedział bowiem Albrecht, że „czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą”, wiedział, że objawami miłości pozyska sobie serce szlachetnego i do krwi rodzinnej szczerze przywiązanego króla, a darami zjedna sobie senatorów. Więc Górce ofiaruje pierścienie, kanclerzowi Szydłowieckiemu zaś wkłada na szyję zloty łańcuch, aby „nie zapomnieli o nim i wyjednali mu jeszcze pełniejszą łaskę królewską”. Obdarzywszy wreszcie Zygmunta najpiękniejszym i najlepszym ze swojej stajni rumakiem, zadowolony zapewne, odjechał Albrecht do Królewca.

Jesienią tego samego roku (1526) tragedia mohacka zbliżyła znowu księcia Albrechta do Krzysztofa Szydłowieckiego. Groźba turecka zawisła nad Europa, wywołując ogromny strach wśród bliższych i dalszych sąsiadów Węgier. Odbił się on i w Królewcu. Oto bowiem pod dniem 28 września tegoż roku pisze Albrecht do Krzysztofa Szydłowieckiego z ostrzeżeniem, aby Polska wobec grożącego niebezpieczeństwa tureckiego nie omieszkała wzmocnić załóg po twierdzach i w dobrym stanie utrzymywać armat. Gdyby na odlewanie dział braknąć miało miedzi czy brązu, to radzi książę użyć na cel ten zbyteczne dzwony. A gdyby na przygotowania wojenne nie było pieniędzy, to lepiej poświęcić srebrne naczynia, obrazy i inne kosztowności kościelne, niżli narazić się na zupełną zagładę.

Niebezpieczeństwo tureckie ominęło Polskę; inna natomiast sprawa, bezpośrednio z klęski mohackiej wynikła, zaprzątnęła uwagę kanclerza Szydłowieckiego. Był nią spór Jana Zapolyi i arcyksięcia Ferdynanda o osieroconą po ludwiku Jagiellończyku koronę węgierską.

 

PS. O sprawie agenturalnej przeszłości Krzysztofa Szydłowieckiego pisał w biografii Albrechta Hohenzollerna Jacek Wijaczka.

PS2. O sprawie kontaktów z Albrechtem Szydłowieckiego i innych wpływowych osób w Polsce więcej można przeczytać w protestanckim numerze Szkoły Nawigatorów.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-numer-specjalny-protestancki/



tagi: protestanci  szpiegostwo  krzysztof szydłowiecki  albrecht hohenzollern  luteranizm 

rotmeister
28 marca 2018 23:07
10     607    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Kuldahrus @rotmeister
29 marca 2018 21:49

" Oto bowiem pod dniem 28 września tegoż roku pisze Albrecht do Krzysztofa Szydłowieckiego z ostrzeżeniem, aby Polska wobec grożącego niebezpieczeństwa tureckiego nie omieszkała wzmocnić załóg po twierdzach i w dobrym stanie utrzymywać armat. Gdyby na odlewanie dział braknąć miało miedzi czy brązu, to radzi książę użyć na cel ten zbyteczne dzwony. A gdyby na przygotowania wojenne nie było pieniędzy, to lepiej poświęcić srebrne naczynia, obrazy i inne kosztowności kościelne, niżli narazić się na zupełną zagładę."

Proszę, proszę jaki troskliwy, nagle tak go zmartwiła obecność turka. Dzwony radzi przetapiać i rozsprzedawać sprzęt kościelny, to się nazywa protestancka skrzętność i oszczędność.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @Kuldahrus 29 marca 2018 21:49
29 marca 2018 22:21

Kanclerz koronny to taki minister spraw zagranicznych. I ktoś taki pracuje dla konkurencji. Jak się ta Polska uchowała tak długo przy takich ludziach?

zaloguj się by móc komentować

Wolfram @rotmeister
30 marca 2018 11:41

Mnie ten tekst wręcz poraził - przedstawia obraz, jak rodziło się państwo pruskie - to nie było gdzieś tam, za morzami - a tutaj, w naszym domu. Tworzone rękoma sprzedajnych lub uwikłanych durniów - naszych własnych. Z naszych zasobów. Do tego ten wręcz perwersyjny tytuł - "Z dziejów kultury i sztuki...".  Kultura i sztuka też była, jak najbardziej - patrz tom II Baśni i historia wspierania pewnego Hansa, to tak na marginesie.

Może ktoś pożyczy mi swoje plusy, bym mógł dać więcej?

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @Wolfram 30 marca 2018 11:41
30 marca 2018 13:05

Bo państwo pruskie zawsze było pasożytem(już w momencie narodzin) i to w dodatku takim który degeneruje wszystko wkoło siebie.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @rotmeister 29 marca 2018 22:21
30 marca 2018 13:14

Co tam kanclerz koronny, a taki król jak Zygmunt Stary (leń) który był niemalże jak na zawołanie wobec swoich siostrzeńców.

Tylko dzięki Bożej opiece i wysiłkom wielu Polaków którym zależało, Polska się wtedy uchowała.

zaloguj się by móc komentować

grudeq @Kuldahrus 30 marca 2018 13:05
30 marca 2018 13:50

Państwo Pruskie, położone na piaszczystych piaskach brandenburskich, wśród jezior i lasów, nie mając dostępu do morza ani żadnych innych szlaków handlowych, nie mogąc same się wyżywić, musiało być pasożytem i to grającym na wyniszczenie sąsiedniego organizmu, a nie na jakąś symbiozę z nim.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @grudeq 30 marca 2018 13:50
30 marca 2018 14:09

Państwo pruskie w takim kształcie jakim powstało rzeczywiście musiało, bo po to zostało powołane, ale kto powiedział że komukolwiek, oprócz tych którzy w tym interesie mieli korzyści, takie państwo w ogóle było potrzebne.

zaloguj się by móc komentować

grudeq @Kuldahrus 30 marca 2018 14:09
30 marca 2018 14:30

Zgubiłem się. Prusy powstałe same z siebie? Czy zostały przez kogoś Powołane?

Rozumiem, że zgoda jest co do tego, że każdy z władców Prus (czy będący nim z woli poddanych, czy z nadania obcych) musiałby prowadzić politykę pasożytniczą.

Spierać się np. można o to, czy Rzeczpospolita narażona na takiego pasożyta, winna była go wcześniej przepędzić, albo spróbować skierować aktywność Pruską na inny kierunek.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @grudeq 30 marca 2018 14:30
30 marca 2018 15:00

Zostały powołane do istnienia.

" Spierać się np. można o to, czy Rzeczpospolita narażona na takiego pasożyta, winna była go wcześniej przepędzić, albo spróbować skierować aktywność Pruską na inny kierunek."

Skierować nie mogła, ale to już całkiem inna historia.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @rotmeister
30 marca 2018 15:22

"Dobiegał do końca czteroletni rozejm zawarty z Albrechtem. Teraz trzeba było zdecydować, jaką obrać drogę czy zniewolić mistrza do hołdu, czy też z mieczem w ręku wyzuć Albrechta i zakon z ziemi przez nich posiadanych.

Gdy tak zdania się ważyły, król Zygmunt jak zawsze skłonny do ugody, oświadczył się za pokojem, byle tylko nie dopuścić do rozlewu krwi, w chwili zwłaszcza, kiedy całą uwagę trzeba było zwrócić na Turka i ratować od niego bratanka, Węgry, a pośrednio Polskę i chrześcijaństwo. Postanowiono więc wejść w układy z Albrechtem o hołd, a tej ugody nie najmniejszym rzecznikiem był kanclerz Szydłowiecki, który w rok potem się szczycił, że od dawnych lat wiązała go przyjaźń z Albrechtem".

Nie najmniejszym rzecznikiem ugody z Albrechtem był Szydłowiecki. Gdyby kto inny był na jego miejscu mogło nie być ugody a mogła być wojna. I byłoby po Prusach. Włączyło by się te ziemie bezpośrednio do Rzeczypospolitej. O ile mniej problemów w przyszłości. Stańczyk coś o tym mówił.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować