-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Mord księży bytomskich w r. 1363.

Józef Piernikarczyk, Historia górnictwa i hutnictwa na Górnym Śląsku. Katowice 1933.

Mord księży bytomskich w r. 1363.

 

Stara kronika, napisana w języku łacińskim klasztoru św. Wincentego pod Wrocławiem, któremu nie tylko klasztor św. Małgorzaty ale także i kościół parafialny w Bytomiu podlegał o tyle, że i prawo reprezentacyjne tego kościoła należało do opata, jakkolwiek zawsze ustanawiał przy tym kościele księży świeckich, opowiada powstanie i przebieg niezgody kościelnej następująco:

 

„Opowiadają, że po spustoszeniu Śląska przez Tatarów odbudowane zostało miasto Bytom przez arcybiskupa salzburskiego, Władysława, opiekuna dzieci Władysława opolskiego, że zbudował on w mieście kościół Marii Panny za pozwoleniem papieża i opata klasztoru św. Wincentego w r. 1231. Kościół ten został wyposażony w różne dochody jak dziesięciny i meszne (w dawnej Polsce nazwa podatku przysługującego parafii za odprawianie mszy w kościele), które należały do klasztoru św. Małgorzaty na górze przed miastem, tak, że każdy łan obszaru parafialnego musiał oddawać wiardunek groszy, jedną miarę żyta i jedną miarę owsa kościołowi Najśw. Marii Panny, a proboszcz tego kościoła miał oprócz tego otrzymać na własność dwa łany.

 

Po kilku latach namówił przełożony klasztoru św. Małgorzaty obywateli miasta, kierowany zazdrością względem Piotra z Koźla, proboszcza kościoła Panny Marii męża dobrego i nieposzlakowanego, do wypędzenia go, w zamian za co obiecywał połączyć kościół parafialny z klasztornym; w kościele Panny Marii mieli śpiewać zakonnicy codziennie psalmy. To spodobało się parafianom i powstało wielkie poruszenie pomiędzy nimi, zwrócili się tedy w tej sprawie do księcia Konrada oleśnickiego.

 

Książę Przemysław cieszyński, panujący w drugiej części miasta Bytomia, dowiedział się o tym i nakazał oddawać proboszczowi to, co mu się należało.

 

Książę Konrad na Oleśnicy stał jednak po stronie opata przeciw proboszczowi zabrał jemu jego dwa łany roli i dał je pewnemu poddanemu a utrudniał proboszczowi sprawowanie praw i obowiązków, w kościele. Tenże domagał się zadośćuczynienia na mocy praw kościelnych. Książę i obywatele zaprzeczali jemu tychże i zwróci się do dworu papieskiego, dokąd się sam opat udał. Także proboszcz udał się tamże i bronił praw swego kościoła według prawa kanonicznego i uzyskał pozwolenie zwrócenia się do ludu, nakazujące posłuszeństwo jemu a nie przełożonemu klasztoru św. Małgorzaty, jak również nakazano oddawanie wszystkich należności kościołowi parafialnemu. Skoro tylko opat dowiedział się o tym w Rzymie, uważał sprawę swoją za przegraną, podburzył szybko obywateli, aby z pomocą księcia pokrzywdzili prawa kościoła parafialnego a proboszcza i wikarego utopili.

 

Po swoim powrocie ogłosił 14 września 1363 r. proboszcz przez swego kapelana Mikołaja z Pyskowic, rozstrzygnięcie kurii rzymskiej i zażądał posłuszeństwa i także tego, żeby kościół został nieuszkodzony, w tym celu miano drzwi jego zreparować, aby świnie, psy i inne zwierzęta nie dostały się do niego i nie zbrudziły go.

 

Skoro się o tym dowiedziała rada miejska, zgromadziła swoich zwolenników i zaprosiła także proboszcza i kapelana. Zamiar ten odgadł proboszcz i rzekł do swego wikarego: „idź do nich z ciałem Zbawiciela, ja ucieknę, zapewne będą się bać Syna Bożego i odstąpią od swych złości“. Kapelan uczynił, co mu kazano, lecz przeciwnicy stali się jeszcze więcej rozgoryczeni i powiedzieli mu: „idź do kościoła“.

 

Skoro kapelan wrócił do kościoła i schował monstrancję, związali go i tak zaprowadzili na ratusz, zabrali gwałtem wszelkie dokumenty kościoła, także ostatnie orzeczenie papieskie, zniszczyli wszystko i przywłaszczyli sobie dobra i prawa kościelne.

 

Proboszcz próbując uciec, znalazł bramy miasta zamknięte, skrył się dlatego w piwnicy pewnego domu narożnego, jednak znaleziono go tam, skrępowano i zaprowadzono na ratusz, i uwięziono razem z kapelanem w sąsiednim domu, ażeby ich sam lud osądził. Wszyscy zaczęli jednogłośnie krzyczeć: „należy ich utopić“. Skoro to usłyszał zakrystian, udał się do sąsiedniej wsi, Rozbarku, gdzie się przez trzy dni ukrywał. Natychmiast zaprowadzono wikarego i proboszcza nad staw rybny (staw św. Małgorzaty) i wrzucono ich do niego. Skoro lud powracał do miasta, obejrzał się jeden z obywateli i zauważył, że kapelan Mikołaj wyszedł z wody ocalony, zawołał on natychmiast do tłumu: „Patrzcie, jeden z nich wychodzi z wody!“ Czem prędzej powrócili razem z katem i wrzucili go ponownie do stawu. Na próżno prosił ich, aby mu pozwolili opowiedzieć im cud Najśw. Marii Panny, którego był świadkiem przy utopieniu proboszcza, jak mianowicie dziewica Maria walczyła z złym duchem Szarlejem, jednak nie usłuchano go i wrzucono ponownie do stawu. Kat, który wikarego Mikołaja nie mógł w żaden sposób zanurzyć, uderzył go trzy razy toporem między biodra i łopatki, lecz jeszcze i tak nie zabito go, tylko przyjaciele jego zabrali go na pół żywego do miasta, gdzie po trzech dniach umarł.

Czyn ten nie pozostał bez kary. Obywatel, który się obejrzał i spowodował ponowne sponiewieranie i umęczenie kapelana, oślepł. Nie upłynęło jeszcze pół roku a pożar zniszczył miasto, które zeszło do rzędu nędznej miejscowości, jaka jeszcze była w czasach niniejszego opowiadania, tj. w r. 1502“.

 

„Ów zły duch, który chciał uwieść dusze mieszczan, aby ich wtrącić do piekła, pokazał się w ludzkiej postaci w mieście i zażądał od mieszkańców dziesięciny kruszcowej, za co chciał z nimi razem współpracować i wziąć udział w kosztach robót. Bytomiacy zgodzili się na to, pracowali wiele lat z złym duchem i powodziło się im dobrze. Lecz niezadługo potem dręczeni wyrzutami sumienia, przeznaczali otrzymane zyski przez kilka lat na potrzeby kościoła. Gdy jednak mieszczanie zobaczyli, że kościół podnosi się materialnie, zaczęli zazdrościć kościołowi i podzielili zyski pomiędzy siebie, nic nie oddawając z nich kościołowi.

 

Przyszła jednak i kara za to, gdyż tenże zły duch ukazał się górnikom i rozkazał im opuścić miejsca pracy, ponieważ za pozwoleniem Najśw. Dziewicy wypuści rzekę z wnętrza ziemi, ponieważ mieszczanie tak bardzo oszukali kościół parafialny.

 

Nadmieniono już, jak zakrystian w czasie powstania uciekł do Rozbarku i tam się przez trzy dni ukrywał. Czwartego dnia udał się w podróż do Rzymu i przeprowadził tamże interdykt na miasto, który przez 10 lat ciążył na mieście, aż papież powodowany litością, zwolnił ich od niego na 4 lata, aby dać miastu czas do poprawy i pokuty.

 

Gdy czterech radców miejskich przybyło do Rzymu po absolucję, skazano ich na dożywotne więzienie. Trzem z nich odpadły nogi od kajdan a czwarty zdołał potajemnie uciec“.

 

Tyle mówi historyk Stenzel według starej kroniki klasztoru św. Wincentego. Steinbeck zaś mówi w swojej historii górnictwa śl. tak o tym zdarzeniu:

 

„Cała ta sprawa miała związek z górnictwem, gdyż w starych czasach były kruszce ołowiu przedmiotem szczególnego zainteresowania, a prawdopodobnie naówczas z częstymi odkryciami kruszców i także opłacającym się górnictwem we wsi - Szarleju, gdzie jeszcze do dnia dzisiejszego kwitnie górnictwo, a które zapewne wtedy powołał do życia przedsiębiorca obcy i do uruchomienia i odebrania majątku kościelnego namówił obywateli bytomskich. Kościołowi nie dawano żadnych opłat z wydobywanych skarbów, np. dziesięcin albo wolnych kuksów, co więcej, zatrzymano mu należności z przypadających zysków. Wody wdzierającej się nie zdołano powstrzymać ówczesnymi środkami, co wszystko spowodowało upadek dawnego górnictwa w wieku 14“.

 

Sommersberg przytacza o zamordowaniu kapłanów następujące słowa: „W tym czasie tj. 1369 r. znikły nagle kruszce z okolic Bytomia, ołów z domieszką srebra. Myślano, że to kara Boża za okrucieństwo, ponieważ przedtem mieszczanie zamordowali na mocy publicznego postanowienia dwóch księży, wbrew wszelkim świętym ustawom, Piotra proboszcza miejskiego i Mikołaja jego wikarego“. Schickfuss mówi prawie to samo, Zimmermann zaś kreśli zdarzenie to następująco: „W tym okresie czasu istniał spokojny, dobry i szczęśliwy stan, a szczególnie w Bytomiu istniała bogata kopalnia, gdzie błogosławieństwo Boże pozwoliło odkryć bogate kruszce srebra. Ponieważ jednak szczególna kara Boża dotknęła mieszkańców Jego, którzy prowadzili złe i karygodne życie, których nadmiar szczęścia uniósł w pychę i zbytki i którzy dopuścili się krótko przedtem zabójstwa dwóch księży, upadła kopalnia, która od tego czasu już nigdy nie mogła być odbudowana i urządzona“.

 

Zamordowanie księży miało głębsze przyczyny, których dotychczas nie zdołano wyjaśnić. Brak jest dokumentów, które by coś pewniejszego mogły Podać w tej sprawie. W każdym razie stosunki polityczne i narodowe obok ekonomicznych, podział miasta i podział ziemi bytomskiej, przyczyniły się do sporów, które doprowadziły do tragicznego upadku. Utworzyły się dwie Partie, jedna z księciem oleśnickim na czele a druga z Przemysławem cieszyńskim, która była zapewne słabsza, a po śmierci jego zupełnie straciła na sile. gdyż w przeciwnym razie nie byłby Konrad oleśnicki dopuścił się takiego pogwałcenia kościoła.

 

Steinbeck podaje, że aż do roku 1335 nie przekazano nam nic o górnośląskim górnictwie, nic dziwnego, gdyż górnicy aż do wieku XIII nie byli wolnymi górnikami, tylko niewolnymi, odrabiającymi pańszczyznę

 

dla właścicieli gruntowych. Z przytoczonej kroniki wynika jednak, że w XIV stuleciu chłopi lub też mieszczanie prowadzili górnictwo na własny rachunek. Chłopi w ziemi bytomskiej byli zapewne więcej rolnikami niż górnikami - podobnie jak to było w innych krajach europejskich, jak w Krainie i Łużycach.

 

Cała ta tragedia, wstrząsająca nas jeszcze i dzisiaj, miała swoją przyczynę w opłakanych stosunkach politycznych i społecznych owych czasów — charakter jej jest wybitnie ekonomiczny. Na podłożu gospodarczym wynikłe spory i zatargi w górnictwie między panami i pracownikami u wszystkich ludów nie były i nie są do dnia dzisiejszego żadną nowością. Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę ogólną ciemnotę i zabobon ówczesny, to niejedno zagadnienie stosunków dawnych staje się jaśniejszym. Zajście to straszne, powstałe na tle gospodarczym, ma także swe źródło w ówczesnym ustroju, często zmienianym. Powodował on ostre tarcia między książętami i stanami, duchowieństwem uprzywilejowanym a poddanymi, starającymi się wyzwolić z więzów nałożonych i jarzma niewoli. Również odwieczna żądza łatwych zysków i zazdrość przyczyniała się do zaognienia stosunków społecznych.

 

To pewne, że górnictwo koło Bytomia było już bardzo dawne i przechodziło czasy upadku i rozwoju stopniowego, i że w tych czasach duchowni, zwłaszcza zakonnicy brali i w tej gałęzi gospodarstwa światowego żywy udział. Równocześnie także już obcy przedsiębiorcy poznali się lepiej na skarbach tej ziemi, niż tubylcy. Podział zysków doprowadzał zwykle do sporów i walk, kończących się nieraz tragicznie.

 

Na pozór niejasną jest sprawa z demonem Szarlejem. Najprawdopodobniej był to obcy albo bardzo ruchliwy i przerastający rozumem współczesnych polski gwarek, przedsiębiorca, mistrz sztuki górniczej, który pragnął wyzyskać skarby naturalne, nieuctwo i ciemnotę tubylców. Musiał on tak górować nad swym otoczeniem, że współżyjący widzieli w nim siłę i moc nieziemską. Czyny jego, zwłaszcza ulepszenia w technice górniczej przewyższały ich pojęcia, dlatego mniemali, że to sprawka złego ducha. Nie będąc zawsze przy nich, a zjawiając się zaś niekiedy i znikając po wydaniu rozkazów i pouczeń, mógł wyrobić u pracujących przesąd, że jest złym duchem i tylko niekiedy przybiera ludzką postać. Aż do czasów dzisiejszych górnictwo jest oplecione podaniami i legendami, w których przebija pierwiastek nadprzyrodzony, mający źródło swe w wierzeniach, przesądach i zabobonach, sięgających czasów pierwotnej ludzkości, która jeszcze żyła w świecie duchów i bogów złych i dobrych. Pomyśleć, że jeszcze w 19 stuleciu jeden z największych kapitalistów górnośląskich, pochodzenia polskiego, Karol Godula, który dorobił się milionowej fortuny w górnictwie i hutnictwie, był u współczesnych postacią legendarną.

 

Sądzili naiwni, że pracował razem ze złym duchem, unikali go, omijali z daleka, a gdy siedział po nocach, zajęty badaniami chemicznymi, wtedy dla wielu było to pewnikiem, że mu diabeł pieniądze nosi…

 

Z demonem Szarlejem jest związana sprawa rozkwitu i upadku górnictwa koło Bytomia. Mistrzowi temu zapłacono zapewne niewdzięcznością, podnosząc bunt, nie chcąc płacić udziałów, dlatego zmuszony opuścić i pozostawić własnemu losowi kopalnie, przyczynił się do ich upadku. Podziemne wody dokonały reszty, gdy zabrakło technicznych urządzeń górniczych, zastosowanych przez mniemanego demona. Zatopienie kopalń dokonane zostało sposobem naturalnym. W XIV w. zaczęto używać siły wodnej jako siły ruchu. Nastąpiła wielka techniczno-gospodarcza rewolucja. Hutnictwo zaczyna nabierać większego znaczenia niż górnictwo.

 

Ów demon Szarlej według zapisków kronikarskich działał raz w porozumieniu z Matką Boską a drugi raz walczył z nią. Wpleciony tutaj moment religijny można pojąć jako usiłowanie do zniżenia się do średniowiecznych pojęć religijnych, które wtedy silnie działały na umysły wszystkich. Energiczny i obyty w górnictwie mistrz działał widocznie w porozumieniu z miejscowym duchowieństwem i mieszczaństwem, lub też był przez nie zaangażowanym, a z chwilą śmierci proboszcza i kapelana i w ogóle upadku gmin kościelnych w Bytomiu, nie miał już nic do roboty. Resztę oplotła legenda a tradycja zrobiła go postacią bajeczną, nieludzką nawet. Nazwa gminy Szarlej wskazuje wyraźnie na związek z powyższym zajściem.

 

Dalszymi przyczynami faktu tego były i nieuregulowane stosunki poetyczne między panującymi książętami w ziemi bytomskiej. Granice nie były ustalone. Konrad oleśnicki dążył do zajęcia miasta. Prawdopodobnie księżna-wdowa nie oddała miasta prędzej, albo przysięga obywateli jeszcze nie była złożona, skoro Konrad II, syn Konrada I i książę cieszyński Przemysław dokonać mogli zupełnego podziału miasta dopiero 26 stycznia 1369 r. Sposób, w jaki podzielono miasto i ziemię bytomską, jest bardzo dziwny i ciekawy. Granicę pociągnięto w mieście przez zamek, ulice, rynek, nawet przez domy, a z ziemi północna część przypadła Oleśnicy, a południowa Cieszynowi. Uderza, że kopalnie w Bytomskim i dochody z nich miały należeć w połowie do obu książąt. Szczególnie kopalnie istniejące w Polskich Piekarach (dzisiejsze Rudne Piekary), Bobrownikach, Miechowicach i Bobrku są tu wyraźnie w dokumentach wymienione. Jest w nich mowa o prawie ustanawiania żupnika i sędziów górniczych dla każdego księcia z osobna. Ci mieli wspólnie sprawować swoje urzędy górnicze. Wskazuje to na wczesne uregulowanie prawne i rozwinięty ustrój górniczy.



tagi: księża bytom 1363 

rotmeister
26 lipca 2017 15:32
5     546    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Marart @rotmeister
26 lipca 2017 22:07

Ciekawe. Surowce i kopaliny w tle są jak widać od wieków przyczyną wielu dramatycznych wydarzeń.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @rotmeister
27 lipca 2017 09:48

Fascynująca historia. Czyli Bytom pod każdym względem jest niedoceniony. Jego historia jest zupełnie niesamowita. Dzięki za wspaniałą notkę.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @Marart 26 lipca 2017 22:07
27 lipca 2017 11:15

Tylko się o tym głośno nie mówi.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @pink-panther 27 lipca 2017 09:48
27 lipca 2017 11:15

Dzięki. O Bytomiu jeszcze będzie.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @rotmeister
29 lipca 2017 11:01

Coś ściemnia kronikarz, albo "historyk Stenzel", który prawdziwą lub zmyśloną kronikę przywołuje. Pierwszy kościół parafialny (pw. Wniebowzięcia NMP) w Bytomiu powstał rzeczywiście w 1231 roku, ale w ramach diecezji krakowskiej (czyli podlegał biskupowi krakowskiemu!), a nie w obrębie majątku i obediencji klasztoru św. Wincentego z Wrocławia (norbertanie). Ciekawe, że jednak od roku 1400 do 1810 (kasacja klasztorów), duszpasterstwo w parafii sprawowali faktycznie norbertanie od św. Wincentego (z przerwą na lata 1565 - 1632, kiedy kościół przejęli protestanci). Kościól został splądrowany i spalony przez husytów w 1430 r., natomiast nic o jego zniszczeniu podczas pierwszego najzdu Tatarów na Polskę (głw. Śląsk) w 1241 r. nie wiadomo. Co odbudowywał i jakim prawem (czyżby opiekuna - dobroczyńcy sierot piastowskich?) arcybiskup Salzburga w diecezji krakowskiej, do której należał Bytom aż do 1821 r. (dopiero wtedy przeszedł pod władzę biskupa wrocławskiego), trudno zrozumieć. Jakoś mi to hagadą zalatuje;-)

Natomiast mord księży miał rzeczywiście miejsce, w 1367 r., i skruszeni mieszczanie ufundowali nawet jedną z kaplic przy kościele Wniebowzięcia NMP jako ekspiację za zbrodnię.

Druga połowa XIV w. to burzliwe czasy dla Śląska, którego znaczna część odpada wtedy od Polski (choć Kazimierz Wielki w swoich dokumentach używa trybu warunkowego, świadczącego o nadziei na odzyskanie tak ważnych ziem w sprzyjających okolicznościach), ale struktury kościelne na znacznym obszarze wciąż podlegają biskupom krakowskim. Pojawienie się norbertanów z Wrocławia w 1400 r. w bytomskiej parafii może świadczyć o skutecznym przejęciu, po tragicznych walkach (mord księży w 1367 r.), nie tylko spraw duszpasterskich, ale także majątków i praw do kopalin przez "obcy element", związany z planami Habsburgów do tych terenów (a później bardziej skutecznych Hochenzollernów, z Georgiem na czele, ale oni stawiali raczej na protestantów do czasu wojny siedmioletniej i odebrania Śląska Habsburgom). Być może odbyło się to właśnie poprzez jakieś interwencje arcybiskupa Salzburga, któremu jednak biskupstwo wrocławskie nie podlegało (do 1821 r. formalnie wciąż podlegało arcybiskupowi gnieźnieńskiemu), natomiast może jakoś byli od niego zależni norbertanie od św. Wincentego. Trzeba by poszukać informacji w innych źródłach, bo te "stare kroniki", skwapliwie cytowane przez niemieckich historyków, piszących, że do 1335 r. nie ma  żadnej informacji o górnictwie bytomskim (choć potem cytują "kronikę" z klasztoru św. Wincentego, jak to w 1369 r. zniknęło srebro z kopalń Bytomia), jakoś mi pachnie "tworzeniem starych źródeł", popularnym zwłaszcza pod koniec XVIII i w I poł. XIX w., nie tylko w Rosji (Słowo o wyprawie Igora), albo w Czechach (Rękopis Królowodworski). Wszystko dla uzasadnienia "odwiecznych praw" do cudzych majątków.

Ale może niesłusznie się czepiam i szukam dziury w całym, a te wszystkie nielogiczności w "starej kronice" wynikają z niewiedzy i ciemnoty średniowiecznego anonimowego autora.

W każdym razie sprawa jest niezwykle ciekawa i ważna dla historii Śląska. I mam nadzieję, że jakiś młody, ambitny historyk spróbuje rozwiązać zagadkę mordu bytomskich księży w 1367 r.

 

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować