-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Między Londynem a Moskwą w wieku XVI.

Wacław Borowy, Między Londynem a Moskwą w wieku szesnastym.

Przegląd Współczesny. Rok XVI. Tom LXI (kwiecień-czerwiec 1937). Nr. 182, str. 133-140.

 

Wśród różnego rodzaju stosunków, które się w XVI-ym wieku nawiązywały pomiędzy Polakami a Anglikami, zasługują na uwagę i te, które dotyczą kupców angielskich z „kompanii moskiewskiej”. Kompania ta, ugruntowana przywilejem carskim z r. 1555, przechodziła przez zmienne koleje w zależności od polityki i kapryśnych, jak wiadomo, nastrojów Iwana Groźnego, których przetrzymanie wymagało dyplomatycznego talentu i wytrwałości ze strony posłów angielskich, a niemałego ryzyka ze strony samych kupców. Dzieje „kompanii” były bardzo urozmaicone. Między innymi, w 1567 r. car, niezadowolony z Anglii, która nie przyjęła jego daleko idących projektów politycznych, odwrócił się od angielskiej kompanii kupieckiej i wznowił stosunki z hanzeatami. Otóż znalazło się kilkudziesięciu agentów handlowych wśród Anglików, którzy przy tej zmianie koniunktury opuścili kompanię i zaczęli prowadzić w Narwie handel na własną rękę, tworząc dla związku swoich rodaków konkurencję tym niebezpieczniejszą, że rychło potrafili wkupić się w łaski cara i nawiązali porozumienie z towarzystwem angielskim, handlującym w Lubece i innych miastach zachodnio-niemieckich.

Na próżno Elżbieta wysłała dwóch posłów z protestami; sprytni przedsiębiorcy narewscy potrafili podobno wzbudzić w carze wątpliwości co do ich pełnomocnictw, tak że poselstwa te skończyły się więzieniem. Wiele upokorzeń zniósł jeszcze i trzeci poseł, sir Tomasz Randolph, któremu wszelako udało się wreszcie porozumieć z carem i zmienić stanowisko jego wobec imprezy narewskiej. Uzasadnione jest przypuszczenie, że oddziałał tu nie tyle argument oczywistej nielojalności kupieckiej jej kierowników (którzy sami nie byli „mercatores”, ale tylko „famuli stipendiarii” albo „factores negociatorii”), ile inny występek, którego zdołano im dowieść: mianowicie, że niektórzy z nich pożenili się z Polkami. Już przez poprzedniego posła, Middletona, donosiła Elżbieta o nich carowi z oburzeniem (w liście z 10. 02. 1568, ustylizowanym przez Aschama): „isti, ut accepimus, clam insciis eorum d(omi)nis, qui hic in Anglia sunt, cum Polonis foeminis co(n)nubia contraxere”. Z notatki marginesowej w kopiariuszu Aschama wiadomo, że oskarżenie to odnosiło się do szefa przedsięwzięcia narewskiego Krzysztofa Benneta i trzech jego pomocników: Tomasza Glovera, Ralpha Ruttera i Jamesa Watsona. Trudno wiedzieć, czy wszyscy oni rzeczywiście ożenieni byli z Polkami; z całą pewnością wiemy tylko, że żonaty z Polką był Tomasz Glover. Nie było to jednak chyba tajemnicą i przed listem Elżbiety. Jeśli wierzyć innemu agentowi kompanii moskiewskiej, Horseyowi, który co prawda pisał o tych sprawach w jakieś dopiero trzy dziesiątki lat później, Glover przyszedł do swojej żony Polki w ten sposób, że kupił ją od samego cara za 10.000 dukatów węgierskich jako brankę po zdobyciu Połocka przez wojska moskiewskie (1563). Za niewłaściwość poczytano mu może, że się z nią ożenił. Jakkolwiek zresztą było, ujawnienie (czy przypomnienie) tego rodzaju okoliczności nie mogło się przysłużyć tym, którzy niedawno na oficjalnych posłów angielskich rzucali podejrzenia, że są szpiegami polskimi, zwłaszcza, że wojna z Polską trwała. W Anglii umiano to zrozumieć i wyzyskać. Toteż list Elżbiety (wyżej wspomniany) przestrzegał, że ludzie ci, jeśli nie będą w porę aresztowani, mogą zbiec do Polski (jak wiemy, Elżbieta była w dobrych stosunkach i z Polską, ale polityka dla każdego kraju była osobna).

Wynikiem pertraktacji Randolpha z carem było, min., że Glovera odesłano do Anglii, aby się z postępowania swego wytłumaczył. Iwan prosił wszelako o względy dla niego. Elżbieta mu istotnie przebaczyła i pozwoliła (1570) do Moskwy wrócić. Jakoż wrócił i na nowo rozwinął przedsiębiorczość, która wkrótce znów doprowadziła go do kolizji z zarządem kompanii a, co więcej, naraziła na niełaskę cara (o tę zresztą nie było trudno). Ostatecznie car (1573) skonfiskował mu cały majątek (który Horsey obliczał na 16.000 funtów) i wygnał go z Moskwy raz na zawsze[1].

Wracając do Anglii przez Gdańsk (czy może jeszcze wcześniej), wszedł Glover w jakieś bliższe stosunki z antytrynitariuszami litewskimi i zyskał sobie sympatię Szymona Budnego (acz osobiście z nim się nie poznał). W związku z tymi znajomościami, a zarazem w związku z koligacjami swojej żony, planował potem jakąś podróż na Litwę, do której nie wiadomo czy doszło[2]. Na razie zresztą czekały go inne przejścia: na okręcie, w drodze z Gdańska do Anglii, urodził mu się syn, a w Londynie, mimo że przychylnie świadczył o nim znakomity podróżnik, a niedawny poseł do Moskwy, Jenkinson, uwięziono go za długi, których wobec konfiskaty majątku nie miał z czego zapłacić. Iwan na późniejszą interwencję Elżbiety odpowiedział, że konfiskata była dokonana najsłuszniej, bo Glover, wraz ze swymi kompanami, najął się w służbę Szwedów, w tym więc już przejawiła się wielka jego łaska, chrześcijańskiego monarchy, ze go razem z nimi nie uśmiercił.

O dalszych losach Glovera nie mamy wiadomości. To jednak pewna, że ciężkie tarapaty nie przeszkodziły mu starannie wychować owego syna na okręcie urodzonego, syn ten bowiem - Tomasz Glover junior (później: sir Tomasz Glover) - miał po latach reprezentować Anglię jako ambasador w Konstantynopolu.

Będzie to naruszeniem porządku chronologicznego, może jednak przy tej sposobności warto parę słów powiedzieć o tym angielskim dyplomacie z matki Polki. Sir Tomasz Glover zaczął swoją karierę w Konstantynopolu jako sekretarz ambasadora Bartona (złośliwi utrzymywali, że przedtem był jego lokajem); w tym charakterze był m. in. wysłany w r. 1596 z listami do Polski; w dziesięć lat później już sam zajmował miejsce Bartona. Jakub I w liście uwierzytelniającym do sułtana (16 VIII 1606) nazywa go swoim dworzaninem (esquire of our body). Znajomość polszczyzny, którą zawdzięczał matce, bardzo mu się przydała, ułatwiając porozumienie z ludami słowiańskimi i zapewniając lepszą orientację w stosunkach miejscowych, niż ta, którą mieli inni ambasadorowie. Jego też zdobycze dla polityki angielskiej na bliskim wschodzie były bardzo pokaźne i nawet wysoce nieprzychylny mu francuski monografista Gabriel de Mun przyznaje, że był to jeden z pierwszych przedstawicieli typu „budowniczego imperium”, z jego ujemnymi, ale także i dodatnimi rysami. Jednym z niewątpliwie najszlachetniejszych znamion jego działalności była opieka, jaką otaczał jeńców chrześcijańskich w niewoli tureckiej. „Uwolnił więcej niewolników z galer, płacąc za nich okup i odsyłając ich do ich stacji chrześcijańskich... niż jakikolwiek inny ambasador, który kiedykolwiek rezydował w Konstantynopolu”: tak pisze o nim podróżnik szkocki Lithgow, a relację jego potwierdza poeta angielski Sandys, powiadając, że dom jego był „sanktuarium dla biednych jeńców chrześcijańskich, w którym się sekretnie chronili”.

Miał wszelako Glover i zmysł finansowy, który ujawnił, opiekując się okrętami kupców flamandzkich z niemałą korzyścią dla swojego rządu i dla siebie, a ku szczeremu niezadowoleniu ambasadora francuskiego (z którym zresztą w końcu się pogodzili na zasadzie podziału dochodów). Mimo to kariera jego konstantynopolitańska zakończyła się nieszczęśliwie. Zdaje się, że zbywało mu na umiejętności utrzymywania swego budżetu w równowadze; wdał się znów w ryzykowną intrygę na gruncie zawiłych spraw mołdawskich, popierając kandydata do mitry hospodarskiej, Raduła, który w końcu sromotnie go zawiódł, obciążając go ogromnymi długami. Chcąc się ratować, Glover zaczął podobno wyświadczać jakieś płatne usługi innym państwom; w każdym razie zaczęto go o to oskarżać; niebawem też (1611) został odwołany. Jego następca Paul Pindar przedstawił go w swoich raportach jak najgorzej: jako rozrzutnika, zdrajcę, truciciela i prawie poturczeńca; musiał w tym jednak chyba być jakiś nadmiar koleżeńskiej gorliwości, bo w Londynie Glover oczyścił się ze wszystkich zarzutów i król nie tylko polecił spłacić najbardziej krzyczące jego długi, ale nadał mu dożywotnio urząd skarbnika dworu („Treasurer of the Household”); Sandys zaś pisał, że „główną winą Glovera było jego nieszczęście”. Był więc, zdaje się, w sumie dobrym Anglikiem. Natomiast z racją stanu ojczyzny swojej matki zgoła się nie liczył, posłowie też polscy w latach 1609 - 1611 zarówno w Konstantynopolu jak w Londynie kilka razy protestowali przeciwko jego działaniom w sprawie mołdawskiego pretendenta[3].

Pora jednak wrócić do przerwanej nici chronologicznej naszego opowiadania, tj. do roku 1573. Wraz z Gloverem-ojcem wygnany wtedy został z Moskwy i jego kolega Ralph Rutter. I ten także przez Litwę wracał, gdzie poznał się z Budnym. Zabawił nawet u niego w Łosku czas jakiś i dużo widocznie wtedy rozmawiali o sprawach religijnych. Wynikiem tego było, że Budny napisał obszerny list-memoriał (datowany 4 V 1574) do Johna Foxe’a, głośnego teologa i historyka prześladowania protestantów za Marii Tudor. W liście tym zwięźle przedstawił wykład wiary wedle rozumienia antytrynitariuszy litewskich. Nie dosyć na tym. Rutter najwidoczniej tak się przejął zapatrywaniami antytrynitarskimi, że sam je zaczął szerzyć, rozdając w Prusiech książęcych pisemko Budnego zwalczające dogmat bóstwa Chrystusa. Działalność ta poruszyła nawet luterskiego biskupa Pomezanii Jana Wiganda i skłoniła go do ogłoszenia w r. 1575 (w Królewcu) pisma polemicznego „Nebulae Arianae per D. Raphaelem Ritterum (sic!) Londinensem sparsae: luce veritatis divinae discussae”; stąd nazwisko kupca moskiewskiego (w błędnej postaci) i do historii ruchu ariańskiego się dostało[4].

Niejeden jeszcze potem taki agent kompanii moskiewskiej jeździł przez Polskę! Zdarzało się, że powierzano im i pomniejsze funkcje poselskie, zwłaszcza przewożenie listów. O jednej z takich podróży z późniejszych nieco czasów, z r. 1590, mamy zachowaną ciekawą, niestety, niezupełnie wiarogodną relację. Autor jej Jerome Horsey przybył do Moskwy po raz pierwszy koło r. 1573, tj. właśnie wtedy, kiedy Glover i Rutter byli stamtąd wyrzucani. Podrzędny zrazu agent kupiecki, urósł w znaczeniu, nauczywszy się po rosyjsku. Spryt i talent do pochlebstwa otworzyły mu serce cara i już w r. 1580 był wysłany przez niego do Anglii dla zakupu broni i rynsztunku wojennego. Misję tę z powodzeniem załatwił i nabyty ładunek pomyślnie przewiózł na 13 okrętach. Nie mniejszym niż Iwan Groźny zaufaniem darzył go Borys Godunow, podobnież posyłając go z depeszami do Anglii, gdzie z równą ufnością powierzano mu odpowiedzi, acz uczciwość i dyskrecja Horseya były dość podejrzane i jego praca w kompanii moskiewskiej zakończyła się procesem o oszustwo (przy czym sam on częściowo się przyznał do winy fałszowania rachunków).

W Polsce musiał bywać nieraz. Ułożył nawet jakoby jakieś osobne o niej pismo, które się wszelako nie zachowało. Opowiadanie o jeździe z r. 1590 mieści się w ogólnym dzienniku jego podróży. Wracał wtedy z Anglii. W Londynie skorzystano z tej okazji i powierzono mu do oddania w Warszawie pewne listy, dotyczące nieustających zatargów kupieckich. Nie był jednak formalnie posłem, więc też Zamojski nie chciał go przyjąć; ustąpił dopiero na skutek mediacji Jana Hlebowicza, wojewody trockiego, do którego Horsey się uciekł. I wtedy zresztą okazał mu „pewien odcień niechęci”, acz przyjął go „godnie” i nawet przysłał mu „pisma z grzecznościami i podarki”. Sprawa wyłuszczona w listach została załatwiona, acz co do pewnych szczegółów ich stylu wyrażono podobno zdziwienie.

Zakończywszy tak misję urzędową, Horsey chciał jednak skorzystać z pobytu w Warszawie i dla zaspokojenia własnej ciekawości. Tym zaś, co go najbardziej zaciekawiało, była osoba królowej Anny, wdowy po wielkim Batorym.

Pamiętamy wszyscy te sceny w komediach Szekspira i innych pisarzy jego czasu, w których ktoś zjawia się w przebraniu i nie jest przez innych poznany, albo chowa się za jakimś meblem i inni go nie widzą. Zazwyczaj uważamy je za szczyt konwenansu teatralnego; nie bądźmy jednak tak pewni: bo nasz Horsey w taki sam sposób postąpił (a przynajmniej opowiada, że postąpił) w Warszawie. Oto przebrał się w liberię jednego ze służących i zakradł się do pałacu Anny (w Ujazdowie?). Prawda, że został odkryty i rozpoznany, głównie jakoby po kryzie, która była w typie w Polsce naówczas nieznanym. Królowa jakoś się nie rozgniewała; przeciwnie, wdała się z Anglikiem w rozmowę, w której zresztą wypowiedziała bardzo nieprzychylną opinię o Elżbiecie angielskiej i jej postępowaniu z katolikami i Marią Stuart. Horsey odpowiadał w duchu oficjalnej polityki angielskiej. Rozmowa się przedłużała i toczyła się bez pomocy tłumacza (ale w jakim języku?). Przerwało ją dopiero nadejście Possevina, który od razu dał Horseyowi odczuć niezadowolenie z jego obecności i wizytę zakończył.

Anglik wszelako miał dość jeszcze czasu, żeby zauważyć, że przed oknami pałacu królowej było mnóstwo „wielkich goździków, lewkonii, róż prowanckich, słodko woniejących lilii i innych wdzięcznych ziół i dziwnych kwiatów, dających najmilszy i wdzięczny zapach”. Elegancka kryza musiała, istotnie, zrobić na królowej duże wrażenie, bo później wzywała jeszcze gospodynię, u której Horsey stał na kwaterze, żeby się od niej dowiedzieć, jak się taką kryzę prasuje. Naturalnie, wszystko w tym opowiadaniu należy brać „cum grano salis”, acz szczegół o kwiatach jest autentyczny, bo i skądinąd wiadomo, że Anna była zamiłowana w ogrodnictwie.

Jeszcze większe ziarno soli potrzebne jest przy lekturze dalszego ciągu opowiadania Horseya, okazuje się bowiem, że w drodze z Warszawy do Wilna nad jedną z rzek orszak jego trafił na nieżywego „węża-krokodyla” (a crocadile serpent), który tak cuchnął, że Horsey aż się pochorował i przez kilka dni leżał w pobliskiej wiosce. Ten „wąż-krokodyl” mógł być przecie najwyżej zdechłym koniem.

Skłonność Horseya do powiększania swojego znaczenia zdaje się przejawiać w jego relacji z pobytu w Wilnie, gdzie miał go niesłychanie wystawnie i ceremonialnie podejmować wojewoda wileński i głowa kalwinów litewskich Krzysztof Radziwiłł (Piorun). On co prawda przedstawia sprawę tak, że Radziwiłł tym wspaniałym przyjęciem chciał wzbudzić w szlachcie litewskiej przekonanie - nie odpowiadające prawdzie, ale łechcące jego dumę,  że królowa angielska przysłała posła ze specjalną misją do niego.

Jak opowiada Horsey, Radziwiłł udał się z nim przede wszystkim do zboru (na co sarkał drugi Radziwiłł, biskup i kardynał), potem zaś zaprosił go na obiad, przydawszy mu gwardię 500 ludzi i 50 halabardników, którzy go zaprowadzili do pałacu. „do bardzo dużej komnaty, gdzie były organy i śpiewanie”. „Byłem umieszczon przed nim” - opowiada Horsey dalej - „pośrodku stołu; trąby grały i kotły huczały. Z pierwszym daniem weszli błaznowie i poetowie, ucieszny dyskurs wiedli, głośne i cienkie instrumenty grały bardzo dźwięcznie, naraz weszli kar łowię, męże i niewiasty, czyście ubrani, przy słodkiej harmonii, cichych i żałobnych piszczałkach i pieśniach kunsztownych; brzmiały bębny Dawidowe i Aronowe słodko dźwięczące dzwoneczki, jak je mianował. Rozmaitość czyniła czas miłym i krótkim. Jego Wysokość pił prze zdrowie Jej Królewskiej Mości anielskiej Królowej Anglii i wysławiał jej wielkość i łaski”. Wśród potraw na bankiecie widniały „dziwne podobizny, lwowie, jednorożcowie, orłowie ze skrzydły rozwiniętymi, łabędziowie i innych wiele, z ciasta cukrowego wszystko uczynione, a różnorakim winem napełnione, które z brzuchów ich przez kurki można było toczyć, tudzież kandyty różnego rodzaju, które z brzuchów ich wycięte się dobywało, każdy z osobnym srebrnym widelcem”.

Nie uczestniczył naturalnie w tej biesiadzie kardynał Jerzy Radziwiłł, którego Horsey widział wcześniej, jeszcze jako administratora inflanckiego, i o którym dość złośliwie wspomniał (pod rokiem 1585) jako o „hucznym godnym prałacie, miłującym kompanię pań inflanckich, które są najpiękniejsze niewiasty znanego świata”.

Odjeżdżał Horsey z Wilna, jak sam powiada, „dobrze ugoszczony, uczczony i wielką atencją otoczony”. Miał za to w Moskwie dotkliwie odpokutować. Nie tylko znalazł się w niełasce na dworze, ale - jeśli wierzyć jego relacji - omal nie został otruty (otruto podobno jego kucharza i lokaja); potem uwięziono go (co i tak, jak car pisał do Elżbiety, było wielką łaską, bo za to, co mówił w Polsce, powinien był być śmiercią ukarany), wreszcie kazano mu na zawsze z Moskwy się wynieść.

Wróciwszy do Anglii, ze wszystkiego gładko się wytłumaczył, wcale też sobie nieźle dalej egzystował: w r. 1603 nadano mu tytuł szlachecki, piastował też różne urzędy w administracji państwowej i był przez trzydzieści prawie lat członkiem parlamentu. Uchodził za znawcę nie tylko rosyjskiego, ale i kilku innych języków. Na jednej z konferencji Walsingham zapragnął usłyszeć po zdaniu z każdego z nich. Horsey zaprodukował wtedy, między innymi, i zdanie polskie, które zapisał jak następuje: „Bozia da vashinins Coopovia malascora móia pana”. Gdyby to było o trzy wieki wcześniej, warto by się głowić nad tym, co to mogło znaczyć. Prawdopodobną jednak chyba będzie hipoteza, że londyńsko-moskiewski spryciarz nie umiał na tyle po polsku, żeby ułożyć czy zapamiętać całe dłuższe zdanie, ale zebrał razem kilka krótszych wyrażeń, które mu w uszach utkwiły: „Boże daj waszej miłości” (?), „kupować”, „mała skóra” (pewno handlował futrami!), „mój panie”. Trzeba, naturalnie, brać pod uwagę i możliwą niedokładność zapamiętania i trudności wynikające z transpozycji polskiej wymowy na angielski system graficzny[5].

Nie wszyscy agenci handlowo-dyplomatyczni kompanii moskiewskiej byli obdarzeni taką zdolnością pióra, jak Horsey, toteż niewiele mamy tego rodzaju relacji z tego rodzaju podróży. Że jednak samych podróży takich było więcej, na to raz po raz spotykamy dowody w dokumentach: ot np. w r. 1601 starosta w Orszy uwięził niejakiego Olivera Lysseta, Anglika, zamieszkałego w Polsce, który wiózł do Moskwy listy od posła moskiewskiego i od kupców. Starosta przetrzymał go w więzieniu przez dni trzynaście; wielki kanclerz litewski, poinformowany o sprawie, kazał go uwięzić na dłużej; uwolniono go za kaucją. Takie wtedy bywały przygody w służbie kurierskiej[6].

 

 

 

[1] Zob. J Tołstoj: Pierwyja sorok let snoszemj mieżdu Anglijeju i Rossijeju, 1553-1593, Petersb. 1875; M. K Boguszewski: „The English in Muscovy during the sixteenth century”, Transactions of the Royal Historical Society, vol. VII, 1878; J. V. Hamel: Angliczanie w Rossii w XVI i XVII stol., Petersb. 1869; Horsey: Travels, jak niżej str. 184 (Horsey podaje nawet nazwisko żony Glovera, w postaci jednak zbyt przekręconej, by była oświecająca: „Basmanovey”); A. Jenkinson: Early Voyages and Travels to Russia and Persia, 1886; Calendar of Clarendon State Papers I 496; kopiariusz Aschama (rps. Brit. Mus.: Royal 13. B. 1) f. 206.

[2] O stosunkach Glovera z Budnym świadczy fakt, że ten ostatni w liście do Foxe’a, odkrytym i streszczonym przez Stanisława Kota („Anglo-polonica”, Nauka Polska, t. XX s. 106), wskazuje (1574) na niego jako na zaufanego pośrednika w korespondencji.

[3] Zob. W. Lithgow: A most delectable and true discourse of an admired and painefull peregrination, 1614, cz. 4; G. Sandys: opis podróży w Purchas his Pilgrims, ed. 1905, VIII; sir Th. Glover: The Joufney of Edward Barton, tamże; G. de Mun: Deux ambassadeurs A Constantinople, 1604-1610, Paryż 1902; Historical MSS. Commission, 10-th Report, pt. 1: Digby MSS s. 542 etc.; State Papers, Venice, XI 330

[4] Zob.: J. Tołstoj, jw. 133 (jak wynika z przytoczonej tam zapiski Jenkinsona, miał on o R. gorszą opinię niż o Gloverze) etc., jw. Stosunki R. z Budnym wyświetlił Kot („Anglo-polonica”, 106; „Oddziaływanie Braci Polskich w Anglii”, Reformacja w Polsce, VII-VIII 218; życiorys Budnego w Pol. Słowniku Biograficznym).

[5] Zob.: G. Fletcher: Russia at the close of the 16th cent.; comprising the Travels of Sir J. Horsey, ed. E. A. Bond, 1856, Hakluyt Society; J. Tołstoj, jw.; Boguszewski, jw.; S. Sieriedonin: „Anglijskija izwiestija o Rossii wo wtoroj połowinie XVI w.”, Żurnał Ministierstwa Narod. Proswieszcz., Petersb. 1885, nr. 12. Wedle Bonda poprawiam datę pobytu H. w Polsce: z 1589 na 1590. Rps pamiętnika H. jest w British Museum (Harleian, 1813).

[6] Zob.: Historical MSS. Commission, Salisbury MSS, pt. XI, s. 347.

 

Więcej na ten temat w najnowszym numerze kwartalnika Szkoła Nawigatorów poświęconemu stosunkom rosyjsko-angielskim. 

Do kupienia tutaj:

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-22-rosyjsko-brytyjski/



tagi: rosja  anglia  wacław borowy 

rotmeister
21 marca 2019 16:16
0     790    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
zaloguj się by móc komentować