-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Marcin Luter - hasło z Encyklopedii Kościelnej ks. Michała Nowodworskiego.

Encyklopedia kościelna, pełny tytuł: Encyklopedja Kościelna podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami przy współudziale wielu duchownych i świeckich osób wydana przez Ks. Michała Nowodworskiego pod redakcją Ks. D-ra Stefana Biskupskiego – encyklopedia składająca się z 33 tomów wydanych w latach 1873-1933. Początkowo drukowana w Warszawie w Drukarni Czerwińskiego i S-ki przy ulicy Świętokrzyskiej. Była jednym z większych polskich przedsięwzięć wydawniczych w zaborze rosyjskim.

Hasło z Tomu XII, autorstwa ks. Michała Nowodworskiego.

 

Marcin Luter część 2.

Marcin Luter część 3.

 

Luter Marcin, ur. 10 listopada 1483 w Eisleben w czasie chwilowego pobytu tam jego rodziców, Jana i Małgorzaty z Lindemann’ów, wieśniaków z Möra, w lesie Turyngskim, przesiedlonych później do Mansfeld, gdzie ojciec jego z rolnika został górnikiem. Miał on ośmioro dzieci i Marcin jako student chleb swój zarabiał śpiewaniem pode drzwiami; najprzód uczył się u franciszkanów w Magdeburgu, a potem w Eisenach; 1501, wspierany przez osoby zamożniejsze, udał się na uniwersytet erfurcki, aby tam, zgodnie z wolą, ojca, oddać się nauce prawa. Gdy piorun zabił obok niego jego przyjaciela Aleksego, poruszony tym wypadkiem, ślubował wstąpić do zakonu, nie mając ku temu wcale odpowiedniego usposobienia duszy. Później żałował on swego ślubu, ale, pomimo tego i pomimo odradzań swoich przyjaciół i oporu swego ojca, wstąpił (17 lipca 1505) do klasztoru augustianów w Erfurcie.

 

W początkach swego nowicjatu spełniał sumiennie wszystkie ciężkie prace zakonnej próby, od których go jednak niebawem, jako już magistra, uwolnił prowincjał Staupitz. W maju 1507 r. otrzymał święcenie kapłańskie, które potem jako znamię bestii apokaliptycznej przeklinał; zdaniem jego było to wielką niesłusznością i stać się mogło tylko przez szczególną cierpliwość Bożą, że ani jego, ani święcącego go biskupa ziemia nie pochłonęła. Po odbyciu kursu teologii scholastycznej, na przedstawienie Staupitza, książę elektor saski mianował Lutra (1509 r.) nauczycielem etyki i dialektyki w nowo erygowanym uniwersytecie wittenberskim, W roku następnym otrzymał bakkalaureat, a 1512 doktorat teologii (cf. Schneider, Luters Promotion, 1860) i rozpoczął swoje prelekcje teologiczne nad Psalmami i Listem ś. Pawła do Rzymian. R. 1516 wydał on mistyczne pismo z XIV w. pt. Teutsche Théologie. Nie spekulatywny panteizm tego pisma, ale jego praktyczne co do woli ludzkiej następstwa nęciły Lutra i stanowiły dlań całą wagę tego dziełka. Wynikało bowiem z tej teologii niemieckiej, że tylko jedna jest wola Boża i że ta tylko działa w stworzeniu, że przeto ani o wolności woli ludzkiej, ani o wiążącym wolę prawie mowy być nie może. Luter odznaczał się w klasztorze pobożnością i ascetyzmem. Ale z tego, co sam pisze o swoim życiu klasztornym, widoczną jest rzeczą, iż duchowa pycha, jaka się nieraz pod giętym pozorem skrupulatności ukrywa, wżarła się i w jego duszę.

 

Podług nauki Kościoła, człowiek bez szczególnej pomocy łaski Bożej nie może być całkowicie wolnym od wszelkiego powszedniego grzechu. Cnota i świątobliwość polegają na tym, aby człowiek w ciągłej przeciwko pokusom walce utrzymał swoją moralną siłę; że zaś tej siły nie posiada sam przez się, ani ją też własnym tylko zdobyć może wysiłkiem, przeto nieustannie potrzebuje, z pokorą i dziecięcą ufnością, używać zbawczych środków kościelnych, aby za ich pomocą pozyskiwać nie tylko odpuszczenie grzechów, w jakie wpada codziennie, lecz zarazem siłę do życia cnotliwego. Lutrowi nie wystarczało to jeszcze: chciał on świętości takiej, która by uwalniała go od wszelkiej pokusy, chciał zupełnej bezgrzeszności (Mart. Lutheri, Comment, in ep. ad Galatas, ed. Wittenb. 1538, f 318). Że zaś celu tego osiągnąć nie mógł, nieustanne dręczyły go jego ułomności i pokusy, tak dalece, że opisując wewnętrzny stan swojej duszy, przedstawiał ją, jako przepełnioną zwątpieniem, nienawiścią, złorzeczeniem Bogu, jako kloakę i królestwo diabelskie (op. cit. f 35) Dobre rady i nakazy przełożonych nie trafiały do pysznego jego serca, o pokorze i o ufnym oddaniu się Bogu słuchać nie chciał, przeto z psychologiczną koniecznością dojść musiało do tego, że odrzucił całą kościelną naukę o usprawiedliwieniu i uświęceniu człowieka, i że poszukał sobie takiej teorii usprawiedliwienia, która by odpowiadała wewnętrznemu stanowi jego duszy.

 

W gwałtownej tej i namiętnej duszy dziwnie przekształcały się myśli i uczucia chrześcijańskie. Powiada np. sam o sobie, że gdy był w Rzymie (1510), ubolewał, że rodzice jego jeszcze nie pomarli, boby ich mszą swoją mógł z czyśćca wyzwolić; upewnia też, że w danym razie z żarliwości religijnej łatwo mógłby był zostać najokrutniejszym mordercą. Po zerwaniu z Kościołem zaszła w nim ogromna zmiana pod względem moralnym, ale ów ogień gniewu i niepokoju, wzmagający się aż do nienawiści, który później tak jaskrawym zaświecił płomieniem, tlał w nim już wówczas, tłumiony tylko i hamowany jeszcze ascetycznymi wysiłkami. Walka, jaką prowadził ze swoją natury obdarzoną szlachetnymi, ale i wielu przy tym złymi skłonnościami, często kończyła się przegraną. Sam przyznaje, że, oprócz pokus nieczystości; szczególniej nie podobna mu było przemódz porywów gniewu, nienawiści i zazdrości. Przy tym brak mu było miłości Bożej, którą, jak potem pisał do Staupitza, udawał tylko przed Bogiem. W klasztorze, opowiada dalej, był tak wrogim Chrystusowi, że gdy ujrzał Go na obrazie rozpiętego na krzyżu, spuszczał oczy z przerażeniem takim, że wolałby diabła zobaczyć.

 

Opanowywała go tak głęboka melancholia, iż chwilami odchodził zupełnie od zmysłów. Raz musiano gwałtem otworzyć drzwi jego celi i, znalazłszy go omdlałym, zaledwie muzyką zwolna zdołano go do przytomności doprowadzić. Nic pomagała mu modlitwa, bo miał przekonanie, że Bóg modlitwę przyjmuje tylko z zupełnie czystego, anielskiego serca pochodzącą. Wszystko to wprawiało go w stan ponurego zniechęcenia i zwątpienia, po którym znowu od czasu do czasu następowały chwile zuchwałej pewności. Podług własnego jego wyrażenia, w chwilach takich był on najzarozumialszym usprawiedliwiaczem siebie (praesumptuosissimus justitiarius) tak dalece, iż „nie widział w sobie ani odrobiny nędznika”. Ale przejście znowu od chwilowego tego upojenia zwodniczą pewnością siebie do przerażenia rozpaczy, do walki z hydrą grzechu, której córa i nowe wyrastały głowy, pomnażało jego wewnętrzne katusze. Męczarnie tego stanu były coraz nieznośniejsze i Luter z gorączkowym niepokojem przemyśliwał, jakby wyrwać z duszy żądło, raniące go nieustannie.

 

W tym usposobieniu rozczytywał się w Biblii, a szczególniej w listach św. Pawła do Rzymian i do Galatów, szukając w nich lekarstwa odpowiedniego na swe cierpienia, i pewny, że je tam znajdzie. Tym sposobem doszedł on do nowej nauki o usprawiedliwieniu. Odkrycie Lutra polegało w swej istocie na następnych pojęciach. Człowiek pomieszczony na świecie, na którym panuje zło, sam, w skutek grzechu pierworodnego, jest na wskroś złym. Dążenie jego do wewnętrznej świętości i oczyszczenia się z grzechu, w przekonaniu, że ma to jaką przed Bogiem wagę, jest błędnym zupełnie i daremnym. Bóg sam człowiekowi, niesposobnemu do pozyskania własnej, rzeczywistej, wewnętrznej sprawiedliwości, daje sprawiedliwość swoją, człowiekowi obcą, ale którą człowiek przyswaja sobie wiarą. To, co Chrystus dla nas na ziemi zdziałał, co wycierpiał, jest ową szatą sprawiedliwości, którą człowiek potrzebuje się tylko osłonić, tylko nakryć całą swoją winowajczość i ciągłą grzeszność, aby przez Boga być uznanym za sprawiedliwego. Bo cokolwiek Jezus działał i cierpiał, działał i cierpiał za mnie, ażeby mnie uwolnić od nierozwiązalnego dla mnie zadania, to jest od osiągnięcia rzeczywistej wewnętrznej sprawiedliwości, przez którą mógłbym podobać się Bogu. Pozostaje mi tylko aktem wiary przyswoić sobie to, co Jezus zdziałał, przyczytać to sobie i z ufnością obcą wprawdzie, ale przyswojoną mi sprawiedliwość stawić się przed Bogiem, a Bóg uzna mnie za sprawiedliwego.

 

Tę przyczytalną sprawiedliwość Luter rozwinął i rozszerzył o tyle, o ile tego wymagało jego rzucenie rzeczywistej sprawiedliwości człowieczej. Szeroki płaszcz sprawiedliwości Chrystusowej okrywa, podług niego, nie tylko wszystkie grzechy jakie człowiek popełnia, tak, iż Bóg ich nie widzi, ale nadto jest ona jeszcze zupełnym i nadobfitym wynagrodzeniem za brak pozytywnej sprawiedliwości w człowieku. To tedy było owym wielkim wynalazkiem Lutra, że rzeczywista dobroć człowieka nie miała nic wspólnego z uznaniem dobroci człowieczej przez Boga, czyli, że poczytanie Boże człowieka za sprawiedliwego nie zależało od żadnych warunków etycznych, lecz tylko od warunków potrzebnych do przyczytalności, tj. od świadomości własnej winy i niemocy i od uznania, że to przyczytanie sprawiedliwości i świętości Chrystusowej jest wytkniętą od Boga drogą ratunku. To było znaczenie z takim naciskiem przez Lutra głoszonego zniesienia prawa, zarówno moralnego, jak ceremonialnego; stąd owo absolutne przeciwieństwo, w jakim on prawo, czyli Mojżesza, stawiał z Chrystusem, prawo, które od człowieka domagało się, aby człowiek nie grzeszył, aby był bogobojnym, aby to i owo robił, gdy tymczasem Chrystus mówi do człowieka: ty nie jesteś bogobojny, ale ja wszystko dla ciebie i za ciebie zrobiłem, potrzebą ci tylko, abyś to wszystko, co ja zrobiłem, przyczytał.

 

Dla tego tak częste zachęty Lutra, aby prawu nie dawać żadnego wpływu na sumienie, aby sumieniu „pozwolić radośnie zasnąć w Chrystusie, bez wszelkiego poczucia prawa i grzechu“. Tym odkryciem swoim chciał Luter zupełnie rozwiązać wszystkie zagadnienia życia religijnego; teraz dopiero prawo i sumienie, nieprzejednane sobie wrogi, jednały się należycie. Tak tedy Luter z jednej ostateczności przerzuca się w drugą. Jak poprzednio, dla pozyskania pokoju duszy, wysilał się na dzieła umartwienia, ale bez należytej wiary i ufności, tak teraz wszelkie uczynki za nic poczytał i tylko w wierze zbawienia szukał. Esto peccator, pisał on, wypowiadając na swój sposób tę nową naukę, et pecca fortiter sed fortius fide et gaude in Christo, qui victor est peccati, mortis et mundi: peccandum, quamdiu vivimus. Suficit quod agnovimus per divitias gloriae Dei agnum, qui tollit peccata mundi: ab hoc non avellet nos peccatum, etiamsi milties uno die fornicemur aut occidamus.

 

Nowa ta, pełna dla niego pociechy nauka, nazywała się u niego ewangelią; bo i jakaż mogła być weselsza nad tę nowina, że człowiek nie wysiłkiem żadnym, nie trudem pokuty i poprawy zdobywa sprawiedliwość i pewność jawienia, lecz samym tylko aktem wiary, przyznającej sobie Chrystusową sprawiedliwość? Wesoła ta nowina podług Lutra, była już od wielu wieków zatracona i całe chrześcijaństwo, błąkając się w ciemnej nocy, wysilało się na sprawiedliwość, która człowiekowi, po wszystkich jego usiłowaniach, pozostawiała tylko to uczucie, że większym jeszcze niż poprzednio by on grzesznikiem. W pojęciu Lutra oczywistą było rzeczą, że roznosicielem i głosicielem tej przebrzmiałej już i zapomnianej dobrej nowiny został on w skutek szczególnego wyboru i powołania Bożego, i że tak to przekonanie jego, jak i należyte wyrozumienie listów św. Pawła do Rzymian i do Galatów, było sprawą wyższego natchnienia. W tym odkryciu swoim miał nadto Luter probierz wartości wszystkich dogmatów instytucji i praktyk kościelnych; wszystko, co się nie zgadzało z jego nową ewangelią i z jej koniecznymi następstwami, ulegało potępieniu i odrzuceniu; i sam Kościół, który główną tę naukę sfałszował i przez to zgubił wiele milionów ludzi, pozbawiając ich najpewniejszej pociechy i źródła ich zbawienia, nie mógł w żaden sposób prawdziwym być Kościołem. Spór o odpusty nie był pierwszą dla Lutra okazją do buntu przeciwko Kościołowi: poprzednio już, w przeciągu lat 1515 i 1516, wyrobił już on sobie doktrynę, która pomiędzy wieloma innymi następstwami prowadziła za sobą odrzucenie kościelnej nauki o pokucie i zadośćuczynieniu, a zatem i o odpustach. Spór ów odpustowy miał tylko ten rezultat, że rozwinięcie jego systematu przyspieszył, do spopularyzowania go posłużył i na wielką scenę świata wyprowadził, gdy inaczej może by zamarł w murach klasztornych. I wprzód widział Luter niektóre nadużycia w Kościele, nieudolność i niegodność wielu duchownych, i nad tym, równie jak inni najwierniejsi Kościołowi ludzie, ubolewał; ale nie przychodziło mu jeszcze do głowy, aby za te jednostkowe niedostatki i winy zwalać odpowiedzialność na sam Kościół. Wszakże miał on szczególne usposobienie dopatrywania złej strony we wszystkich objawach życia: wypatrywanie egoistycznych, nieczystych żywiołów w czynach ludzkich, równie jak w publicznych sprawach państwowych i kościelnych było dla jego natury ulubionym zajęciem.

 

Najulubieńszym też jego dogmatem było twierdzenie, że człowiek nie tylko już od Boga odwrócony ale nawet znajdujący się w stanie łaski, grzeszy bezustannie, czyniąc nawet najlepiej, że w każdym uczynku jest coś złego i Bogu niemiłego i że nawet najłatwiejsze z przykazań Bożych nie może być przez najbogobojniejszych ludzi dochowane. Naturalnie, że gdy Luter przy takim usposobieniu swoim zerwał z Kościołem, zmienił się sąd jego o wszystkich instytucjach kościelnych i o samym Kościele. Wszystko w Kościele odtąd było dlań złym, zatrutym owocem fałszywej nauki, a nienawistne przedstawianie i przekrzywianie stosunków kościelnych stanowiło w oczach jego winę nauki kościelnej. Ze wszystkich wywnętrzań się Lutra, z całego jego zapatrywania się na naturę i dzieje pokazuje się, iż, w przekonaniu jego, wpływowi szatana ulegało wszystko, czego mu Bóg nie wyrwał, i że dla tego królestwo szatańskie było niezmiernie szerokie. Zarzucając tedy Kościołowi zatracenie prawdziwej nauki Chrystusowej poczytał go za dziedzinę, w którą szatan zwycięsko wkroczył i swoją stolicę założył i wszystko w nim splugawił i zatruł. Dla tego to był on najpewniejszy, że najgwałtowniejsze jego napaści na Kościół są jeszcze za słabe. Od rozpoczęcia sporu z Tetzelem, Luter szybko doszedł do tego przeciwko Kościołowi buntu, bo przygotowany już dostatecznie był on w jego duszy.

 

Gdy Leon X Papież ogłosił odpust powszechny (1516), przy udzielaniu którego, prócz zwykłych dzieł pokuty, zalecone było zbieranie ofiar na budowę bazyliki św. Piotra i Pawła w Rzymie, nadkomisarzem na Niemcy mianowany był arcybiskup moguncki Albrecht brandenburski (Hohenzollern). Arcybiskup ten na kaznodzieję odpustowego wybrał znakomitego podówczas kaznodzieję z zakonu dominikańskiego Tetzel'a (właściwie Dietzel). Z dominikanami zaś augustianie zostawali wtedy w ogóle nie w zupełnie przyjaznych stosunkach, a nadto Luter osobistą miał do nich urazę, bo gdy1516 w sporze teologicznym z fałszywą o wolnej woli występował nauką, dominikanie i Tetzel, jako inkwizytor, publicznie tę naukę potępili. Pochwycił tedy okazję, aby dominikanom dogryźć, a jak sam się wyrażał, aby im tęgiego klina zabić. Do tego nie było wcale potrzeba jakichś mów skandalicznych, jakie Tetzelowi niektórzy przypisują, a jakie wcale nie miały miejsca. W kazaniu mianym 17 września 1517 r. Luter gwałtownie wystąpił przeciwko odpustom, nazywając je „pozwoleniem grzeszenia i bezczeszczenia krzyża Chrystusowego“. Dnia 31 października na drzwiach kościoła uniwersyteckiego w Wittenbergu przybił 95 tez, którymi wzywał na dysputę przeciwko odpustowi i w których jawnie już występuje ze swymi głównymi pojęciami o wierze i o dobrych uczynkach. Tezy znalazły dobre u ogółu przyjęcie i rozeszły się szybko po dalszych stronach Niemiec. Tetzel na uniwersytecie frankfurckim (nad Odrą) przybił 106 antytez, których bronił przeciwko zwolennikom tez luterskich. Luter odpowiedział 20 artykułami o odpuście i łasce, które mu większą jeszcze popularność u ludu i humanistów zjednały. Tetzel napisał wtedy swoje uwagi, w których twierdzenia Lutra przedstawia jako podejrzano i błędne.

 

Zresztą ani tez ani kazania Lutrowego Tetzel nie palił, ani też granic przyzwoitości w swojej polemice nie przekraczał. Studenci wittenbergscy jednak, z nienawiści ku scholastycznym tezom Tetzela, pisma jego publicznie spalili. Powstali przeciwko Lutrowi i inni przeciwnicy: Konrad Wimpina, professor w Frankfurcie nad Odrą, Sylwester Prierias, generał dominikanów, Hoogstraten z Kolonii, a silniej od innych Eck, który w swoich „Obelisci“ wykazał powinowactwo nauki Lutra z nauką Jana Husa. Imię to było jeszcze wówczas w obrzydzeniu u Niemców, i wielu przyjaciół Lutra przeraziło się ciężkością zarzutu. Luter wszakże w odpowiedzi nie pozostał dłużnym. Każde przeciwko niemu wykierowane pismo było tylko pobudką do dalszego rozwijania własnej swej doktryny. Polemiki wszakże swojej nie prowadził podług praw szkoły, a czym więcej spotkał przeciwników, tym gwałtowniejszą była jego mowa. Na Hoogstraten’a np. napierał takimi słowami: „Idź tedy precz ty głupi, krwi żądny morderco! ty, który krwią chrześcijańskich braci nasycić się nie możesz. Idź, badaj i szukaj robaków w gnoju, dopóki się nie nauczysz, co to jest błąd, co grzech i kacerstwo. Nie widziałem jeszcze dotąd większego nad ciebie osła, choć się chwalisz z tego, żeś przez lat wiele uczył się dialektyki”.

 

Gdy się przeciwko niemu zwróciły uniwersytety lowański i paryski, nazywał je „szkołą kretów, śmierdzącą kałużą,“ a professorów tych uniwersytetów „epikurejskimi świniami, diabelską synagogą“ itp. Z zakonu augustianów żaden głos nie podnosił się przeciwko niemu, cały zaś uniwersytet wittenberski, z wyjątkiem jednego tylko professora, jego biskup diecezjalny i wielu prałatów stało po jego stronie, albo też przychylnie się dlań zachowywało. Przez kilka też miesięcy Luter wypowiadał chęć pokornego poddania się sądowi władzy kościelnej i zapewniał Papieża, że bezwarunkowo przyjmie jego wyrok: „Do stóp twoich, Najśw. Ojcze, pisał on, rzucam się z tym wszystkim, czym jestem i co mam. Ożywiaj, zabijaj, zatwierdzaj, odrzucaj, jak ci się podoba. Głos twój będzie mnie głosem Chrystusa, który w tobie mieszka i w tobie mówi. Jeżeli na śmierć zasłużyłem, nie zawaham się umrzeć“.

 

W Rzymie zmiarkowano, że spór o odpusty nie jest sporem tylko szkolnym i Luter otrzymał zawezwanie, aby w przeciągu 60 dni błędy swoje odwołał, albo osobiście w Rzymie się stawił. Uniwersytet wszakże i elektor Fryderyk zwrócili się do Papieża, z prośbą o uwolnienie Lutra od podróży Rzymu; w skutek czego kardynał Tomasz de Vio z Gaety otrzymał polecenie przesłuchania Lutra i pojednania go z Kościołem, jeżeliby swoje błędy odwołał, w przeciwnym zaś razie zatrzymania go do dalszego rozporządzenia. Kardynał znajdowywał się wówczas właśnie na sejmie augsburgskim; tam tedy przybył Luter (7 października 1518); legat przyjął go przyjaźnie i żądał odwołania. Luter odrzekł, iż wcale nie wie, aby czegobądź nauczał, coby się sprzeciwiało nauce Pisma Św., Kościoła, lub dekretaljów, i że gotów jest poddać się wyrokowi uniwersytetów: bazylejskiego, fryburgskiego, lowańskiego i paryskiego. Zresztą gotów on wszystko odwołać, jeżeli mu Pismem św. błędy jego wykażą. Po czym umknął cichaczem z Augsburga, zostawiwszy przed notarjuszem i świadkami zrobioną protestację, w której od Papieża źle poinformowanego apelluje do Papieża lepiej informowanego. Spór tedy nie tylko nie został załatwiony, ale rozpalał się coraz silniej. W Rzymie niepowodzenie sprawy przypisano niezręczności legata i wysłano Karola Miltiz'a, szambelana papieskiego, rodem sasa.

 

W Lipsku zawezwał nuncjusz Tetzel’a i nakazał mu milczenie. Ponieważ powszechnie wówczas przyczynę całej rozterki religijnej zwalano na Tetzela, ten ze zgryzoty zmarł niezadługo (1519). Luter pisał do niego list pocieszający, w którym zapewnia go, że sprawa cała nie z jego powstała przyczyny, ale zupełnie inny ma początek. Miltiz widział się Lutrem w Altenburgu (styczeń 1519), potem w Liebenwerda i w Lichtenbergu, przekładał mu nieroztropność i niebezpieczeństwo jego wystąpień przeciwko Kościołowi. Luter zdawał się być wzruszony i obiecał milczeć, jeżeli i jego przeciwnicy milczenie zachowają. W drugim też swym liście do Papieża (3 marca 1519) przyznawał, że poszedł za daleko, że go to trapi, że wcale nie miał zamiaru Kościołowi, matce swojej, sprawiać boleści. Miltiz był zadowolony, bo sądził, że rzecz już załatwiona. Ale Luter najzupełniej obłudnie słał do Papieża swoje wyrazy hołdu i posłuszeństwa, gdyż w kilka dni potem pisał do przyjaciela swego Spalatina, kaznodziei elektora saskiego: „nie wiem na prawdę, czy Papież jest samym antychrystem, czy tylko jego apostołem.“ Lipska dysputa z Eck'iem i potępienie zdań jego przez uniwersytet paryski i lowański przyczyniły się do wyświecenia jego myśli i przyspieszenia jego apostazji.

 

Eck, idąc za zwyczajem ówczesnych szkolnych szermierek, rozpoczął 27 czerwca z Karlstadtem, przyjacielem Lutra, dysputę publiczną. Przedmiotem dysputy była pokuta, odpust, rozgrzeszenie kapłańskie, zadosyćuczynienie i prymat papieski. Książe Jerzy z całym swoim dworem pilnie przysłuchiwał się całemu przebiegowi rozpraw. Eck jaśniał swoją olbrzymią wiedzą, wymową i bystrością umysłu, nadto, miał za sobą naukę Kościoła i rozum. Karlstadt pod żadnym względem przeciwnikowi swemu sprostać nie mógł. Od 4 lipca poczęła się walka z Lutrem, który dowodził, że nie rzymski biskup lecz Chrystus jest głową Kościoła, i dla tego prymat biskupa rzymskiego nie z boskiego, lecz z ludzkiego wypływa prawa. Gdy Eck wykazał, że niektóre ze zdań luterskich były już potępione na soborze konstancjańskim, Luter odrzekł, iż właśnie niektóre ze zdań tam potępionych są istotnie chrześcijańskimi i ewangelicznymi. Eck wyszedł z dysputy zwycięzcą, Luter i Karlstadt opuścili miasto, zawstydzeni, po cichu. Ale pomimo tego rzecz nie tylko nie została załatwioną, ale zaogniła jeszcze. Luter pisał wtedy, że nie jego przeciwnicy byli sprawcami jego upokorzenia i wstydu, lecz diabeł, który chce prawdę ze świata wygnać. Stanowisko jego wszakże było bardzo zachwiano wtedy w Wittenbergu i tylko list Erazma podtrzymał dla niego przychylność elektora. Pomiędzy młodzieżą rosła tymczasem wziętość Lutra. Na początku r. 1520 liczba studentów uniwersytetu wittenbergskiego wzrosła do 1500. Zewsząd nadsyłano mu listy uwielbienia i zachęty.

 

Znaczna część szlachty niemieckiej, z Sickingen'em na czele, obiecywała mu ochronę swego miecza i swoich zamków przeciwko wszelkim nieprzyjaciołom. Odwaga jego wzmogła się i począł odtąd puszczać w świat szereg pism swoich przeciwko Kościołowi. W liście z d. 16 stycznia 1520 r. do nowo wybranego cesarza Karola V pisał się jeszcze wiernym synem katolickiego Kościoła, na którego łonie pragnie umierać, ale już w piśmie „do szlachty niemieckiej o poprawie stanu chrześcijańskiego“ piorunował przeciwko uzurpacjom papieskim, odmawiał Papieżowi nieomylności i prawa zwoływania soborów, zaprzeczał mu wszelkiego prawa do władzy doczesnej i radził zabrać mu państwo Kościelne, odjąć wszelką własność lenną, a za to dać mu Biblię i brewiarz. Powszechnemu kapłaństwu chrześcijan dał takie znaczenie, że przez nie z gruntu wywracał cały ustrój Kościoła, całą hierarchię kościelną. Nie miało już odtąd, za jego radą, być udzielnego stanu kapłańskiego, lecz tylko urzędnicy duchowni, delegowani przez gminy i spełniający to, do czego spełniania wszyscy równą posiadali władzę. Przebiegle obmyślał Luter pozyskać sobie tym sposobni inne stany: książęta, szlachtę i mieszczaństwo, ponieważ im właśnie dostałyby się bogate łupy, gdyby, podług jego planów, rozwalił się w gruzy Kościół niemiecki; setna część ówczesnej własności kościelnej, zdaniem jego, wystarczała do utrzymania Kościoła. Zamach Lutra, wymierzony przeciwko całemu Kościołowi, musiał wywołać odpór i skarcenie. Skaranie to było stanowcze, ale z umiarkowaniem wymierzone.

 

Dnia 15 czerwca 1520 r. po długim namyśle wydał Leon X bullę Surge Domine, w której 41 zdań z pism Lutra wziętych potępiał, jako kacerskie, i wszystkim, którzy by je wyznawali, klątwą zagroził. Luter zaś wezwany był, aby w przeciągu 60 dni zdania te odwołał i do Rzymu się udał, jeżeli nie chce ulec klątwie. Ojcowska boleść przebija w całym tym dokumencie. Dr Eck przywiózł tę bullę z Rzymu do Niemiec. Gdy w Erfurcie kazał ją przybić do drzwi kościelnych, obrzucono ją błotem; w Lipsku wrzucono ją do wody. Luter odpowiedział pismem o Mszy i o Niewoli babilońskiej. W pierwszym z tych pism głosił, że Msza św. nie jest żadną ofiarą, że ma żadnej skuteczności, że niesłusznie świeckim odmówiono kielicha; w drugim zaś zwalcza szczególniej naukę o siedmiu sakramentach i trzy tylko przyznaje: chrzest, pokutę i najśw. sakrament; potępia śluby i zwierzchnictwo papieskie. Papieska władza, uczy on, zniweczyła wiarę, popsuła sakramenta i barbarzyńskimi swymi prawami trzyma nas w niewoli. Miltiz tak dalece się łudził, że jeszcze w połowie października t.r. odbył konferencję z Lutrem w Lichtenbergu. Po konferencji tej napisał Luter list do Papieża, będący nową tylko Stolicy św. zniewagą. Rzymski kościół nazwany tam jest jaskinią łotrów, demem zepsucia, królestwem wszelkiego grzechu, śmierci i potępienia.

 

Niby pełen współczucia pisał on tam do Leona X: „zawsze nad tym mocno ubolewałem, że ty pobożny Leonie Papieżem zostałeś, ty, który byłbyś godzien w lepszych czasach być Papieżem. Stolica rzymska nie warta jest ciebie, ale zły duch powinien być Papieżem, bo więcej on niż ty w tym Babilonie panuje. Jestem może zuchwałym, że występuję tak, jak gdybym chciał nauczać tak wysoką osobę, od której każdy ma być nauczany i od której, podług mniemania twoich zatrutych pochlebców, wszyscy królowie i sędziowie wyroku wyczekiwać mają. Ale ja idę tu za ś. Bernardem, w jego księdze do Papieża Eugeniusza, którą to księgę wszyscy Papieże na pamięć umieć powinni“.



tagi: marcin luter protestanci herezja 

rotmeister
18 sierpnia 2017 16:59
7     3248    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
rotmeister @rotmeister
18 sierpnia 2017 17:01

Hasło jest długie, tu tylko część pierwsza, troche schodzi czasu na edycji, więc reszta później, w miarę upływu czasu.

PS. W podkreśleniu widać jakich Luter używał "argumentów" w czasie debat.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @rotmeister 18 sierpnia 2017 17:01
18 sierpnia 2017 19:10

Wielkie dzięki. Mamy tu więc i perspektywę historyczną. Wprawdzie nieco między wierszami, ale dość wyraźnie widać, jak pewność siebie i arogancja Lutra rosły. W domyśle: w miarę zyskiwania poparcia kolejnych opiekunów i sponsorów, zainteresowanych uwłaszczeniem się na majątku kościelnym i złagodzeniem zasad moralnych. Nie widać bezpośrednio twórców projektu Luter, ale droga dedukcji jest otwarta. A zresztą naświetlił ją już wczoraj Coryllus. Można się tylko spierać co do Hanzy, bo ta upadła właściwie wraz z reformacją i państwami zakonnymi nad Bałtykiem. Potem była już tylko kilkudziesięcioletnia agonia.

Czekam na ciąg dalszy;-)

zaloguj się by móc komentować

Paris @rotmeister 18 sierpnia 2017 17:01
18 sierpnia 2017 20:16

Dla mnie to on sie jawi jako czub i prowokator... no i to wsparcie od rycerstwa niemieckiego na czele z Franzem von Sickingen... cos niebywalego !!!

Czekam z przejeciem na 2 czesc.

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
18 sierpnia 2017 20:36

Objawy opisane przez ks. Nowodworskiego w pierwszej części hasła każą zastanowić się czy Luter nie cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @tadman 18 sierpnia 2017 20:36
18 sierpnia 2017 20:39

Wygląda, że tak. Ale tym przydatniejszym był narzędziem. 

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @rotmeister
20 sierpnia 2017 20:41

Bezcenne. Po prostu bezcenne. Wielkie dzięki.

zaloguj się by móc komentować

Roman-Piens @rotmeister
25 sierpnia 2017 09:30

Dopowiedź do pierwszego akapitu z życia Lutra za ks. Janem Pęziołem (całość w: http://www.eprudnik.pl/marcin-luter-niewygodne-fakty-z-zycia-reformatora/)

Cytuję:

Sądziłem, że Luter wstąpił do zakonu jak każdy normalny jak wstępuje. To było nie tak. On studiował prawo, bo ona szczegóły z tamtych dokumentów zna, bo jest Niemką, jako świecki człowiek, jako świecki student. Mieszkał tam w jakimś domu i z gosposią tego domu miał dwoje dzieci. Jakbyśmy dziś powiedzieli nieślubnych, więc pod wielkim znakiem była by tego faktu jego moralność. W międzyczasie zamordował dwóch ludzi, zabił. Groziło mu oczywiście od razu kara śmierci. I on uciekł w mury klasztoru, bo w klasztorach był azyl. Władze państwowe nie mogły przekroczyć klauzury. Tam był nieosiągalny dla prawa państwowego. On tam siedział z musu. I ona przytacza jego listy. I opisuje w tych listach do swoich znajomych jak on się męczy za tymi murami w klasztorze, jak to nie jest dla niego środowisko ale mówi muszę to przecierpieć bo w ten sposób chronię moją głowę, którą by odcięto gdybym wychylił się poza mury. I ona mówi, ten człowiek tak wewnętrzne skręcony stworzył teologię dopasowaną do własnego życiorysu. Sądzę, że tak sobie sumienie chciał uspokoić. I w tej swojej teologii powiedział tak Pan Bóg stworzył dobro i zło. Zło było w Chrystusie dlatego Go Ojciec skazał na śmierć na krzyżu. A przykazania dał po to aby nas zawstydzać i męczyć. I powiedział człowiek kształtuje siebie, łaska nas nie dotyka, nie zmienia. Wszystko od nas zależy, ode mnie. Jak bardzo musiał być odcięty od Pana Boga, że takie głupstwa mu szatan podyktował, zaciemnił mu umysł, tam nie było światła Ducha Świętego nic. I dlatego w swojej religii, którą stworzył, prawda, odrzucił wszystkie sakramenty, kapłaństwo, Mszę Św., zostawił tylko chrzest, no bo coś trzeba było. I ona dalej nam w tym referacie pokazuje jak potem następcy jego rozwijają jego myśli, jego idee- HegelFeuerbachNietzscheRahner wielki niby współczesny prawie teolog niemiecki. I dalej pogłębiają te kłamstwa. I praktycznie ich przemyślenia w życie wcielili, zastosowali, dwóch ludzi- Hitler i Stalin. Hitler przez Nitchego i Feuerbacha, Stalin przez Engelsa i Marksa, bo to jest ta sama droga, ta sama właśnie, ci sami ludzie. Patrzcie jak człowiek podkuszony przez złego ducha daje ideę, a potem ona spełniona tworzy największe fabryki śmierci na świecie, czy milionami pod ścianką każe rozstrzelać ludzi jak Hitler, jak, jak Stalin.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować