-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Marcin Luter - hasło z Encyklopedii Kościelnej ks. Michała Nowodworskiego. Część 3.

Encyklopedia kościelna, pełny tytuł: Encyklopedja Kościelna podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami przy współudziale wielu duchownych i świeckich osób wydana przez Ks. Michała Nowodworskiego pod redakcją Ks. D-ra Stefana Biskupskiego – encyklopedia składająca się z 33 tomów wydanych w latach 1873-1933. Początkowo drukowana w Warszawie w Drukarni Czerwińskiego i S-ki przy ulicy Świętokrzyskiej. Była jednym z większych polskich przedsięwzięć wydawniczych w zaborze rosyjskim.

 

Hasło z Tomu XII, autorstwa ks. Michała Nowodworskiego. Część 3 (ostatnia).

Marcin Luter część 1.

Marcin Luter część 2.

 

Zjechały się wszystkie znakomitości herezji: Luter, Zwingli, Oecolampadjusz, Melanchton, Justus Jonas, Osiander, Brentz, Agricola i inni. Ale zjazd ten do zgody nie doprowadził. Zwingli ze łzami w oczach podawał rękę zgody; Luter nie chciał słuchać o żadneej innej miłości, jak tylko o miłości w wierze. Był on przeciwko Zwinglowi tak rozdrażniony, że gdy ten w rozmowie z nim rzekł: „tekst ś. Jana r. VI, panie doktorze, łamie panu szyję,“ Luter wziął te wyrazy w znaczeniu literalnym i sądził, że Zwingli zamyśla zgładzić go ze świata. Landgraf wymógł wprawdzie na teologach wittenbergskich oświadczenie, że ci zwinglian nie wyłączają z miłości chrześcijańskiej, ale Luter przez chrześcijańską miłość rozumiał taki jej rodzaj, jaki i wrogom się należy; zwinglian nazywał po dawnemu najgorszymi heretykami, gorszymi jeszcze od katolików.

 

Gdy odbywał się sejm w Augsburgu (1530 r.) na którym Melanchton podał cesarzowi wyznanie nowej wiary, Luter, na którym ciążył jeszcze wyrok zapadły na sejmie wormacjeńskim, przebywał w Koburgu, aby znajdować się bliżej sceny głównej na teraz akcji. Nie występował on przeciwko temu, że Melanchton w wyznaniu augsburgskim w złagodzonej formie wszystko przedstawiał, o jednych rzeczach zamilczając, a po innych lekko się prześlizgując, ale za to tym ostrzejsze i groźniejsze były jego listy, gdy się dowiedział o toczących się w Augsburgu układach. „Nic nie należy ustępować, pisał on; jeżeli tylko zgodzimy się na kanon, albo na Mszę cichą, już to wystarczy, aby cała nasza nauka upadła, a ich się utwierdziła.“ A cóżby dopiero powiedział, gdyby wiedział, jak dalece przez czas jakiś zachodziły ustępstwa Melanchtona. Gdy Luter w kazaniach zapewniał swoich zwolenników, że każdy biskup przywiózł z sobą sejm całą legię szatanów, jego przyjaciel i pomocnik, w imieniu całej partii, oświadczał się z gotowością oddania całej kościelnej organizacji luterańskiej pod jurysdykcję biskupów niemieckich. Ale augsburgskie układy nie doprowadziły do zgody, wezwanie cesarza o powrót do jedności pozostało bez skutku, a książęta protestanccy, dla wspólnej obrony, już teraz za zgodą Lutra, zawarli pomiędzy sobą związek szmalkaldzki (24 marca 1531).

 

Od 1531 do 1536 r. zajmował Luter przeważnie polemiką z zwinglianami. Wiadomość o śmierci Zwingla w bitwie pod Kappel (11 października 1531) ucieszyła go wielce i ubolewał tylko nad tym, że katolicy nie spożytkowali swego zwycięstwa na wytępienie nauki Zwingla; gdyby to zrobili, wtedy ich zwycięstwo „byłoby prawie radosne i wielkiej sławy godne.“ Zmiarkował wszakże, że walka na teksty biblijne będzie się ciągnąć do nieskończoności i że jedynym jej rezultatem będzie wzmaganie się niepewności i wątpliwości, które rozciągnąć by się mogły i do innych punktów jego nauki. Cofnął się tedy na wzgardzone poprzednio przez siebie stanowisko tradycji kościelnej i odwołał się do starożytności i powszechności nauki o najśw. sakramencie. I choć dawniej najuroczyściej i wielokrotnie zapewniał, że aż do jego wystąpienia powszechne było od wielu wieków odpadnięcie od wiary Chrystusowej, że w całym papiestwie nie pozostało z wiary ani litery jednej, ani jednego punktu, że, z wyjątkiem może małych dzieci w kolebce, nie było wcale na ziemi chrześcijan, teraz (1532) oświadczał: „Świadectwo świętego chrześcijańskiego Kościoła, który od początku po całym świecie aż do tej godziny jednozgodnie wierzył w obecność Chrystusa w sakramencie, jest już samo jedno decydującym; kto o tym wątpi, ten zachowuje się tak, jakby nie wierzył w żaden Kościół Chrystusowy i potępia nie tylko cały Kościół, ale i Chrystusa i Apostołów, którzy artykuł o świętym chrześcijańskim Kościele podali i Kościołowi tym obietnice dali. Jeżeli Bóg nie może kłamać, to i Kościół nie może błądzić.“

 

Tak pisał teraz ten człowiek, który w czasie swego sporu z Erazmem chwalił się, jak po długiej walce przyszedł nareszcie do tego, że ,się stawia po nad powagę Całego Kościoła; ten sam, który przyznawał, że jego główna nauka o usprawiedliwieniu nieznaną była całemu Kościołowi i że dopiero przez niego na światło wydobytą została, i że przeciwna jej „nauka diabelska“ od wielu wieków szeroko panowała. Rozumie się, że nie myślał on i teraz dawać praktycznego baczenia i stosowania zasady powszechnej tradycji kościelnej, i gdyby mu kto o tej powszechnej tradycji przypomniał i w nauce o kapłaństwie, o ofierze, o episkopacie itp., za całą odpowiedź zasypałby go słowami naigrawania i zelżywości, jakimi przyjmował zawsze niemiłe sobie zarzuty. Wreszcie, gdy cesarz i książęta katoliccy występować poczęli coraz groźniej, Luter uznał za właściwe spuścić z tonu i względem tak wstrętnych dotąd sobie zwinglianów. Tym sposobem przyszła do skutku zgoda wittenbergska (maj 1536), w której wprawdzie więcej ustąpił Bucer niż Luter, ale ten 1 grudnia 1537 r. napisał ów list do Szwajcarów, który pozwalał uczniom Zwingla tłumaczyć zgodę w swoim rozumieniu, a o swojej własnej nauce wyrażał się tak miękko i niepewnie, że teologowie zurychscy cieszyli się już swoim zwycięstwem. Cesarz napierał wówczas na protestantów, aby sprawę swoją oddali na sąd soboru powszechnego, o którego zwołaniu na serio zamyślano. Żądanie to było dla nich nader niemiłe, bo swymi dawniejszymi odwoływaniami się i apelacjami sami tego żądali, a wiedzieli wybornie, że każdy sobór legalnie zebrany potępi niezawodnie całą nową naukę. A nawet, choćby rachowali na przyjaźniejszy rezultat, już samo uznanie powagi soboru i przyrzeczenie, że się jego decyzji poddają, byłoby zerwaniem z zasadniczą nauką protestantyzmu.

 

Luter też pamiętał o tym dobrze, że sobory diabłu oddał, że w swojej „Postylli” zapewniał, że „sobory ze swoją nauką stoją niżej od najmniejszego chrześcijanina, choćby nawet od dziecka siedmioletniego, byle mającego wiarę.“ Nowe tedy rozbudziło się w Lutrze oburzenie przeciwko Papieżowi Pawłowi III, który zamyślał o zwołaniu soboru, oburzenie, które dochodziło do stopnia rzeczywistej wściekłości. A jak o swoich pokusach mawiał, że w takim stanie nie wiedział, czy Bóg jest diabłem, czy diabeł Bogiem, tak teraz szatan wydawał się mu tak dalece być jedno z Papieżem, iż i w siebie i w drugich wmawiał, że Papież jest wcieleniem szatana, siedzącego na Stolicy rzymskiej, i jeszcze przy wyjeździe z Szmalkadii do towarzyszących mu predykantów wołał: „Bóg niech was napełnia nienawiścią do Papieża!“

 

W tym duchu były zredagowane artykuły szmalkadzkie (styczeń 1537). Jak wyznanie augsburgskie nosiło na sobie znamię oględnego i spokojnego umysłu Melanchtona, tak nowe to wyznanie, które w imieniu protestantów miało być podane przyszłemu soborowi, na pierwszy rzut oka pokazywało, iż jest dziełem Lutra. Tak w tym jak i w następnym roku szczęście zdawało się bardzo uśmiechać Lutrowi. Rzeczy szły dlań pomyślnie, ponad wszelkie nawet jego oczekiwanie. Całe królestwa, jak Szwecja i Dania, przyjmowały jego naukę; prawie każdy tydzień przynosił mu nowinę o nowych zdobyczach szlachty, książąt, miast. Zdawało się, że w Niemczech przynajmniej niezadługo już skończy się życie Kościoła katolickiego. Jakaż to radość była dla Lutra, gdy 1539 r. zmarł stary jego przeciwnik książę Jerzy, a po jego zaraz śmierci i Miśnia oderwaną została od Kościoła i pod panowanie jego nauki oddana. W kilka miesięcy potem elektor Joachim brandenburski kraj swój do nowej nauki pociągnął. Ale za to znowu, wewnętrzny moralny stan młodego kościoła był nader smutny, i radość z zewnętrznych nabytków nie mogła zegnać z czoła Lutra troski, na widok ciężkich ran wewnętrznych. Gorzko żalił się on na moralne zepsucie swoich zwolenników i przyznawał, że jest ono daleko większe jak „pod papiestwem.“

 

Pijaństwo i rozpusta, dzikość i zupełne rozpasanie we wszystkich panowało stanach, nawet pomiędzy książętami, jego oddanymi nauce. Filipa landgraf heski, jeden z bohaterów protestantyzmu, żył w ciągłym cudzołóstwie i wreszcie postanowił pojąć drugą żonę, jak mówił, dla uspokojenia swoich wyrzutów sumienia, nie ustępujących pomimo wiary jedynie usprawiedliwiającej. Zwrócił się tedy do usłużnego Bucera i dał mu list do Lutra i do Melanchtona, w którym prosi ich o zdanie i zgodę na swój zamiar ożenienia się z Małgorzatą Sahl, frejliną swojej siostry Elżbiety. Wprawdzie od 16 lat miał już on żonę Krystynę, córkę księcia Jerzego saskiego, a z niej ośmioro żyjących dzieci, ale zważając na silną budowę swego ciała i częste na sejmy wyjazdy, na które nic mógł za sobą wozić całego dworu, prosił reformatorów o drugą żonę. Żądanie to wprawiło Lutra w wielki kłopot, tym bardziej, że Filip groził porzuceniem reformy; namyśliwszy się tedy, wraz z Melanchtonem, Bucerem i pięciu teologami heskimi, podpisał dla landgrafa (Beitracht, 1539) pozwolenie na drugą żonę, „aby tym sposobem zabezpieczyć zbawienie jego ciała i jego duszy i pomnożyć chwałę Bożą.“ Wszakże małżeństwo miało się odbyć cicho i rzecz cała pozostać miała w sekrecie. Ślub dawał (4 maja 1540) nadworny predykant heski Dionizy Melander, człowiek bardzo odpowiedni do takiego aktu, bo sam trzy miał żony. Melanchton, obecny tym zaślubinom, miał mowę, w której upominał: „Jego książęca mość, przez wdzięczność za indult na drugą żonę (Zufrau), pamiętać powinien o lepszym opatrzeniu ewangelickich proboszczów i sług szkolnych i wstrzymać się teraz od cudzołóstwa, nieczystości i innej rozpusty, a indult ten w zupełnym trzymać sekrecie.“ Rzecz ta jednak rozeszła się pomiędzy ludźmi, co wielce zawstydziło i zmartwiło Lutra, ale zmartwienie to swoje i wstyd, jak się wyrażał, „na złość diabłu i papistom,“ ukryć się starał. Prowadzone w tym czasie kolokwium pomiędzy protestantami a katolikami, naprzód w Worms, następnie (od kwietnia 1541) w Regensburgu nie przyprowadziło do żadnego zbliżenia, bo Luter, w porozumieniu z elektorem saskim, na żadne nie zgadzał się ustępstwo.

 

Cesarz, któremu wówczas, ze względów polityki zagranicznej, wiele zależało na zagojeniu rozdwojenia religijnego, skłonił się nawet do wysłania uroczystego poselstwa do Wittenberga. Poselstwo to składali: Jan książę anhaltski, Schulenburg i protestancki teolog Alesius, Ale odpowiedź Lutra przecinała wszelką nadzieję zgody. Posunął się on do tego stopnia zuchwalstwa, że wymagał, aby teologowie katoliccy publicznie wyznali, że uczyli dotąd fałszywie, i aby swoje pojmowanie usprawiedliwienia odwołali. Była też to chwila najwyższego jego upojenia dumą, wywołaną powodzeniami jego nauki i pochlebstwem, jakim go zewsząd obsypywano. Jak dalece był on odurzony swoim powodzeniem, pokazuje list jego do Lauterbacha, predykanta w Pirnie (7 maja 1542), gdzie gromi urzędników i szlachtę miśnieńską, świeżo przeszłych na luteranizm, i domaga się od nich, aby bezwarunkowo godzili się na wszystko, co on i jego koledzy ustanowili, lub na przyszłość jeszcze ustanowić mogą. Ale zachcianki religijnego despoty sięgały dalej niż rzeczywista jego potęga. Pozwalano mu gospodarować w kwestiach teologicznych i pracować nad pogłębieniem przedziału pomiędzy nowym a starym Kościołem, bo zgadzało się to z planami i interesami książąt, ale dawano mu uczuć jego niemoc, ilekroć próbował wtargnąć w dziedzinę rządów kościelnych, jaką dla siebie zarezerwowała szlachta, juryści i urzędnicy. Zgryzotę, jaką stąd uczuwał, powiększały jeszcze kłótnie pomiędzy jego zwolennikami, a nawet niezgoda pomiędzy nim a najlepszymi jego niegdyś przyjaciółmi.

 

Już 1537 poróżnił się on z Arykolą, dawniejszym swym przyjacielem domowym. Człowieka tego ścigał, z właściwą sobie wytrwałością i energią nienawiści, spotwarzał jego naukę, przeszkadzał mu do otrzymania jakiego bądź miejsca, wszędzie robił mu nieprzyjaciół i tamował wydawanie pism jego, bo, za pomocą świeckiego ramienia elektora saskiego, wykonywał on surową cenzurę nad wszystkimi niemiłymi sobie pismami. Melanchton skarżył się też na niewolę, jaką znosić musiał od Lutra; niezgoda pomiędzy nimi doszła do tego, że Luter ubolewał, iż „wszystkie członki ciała w Kościele znowu się rozchodzą, i my, co byliśmy jednym sercem, teraz dokuczamy sobie nawzajem.“ Melanchton kilkakrotnie zamierzał wynosić się z Wittenberga, ale i Luter zagniewany na niego, na Cruciger'a i na innych teologów, myślał także 1544 o porzuceniu tego miasta. Trzeba było usilnych próśb i przedstawień, aby go do pozostania skłonić. „Przyjdzie do tego, pisał wówczas Cruciger do Veita Dietricha, że nikt nie zdoła uniknąć niechęci Lutra i że każdego będzie publicznie chłostał.“ Za to gotów był zawsze usprawiedliwiać i wysławiać nawet wszelkie bezprawie, byle to tylko dla jego sprawy na pożytek się obracało. Gdy król duński wszystkich biskupów swego kraju, bez żadnego tytułu prawnego, kazał jednego dnia uwięzić, dla tego tylko, aby ich majątek kościelny zabrać i kraj bez przeszkody na protestancki zamienić, Luter piśmiennie objawił mu swoje zadowolenie, że biskupów „wytępił,“ a przy tym obiecywał, że „gdzie tylko będzie mógł, będzie to z jak najlepszej strony przedstawiał i bronił.“ W sierpniu 1543 r. raz jeszcze wystąpił przeciwko zwinglianom. Okazję do tego dał Froschauer, księgarz zurychski, który mu przesłał tłumaczenie Biblii Leona Jud'a. W odpowiedzi swojej Luter groził zurychianom sądem Bożym, jaki dotknął ich mistrza Zwingla.

 

W kilka miesięcy potem (1544) pokazało się jego „Krótkie wyznanie o sakramencie przeciwko marzycielom,“ będące najzupełniejszym zerwaniem z szwajcarską frakcją protestantyzmu. Kłótniami teologicznymi i krzykliwymi kazaniami przytępioną już wrażliwość zreformowanego ludu chciał Luter rozbudzić jeszcze przeciwko staremu Kościołowi, i w tym celu raz jeszcze wylał całą nienawiść swoją do Kościoła w dwóch pisemkach, z których jedno miało tytuł: Schrift wider die 32 Artikel der Theologisien zu Löwen, a składało się z 76 tez, w których potępioną przez siebie naukę katolicką nie zbijał jakimi bądź argumentami, lecz ją po prostu zaprzeczał, przekrzywiał i zbezczeszczał w sposób jak najzłośliwszy i najhaniebniejszy. Treści drugiego pisemka: „Das Papsthum zu Pom von Teufel gestiftet“ nie można inaczej sobie wytłumaczyć, jak tylko że Luter napisał je rozgrzany napojami spirytusowemi. Jeżeli zaś przy pisaniu tej ramoty był rzeczywiście trzeźwym, to uniósł się on aż do owego stopnia zapamiętałego gniewu, w którym duch, tracąc wszelkie nad sobą panowanie, dochodzi do rzeczywistego obłąkania.

 

A jak gdyby mu nie dosyć jeszcze było przedmiotów swej nienawiści, zabrał się jeszcze pod koniec życia do pisania przeciwko żydom. Wzywał on wyraźnie chrześcijan do palenia synagog żydowskich, do zabrania im ksiąg świętych, do zabronienia im odprawiania wszelkiego nabożeństwa pod karą śmierci, do wypędzania ich z miast itp. W piśmie „Vom Sehem Hamphoras” uważa żydów za młodych diabłów, dla piekła stworzonych, i tak gminne, obrzydliwe i wstrętne prawi tam rzeczy, że wyznawcy jego ze wstydem tylko o tym dziełku wspominają i radziby je wiecznym okryć zapomnieniem. W wielu jego stołowych mowach (Tischreden) znajduje się tyle bezeceństw, tyle brudnych dowcipów, a z drugiej strony znów tyle wymownych, niby namaszczonych biblijnym tchnieniem ustępów, iż, za Erazmem, wielu współczesnych dwie w Lutrze upatrywało osoby: pełnego ognia i talentu mówcę ludowego i pospolitego śmiesznego błazna. Chciał on jeszcze pisać przeciwko papiestwu, ale nie pozwoliło mu jego cierpienie na kamień, jakiego sam życzył Papieżowi i kardynałom. W ogóle ostatnie lata swego życia przepędził Luter w ponurem usposobieniu, w ciągłej goryczy, w czczych narzekaniach, w zapamiętałych wylewach gniewu, z wielokrotnie powtarzanymi życzeniami, aby śmierć jak najrychlej uwolniła go od widoku tak wielu nieznośnych dlań rzeczy.

 

Kościół katolicki jak najzupełniej zawiódł jego nadzieję szybkiego swego całkowitego upadku, a ciągłym trwaniem i siłą swoją kładł on na luteranach znamię nowej od starego pnia kościelnego świeżo oderwanej sekty; partia szwajcarska szerzyła się też coraz więcej: nie udało się pojednanie pomiędzy dwoma wielkimi odłamami protestantyzmu, rozdział ich zupełny był już dokonanym faktem. A jego własny kościół nie wesoły też przedstawiał mu widok. Przed dziełem tym własnych rąk swoich Luter stał z uczuciem człowieka, któremu odjęto moc i panowanie nad swoim utworem, i którego dalszemu rozwijaniu bezczynnie przypatrywać się musiał. Książęta, szlachta, mieszczaństwo, chłopi nawet bogacili się łupem kościelnym, zostawiali predykantów w niedostatku, poniewierali nimi, a pilnie pocieszali się nową ewangelią, prowadząc przy tym życie, które etyczną stronę nauki protestanckiej wcale nie w korzystnym przedstawiało świetle. Predykanci znów kłócili się wszędzie pomiędzy sobą i kłótnie swoje wprowadzali na kazalnicę. Boleć to musiało Lutra tym bardziej, że nie mógł przed sobą ukryć, iż wszystko to w ścisłym związku zostawało z jego naukami i z jego czynami. Żółć też, z jaką w końcu napadał na jurystów, pochodziła nie tyle ze sporu, jaki z nimi prowadził w kwestii małżeńskiej i prawości dzieci zrodzonych z małżeństw księżych, jakiej mu oni zaprzeczali, ale raczej z tego, że widział, jak cała organizacja nowego Kościoła dostaje się pod rządy jurystowsko-biurokratyczne. Fakt ten był nader przygnębiającym dla człowieka, który znał jeszcze dawny biskupi zarząd, jaki, mimo wszelkich swoich miejscowych i chwilowych wyboczeń, był przecież zawsze kościelnym, czego o nowych rządach powiedzieć wcale nie mógł.

 

W Wittenbergu też zepsucie obyczajów do takiego wzrosło stopnia, iż w lipcu 1545 pisał, że woli o proszonym chlebie iść w świat, niż w takiej Sodomie żyć dłużej. Pełen wszakże pychy, jeszcze w testamencie swoim nazywał się „notariuszem Boga i świadkiem jego Ewangelii.“ W dniu 17 stycznia 1546 winszował sobie słowami psalmu I, że jest błogosławionym, który nie stoi w radzie sakramentarzów, ścieżką zwinglianów nie chodzi i na katedrze zurychjan nie zasiada. Dnia 19 stycznia ćwiczył się jeszcze w pisaniu przeciwko „paryskim i lowańskim osłom.“ Dnia 26 stycznia przeklinał jurystów jako sykofantów, sofistów i zarazę ludzkości. Dnia 18 lutego 1546 zaskoczyła go śmierć w Eisleben, dokąd się udał dla załatwienia sporu hrabiego Mansfelda o kopalnie miedzi. Gdy już członki jego w śmiertelnych kurczach stygły, ostatnim jego napomnieniem było: »módlcie się za naszego pana, aby mu szło dobrze; bo sobór trydencki i nędzny Papież mocno się nań złoszczą.“ Jego zwolennicy pamięć jego czcili na medalach, w mowach, poematach, a nawet (1760) epopeją. Cześć ta rozciągała się nawet do jego rzeczy, które jako relikwie przechowywano. Za granicą, ponieważ znano tylko łacińskie pisma Lutra, zdumiewano się, czego Niemcy tak ubóstwiali tego człowieka, w którym nie znajdowano ani szczególnej nauki, ani wyższej bystrości umysłu, ani nawet siły i zasadności rozumowania; ale cała potęga tego człowieka spoczywała w jego niemieckich pismach, obrachowanych na usposobienie i ducha tego narodu, i dla tego swego czasu tak skutecznych.

 

Z przedziwną łatwością umiał on przybierać ton najzupełniejszej pewności i nieomylności we wszystkich swoich twierdzeniach; na rozmaity sposób zapewniał on, że naukę swoją otrzymał z nieba, z boskiego natchnienia, że jest najpewniejszym, iż słowo jego nie jego jest słowem, lecz słowem Bożym, i że jego usta są ustami Chrystusa. Chrystus sam miał go powołać do głownia swojej Ewangelii, i dla tego ze swoją nauką jest on sędzią niecko ludzi ale i aniołów; kto tej nauki nie przyjmuje, na pewno idzie do piekła. Zapewnienia takie sypał jak z rękawa przy każdej okazji, i nic go to nie kosztowało udawać się za największego od czasów apostolskich nauczyciela pomiędzy chrześcijanami. I w drugich i w siebie po trochu wmawiał, że Bóg działa wciąż cuda na rzecz jego. Wyobraził sobie, że przeciwnicy jego nauki czyhają na jego życie, że przekupili wielu ludzi, żeby go otruć, lecz że te wszystkie usiłowania Bóg cudownie udaremnia. Utrzymywał, że często pił truciznę, ale ta szkodzić mu nie mogła; naturalne nawet następstwa zbyt sutej wieczerzy przypisywał trucicielstwu; kazalnice i fotele, w których kazywał, bywały pozatruwane, ale to wszystko mu za Bożą pomocą nie zaszkodziło. Wszakże na stwierdzenie swego posłannictwa i swojej nauki nic mógł, jakby tego pragnął wskazać na wyraźne cuda. Wskazać mógł tylko na niektóre zakonnice, którym udało się wydostać i zbiec z dobrze strzeżonych klasztorów. To były cuda, jakie działała jego ewangelia.

 

Niekiedy też twierdził znów, że nie potrzeba teraz cudów i powoływał się, jako na argument prawdziwości swojej nauki, na szybkie jej rozszerzenie się po świecie. Ale zapominał przy tym tego, o czym sam kiedyś pisał „że prawie wszystkie herezje świat początkowo z otwartymi przyjmuje ramionami.“ Wszakże ta pewność siebie, ten ton niewzruszonej siły, były u Lutra przeważnie rezultatem polemicznego rozognienia i przekonania o swojej dialektycznej i retorycznej zręczności: „zewnętrzne napaści, mówi on o sobie, budzą moją dumę i pychę, jako to w moich książkach widzicie, jak gardzę moimi przeciwnikami; mam ich po prostu za głupców.“ Gdy zaś sam z sobą i z swoim sumieniem pozostawał, pewność ta opuszczała go zupełnie, a wyrzuty sumienia zatruwały mu i domowe jego rozkosze i publiczne jego tryumfy. Napomnienia te przerażonego i zdręczonego jego sumienia przejawiały się w rozmaitej formie, ale Luter starał się zawsze uspokoić je przekonaniem, że to były tylko pokusy szatańskie, podszepty wroga rodu ludzkiego, który się miał mścić nad Lutrem za to, że ten robił tak wielką szkodę piekłu, jakiej mu nikt jeszcze dotąd nie wyrządził. Szczególniej trapiła go wątpliwość o prawdzie własnej nauki, uczucie dogmatycznej niepewności: wyznawał często, że sam nic mógł wierzyć temu, czego drugich nauczał.

 

Gdy predykant (kaznodzieja protestancki) Antoni Musa z Rochlitz skarżył się raz przed nim, że nie może wierzyć w to, czego naucza: „Dzięki Bogu, odrzekł Luter, że i innym to samo się zdarza; sądziłem, że to się ze mną tylko tak dzieje.“ Nierzadko też niepokoił się tym, że bez powołania i posłannictwa Bożego narzucił się na założyciela nowego Kościoła i nowej nauki, a liche środki pociechy, za jakie jak tonący się chwytał, przekonywają, jak pognębiającą musiała być ta myśl dla niego. „Diabeł, powiada on, mordował mnie tym argumentem: ty jesteś nic powołany, i byłby mnie zabił, gdybym nie był doktorem.“ Ale zapominał, że doktorat dany mu był tylko dla naukowego wykładu w szkole i to z warunkiem, aby Pismo św. wykładał zgodnie z tradycją i nauką Kościoła katolickiego.

 

Dręczyły go też smutne następstwa jego nauki, rozdarcie jednego poprzednio Kościoła, rozdwojenie pomiędzy własnymi swymi zwolennikami, rozpasanie obyczajów, idące wszędzie w ślad za nowym dogmatem o usprawiedliwieniu, i upadek rzeczywistej religijności. „Kto by chciał, mówił on 1538, rozpoczynać kazanie, gdyby wprzód wiedział, ile nieszczęść, ile zgorszenia, ile bluźnierstwa, niewdzięczności i złości za tym pójdzie.“ Do Antoniego Lauterbacha, autora Dziennika na r. 1538 (Tagebueh auf das Jahr 1538, herausg. v. I. K. Seidemann, Dresd. 1872), pisał on: „Straciłem całą prawie nadzieję o Niemczech, odkąd przyjęły one tego żyjącego diabła, chciwość, lichwę, tyranię etc.“ W swoich zapędach przeciwko niemcom zaszedł tak daleko, że nazywał ich „dzikim, barbarzyńskim ludem, złożonym na pół z diabła, na pół z człowieka.“ A do tego łączyło się nieraz o sobie samym wypowiadane jego przeświadczenie, że po swoim od Kościoła odłączeniu zmalał i ostygł pod względem moralnym. Tak np. mówił on: „Przyznaję co do siebie, a bez wątpienia i inni przyznać to mogą, że brak mi tej pilności i tego przejęcia się, których bym teraz więcej niż przed tym mieć powinien, i daleko leni wszy jestem niż dawniej pod papiestwem; i nigdzie teraz nic ma tego przejęcia się przy Ewangelii, jakie wprzód widziano u księży i mnichów.“ Smutki te odpędzał zawsze perswazją, że takie myśli nasuwał mu szatan, aby go przywieść do rozpaczy.

 

Dla tego to w swoich pismach, a szczególniej w poufnych zwierzeniach powtarzał, że jest w ręku szatana, że szatan w Chrystusa się nawet przedzierzgał i że pomimo całej swej znajomości Pisma św., szatanowi rady dać nie mógł, że całe noce z szatanem musiał walczyć, że szatan dysputami swymi do tego stopnia nań nacierał, że mu pot z czoła lał się strumieniami. Jak opowiadał swemu przyjacielowi Myconius'owi, w 1538 r. dwa razy na Wartburgu pokazać mu się miał diabeł w postaci wielkiego psa; w ogrodzie znów swoim widział diabła w postaci czarnej dzikiej świni; w Koburgu w postaci barana. Sumienie nie dawało pokoju dawnemu nieszczęsnemu zakonnikowi i często straszyły go owe słowa Pisma św.: Maledicta dies in qua natus sum; ale pycha podszeptywała jego miłości własnej, że wszystko to są pokusy szatańskie, a dla tego tak wielkie, jakich papiści nie mają wyobrażenia, że ów kuszony był największym mężem w całym chrześcijaństwie. „Musieliśmy się, mówił on o sobie, diabłem borykać; miał on tęgie gnaty, dopóki ich nie przegryźliśmy; Paweł i Chrystus mieli też dosyć z diabłem do czynienia.“ Jako polemista i autor dzieł teologicznych, a szczególniej popularnych, z niezaprzeczonym wielkim talentem dialektycznym łączył Luter bezprzykładną niesumienność. Było to jego metodą, że naukę lub instytucję, przez siebie zwalczaną, przeinaczał w formy najniedorzeczniejsze i karykaturalne, i potem dopiero z wszelką dogodnością nad nią się znęcał, nie bacząc wcale, że to, co tak maltretował, było tylko wytworem jego własnej fantazji. Często spada on do roli ulicznego krzykacza, nadymającego się czczymi, hiperbolicznymi frazesami. Podejmując jaką kwestię teologiczną, gmatwa ją, często umyślnie, a argumenty przeciwników do niepoznania przekręca. Nie widać też u niego w polemice ani śladu miłości chrześcijańskiej, która ścigając i karcąc błąd, błądzącego dla prawdy chce pozyskać; walczy on zawsze z zawziętością, z nienawiścią, czepia się osobistości, obsypuje antagonistę inwektywami, zazwyczaj najordynarniejszymi.

 

Nieprawdą jest, jakoby Luter w tym względzie szedł za powszechnym swego czasu zwyczajem; znawcy ówczesnej literatury niemieckiej stanowczo temu zaprzeczają. Właśnie dla tego pisma Lutra budziły powszechne zdumienie, i gdy ci, co do jego bezwarunkowych wielbicieli nie należeli, zwracali na to uwagę jego uczniów i przyjaciół, jako rzecz nieprzyzwoitą i cudacką, ci pocieszali się „heroicznym duchem“ swego mistrza, któremu nikt odważać się nie powinien wskazywać miary i środka i który pewnego rodzaju natchnieniem otrzymuje dyspensę od przestrzegania praw moralnych, i dla tego może on sobie pozwalać na to, co u innych byłoby niemoralnością i niegodziwością. Zdania, z jakimi Luter występował o stosunku płciowym, o małżeństwie, o celibacie, szeroko pomiędzy ludem rozpowszechniane, wywarły, zdaniem współczesnych, nader szkodliwy wpływ moralny. Nauczał on, że człowiek jest niewolnikiem swego, z niepokonalną siłą panującego popędu naturalnego, i że dla tego przykazanie żenienia się ściślej jeszcze obowiązuje każdego, niż jakie bądź inne przykazanie dekalogu.

 

W jednym ze swoich kazań, mianych 1522 r., prawił on takie rzeczy w tej kwestii, iż poganin ze wstrętem by się od nich odwrócił. Sam też wielce lubił „wino, kobietę i śpiew,“ nie uważając za właściwe stawiać oporu gwałtownym popędom swojej natury. Wprawdzie był on otwartszym i bezinteresowniejszym od innych tak zwanych „reformatorów,“ wytrwałym w pracy, wymownym, dowcipnym, dla języka niemieckiego niezmiernie wielkie położył zasługi, ale właśnie na to, czym się szczycił, na co się narzucał i za co zwolennicy jego mieć go chcieli, na reformatora kościelnego, dla swojej popędliwości, dla braku miłości i pokory, najmniejszej nie miał kwalifikacji. I tego chcąc być reformatorem, został wrogiem i niszczycielem Kościoła.

 

Dzieła jego miały wiele wydań oddzielnie i zbiorowo. W wydaniu Jana G. Plochmann’a i J. C. Irmischer’a, 1826-57, obejmują 67 t. niemieckich, prócz oddzielnej serii pism łacińskich. Listy jego wydał A. G Burkhardt, Lipsk 1866. Biografie Lutra pisali: I. Mathesius (predykant, domownik Lutra), Historie von Martin Luthers, Anfang, Lehre, Leben, Nürnb. 1565 (dzieło dla tego pożyteczne, że daje poznać niektóre rysy Lutra); Melanchton, Historia de vita et actis M. Lutheri, Wittenb. 1546 (rzecz kusa i płytka); Cochlaeus, Commentaria de actis et scriptis M- Luth., Mogunt. 1549 (praca bogata treścią i ważna, jako pochodząca od współczesnego i uczestnika walki, ale niekiedy zbyt stronnicza); Ulenberg (luteranin, nawrócony do Kościoła katol.), Hist, de vita, moribus, rebus gestis studiis ac denique morte M. L., Colon. 1622 (ma wartość jako zbiór materiałów); F. S. Keil, Merkwürdigen Lebensumstände Luthers, Leipz. 1764 (zajmuje się głównie opisem jego ciała, chorób, duchowych i cielesnych pokus i innych przygód); G. H. A. Ukert, Leben L., Gotha 1817 (daje tylko wielki, ale bezpożyteczny ładunek literatury). Prace Pfzer'a, 1836; Stang’a, 1838; Meurera 1843; Ledderhose’go mogą się podobać tylko bardzo mało wymagającym czytelnikom; praca K. Jürgens’a (predykanta z Brunszwiku) byłaby ze wszystkich przez protestantów pisanych żywotów Lutra najważniejszą i najpożyteczniejszą, ale 3 tomy (Lipsk 1846-1847) doprowadzają dopiero do wybuchu sporu o odpusty; Audin, Vie de L., Paris 1838, 2 t. (dzieło napisane z zupełną prawie nieznajomością pism Lutra, współczesnej literatury i ówczesnego stanu Niemiec); Julius Kostlin (professor i radca konsyst. w Halli), M. Luther. Sein Leben u. seine Schriften, 2 t., Elberfeld 1875 (dzieło pisane z religijną czcią dla Lutra; brak mu historycznej bezstronności, ale sumiennie spożytkowany tu materiał z pism Lutra, i dla tego dla późniejszych biografów praca pożyteczna). Cf. Döllinger, Skizze, Freib. 1851, i tegoż, Die reformation, ihre innere Entwickelung u. ihre Wirkungen, Regensb. 1846... 3 tomy.



tagi: marcin luter herezja protestantyzm 

rotmeister
20 sierpnia 2017 20:22
11     3895    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
pink-panther @rotmeister
20 sierpnia 2017 20:42

Powtórzę za moim wpisem pod I częścią: po prostu bezcenna wiedza. Wielkie dzięki.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @rotmeister
20 sierpnia 2017 21:01

Aż dziw bierze jak ktoś taki może być wzorem dla jakiegokolwiek wierzącego. Luter z jego ciągłymi zmianami dotyczącymi Biblii itd był protoplastą bolkowego "jestem za a nawet przeciw".

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
20 sierpnia 2017 21:47

Mimo iż nie jestem psychiatrą to w poprzednim odcinku pokusiłem się o postawienie Lutrowi diagnozy.
Dotyka mnie spory dysonans poznawczy, bo o inkwizycji i jej zbrodniczych dokonaniach naczytać się można do woli, a jej krwiożerczy obraz utrwalony jest w sferze pop od wieków, a tutaj mamy do czynienia z lepszym gostkiem, a popularna wiedza przypisuje mu tylko chęć reformowania kościoła.

Zaglądam do wiki a tam ciekawy passus:

Inną wersję powodów wstąpienie Marcina Lutra do klasztoru przedstawia niemiecki badacz Dietrich Emme w książce "Marcina Lutra droga do klasztoru". Według jego ustaleń (m. in. na podstawie mów biesiadnych Lutra zapisanych przez współbiesiadników) Luter wstąpił do klasztoru, aby uchronić się przed procesem w związku z pojedynkiem ze swoim przyjacielem, w wyniku którego ten drugi poniósł śmierć. Będąc w zakonie Luter nie mógł być ścigany ponieważ chronił go tzw. azyl kościelny.  Emme twierdzi, iż „wielu badaczy stoi na stanowisku, że nie należy podważać tradycyjnego obrazu Lutra, aby nie narażać na niebezpieczeństwo ekumenicznego dialogu Kościołów”.

To brzmi zdecydowanie gorzej niż to, że wstąpił do zakonu na skutek złożonego przyżeczenia, kiedy w jego obecności zginął przyjaciel rażony piorunem. Wytłuszczenie moje.

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
20 sierpnia 2017 21:50

Erratum: jest - przyżeczenia, powinno być - przyrzeczenia

zaloguj się by móc komentować


krzysztof-laskowski @tadman 20 sierpnia 2017 21:47
20 sierpnia 2017 22:40

Protestanci nie odwołali żadnej ze swych herezji, tylko katolicy rzekomo muszą przed nimi kucać. Na tym polega tak zwany dialog ekumeniczny.

Spodziewam się, że 31 października tego roku nastąpi kulminacja tegoż, za przeproszeniem, dialogu.

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
20 sierpnia 2017 23:21

NURF, czyli Nasz Ulubiony Reżyser Filmowy - Wojtek Smarzowski nie zwalnia kroku i w lipcu, wg planu, przystąpił do kręcenia następnego filmu. Zdjęcia będą w sierpniu kręcone w Krakowie. W filmie ma wystąpić następująca ekipa: Robert Więckiewicz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak i Janusz Gajos.

Tomasz Jaskulski, kierownik produkcji powiedział, że obraz jest poświęcony reformie Kościoła katolickiego w Polsce w myśl zaleceń papieża Franciszka. Podkreślenie moje. Czyli będzie to film na cześć Reformacji.

Szukam dalej i znajduję takie wynurzenia:

Film nosi tytuł "3" i jest reklamowany jako "współczesny dramat obyczajowy o kryminalnym zabarwieniu". Ma to być mocny i szokujący obraz, który dotknie niewygodnych dla Kościoła spraw, w tym problemu pedofilii.

Nie ma ani w mediach, ani w klerze potrzeby oczyszczenia się. No i najważniejsze: są ofiary, nimi się trzeba zająć. To jest coś, co mnie uwiera, co mnie boli. I co pewnie znajdzie odbicie w moich kolejnych filmach. Bo nie ma u mnie na to zgody - mówi NURF w wywiadzie dla GW.

I jeszcze raz cytat z poprzedniego komentarza:
wielu badaczy stoi na stanowisku, że nie należy podważać tradycyjnego obrazu Lutra, aby nie narażać na niebezpieczeństwo ekumenicznego dialogu Kościołów”, a tu czołowego katolika wśród polskich reżyserów filmowych niegodziwości KK uwierają, bolą i nie da na nie zgody.

To wszystko z racji tego, by KK zapewnić lepszą pozycję w dialogu z innymi kościołami.

zaloguj się by móc komentować

Paris @rotmeister 20 sierpnia 2017 21:01
20 sierpnia 2017 23:54

Dokladnie  !!!    !!!    !!!

Ja tego na pewno nie zrozumiem... to naprawde niepojete, ze tylu ludzi tego deprawatora rozwaza... dla mnie to jest naprawde niepojete  !!!

A po przeczytaniu tych 3 czesci - pozostaje tylko  SZOK... coz to byla za  KREATURA  !!!

Pozostanie mi tylko calkowity absmak, ale pomimo to - dzieki, ze Pan zadal sobie tyle trudu... warto wiedziec co to bylo za  BYDLE  !!!

zaloguj się by móc komentować

Paris @tadman 20 sierpnia 2017 21:47
20 sierpnia 2017 23:59

Jestem pewna, ze nie pomyliles sie ze swoja diagnoza... po prostu wyjatkowy psychol i czub... tylko Tworki i kaftan bezpieczenstwa !!!

zaloguj się by móc komentować

Paris @krzysztof-laskowski 20 sierpnia 2017 22:40
21 sierpnia 2017 00:05

Prawdopodobnie...

... caly ten KUL  zaprzedany jest tej herezji... i grantom !!!... i czesc episkopatu Polski... w kazdym badz razie bedzie ciekawie... i zobaczymy jak sie te "lutry" zachowaja.

zaloguj się by móc komentować

Paris @tadman 20 sierpnia 2017 23:21
21 sierpnia 2017 00:10

Ciekawe co on cpa... ten debil-grantojad...

... moze by tak film o Markusie z Wrocka zrobil... sukces by byl murowany !!!

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować