-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Ks. Prof. Władysław Longin Chotkowski, Marcin Luter. W 400 rocznice urodzin. Czyli skąd się wzięła reformacja.

Ks. Prof. Władysław Longin Chotkowski, Marcin Luter. W 400 rocznice urodzin. Kraków 1883.

 

Władysław Longin Chotkowski (ur. 15 marca 1843 w Mielżynie, w poznańskiem, zm. 13 lipca 1926 w Rabce) – polski duchowny katolicki, historyk Kościoła, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Marcin Luter w 400 rocznicę urodzin. Część 2.

W październiku roku 1483 zdarzył się w saksońskiej wiosce Möhra wypadek, który przeraził wszystkich mieszkańców. Na łące gospodarza Jana Lutra znaleziono wieśniaka, uduszonego uździenicą od konia, którym wypasał łąkę Lutrowi. Podejrzenie padło na właściciela łąki, tym bardziej uzasadnione, że sam znikł bez wieści. Żona poszła za nim, wśród śnieżnej zamieci i trzaskającego mrozu, do miasteczka Eisfeld, gdzie zarabiał na chleb tłuczeniem kamieni w łomach łupkowych. Tutaj powiła w kilka dni (12 listopada) syna, któremu dano na chrzcie imię Marcin. W 34 lat później nabrało imię tego syna herostratesowej sławy, a dziś obchodzą północne Niemcy, które za jego sprawą od katolickiego Kościoła się oderwały, rocznicę jego urodzin z wielkim rozgłosem i zachodem.

 

Czym się stało, że ten syn ubogich rodziców stał się dyktatorem Niemiec; że przez jednych był podziwiany, noszony na ręku i czczony jak święty, jak mąż Boży, — przez drugich nazwany błaznem i opętanym, znienawidzony jako sprawca nieszczęsnego rozdarcia i wiekowej niezgody narodu, wyklęty z Kościoła, którego był synem, zakonnikiem, kapłanem i profesorem? —Oto pierwsze pytanie, które wobec dzisiejszej rocznicy warto sobie stawić.

 

A następnie, jaką rolę odgrywa imię Lutra dziś, po latach czterystu, kiedy koła historii tyle już stuletnich obrotów zrobiły i kiedy z nauki jego nie zostało nic, krom tej jednej, jedynej, zasadniczej tezy, że w rzeczach wiary każdy sobie może być mistrzem i nauczycielem?

 

Odpowiemy na te pytania, o ile ramy krótkiego artykułu okolicznościowego pozwalają, choć wobec olbrzymiej literatury, jaka się około Lutra i reformacji utworzyła, jest największa trudność właśnie w tym, że nam się krótko sprawić trzeba.

 

Jeśli na herezjarchę potrzeba pewnych przymiotów osobistych i darów, to Luter był jakby stworzony na to, aby tysiące porwać za sobą i wpleść w błędne koło swoich pojęć, wyobrażeń i nauk. Zbywało mu wprawdzie na głębokiej nauce Orygenesa, którego błędy po wiekach dopiero wschodziły posiewem różnych herezji; gardził nawet uczonymi, a choć sam był profesorem, nazwał uniwersytety gniazdami zepsucia i kłamstwa, rozum lżył publicznie z ambony „przeklętą nierządnicą i kochanką szatana“ — ale posiadł tajemnicę porywania i przekonywania ludzi niezrównaną łatwością wysłowienia i wypisania swych myśli. Przed nim nie władał nikt tak doskonale, jak on, językiem niemieckim, a po nim niewielu Niemców wyrównało mu w pisarskim talencie. Z herezjarchą Aryuszem dzielił nawet talent wierszowania, a choć mu w oryginalności nie dorównał i tylko psalmy i hymny z łacińskiego tłumaczył, to jednak sławny ów psalm: „Eine feste Burg ist unser Gott“ jest do dziś Marsylianką protestantyzmu. Nawet talent do muzyki i śpiewu, którym sobie za lat studenckich na chleb zarabiał, posłużył mu przy tym do układania melodii, a kto wie, jaką potęgą jest śpiew, ten pojmie, jaki wpływ wywierał Luter pieśniami nowo układanymi na umysły tych, którzy poszli za nim.

 

Syn włościański odgadł tajemnicę mowy ludu, jego sposobu wyrażania się i zakresu pojęć, porównań i zwrotów, a nowość tego sposobu pisania w ojczystym języku była tym większa, że uczeni ówcześni umieli pisać tylko po łacinie. Humaniści późniejszej epoki, w której żył Luter, gardzili tak dalece ojczystą mową, że nawet nazwiska swe z grecka przezywali. Hus był w tym wzorem Lutrowi, bo i on i jego zwolennicy w Czechach, a Jędrzej Gałka z Dobczyna u nas w Polsce, popularyzowali herezję przez pisma, układane w języku ludu prozą i wierszem. Wobec tej broni byli pisarze katoliccy bezbronni, zwłaszcza, że Luter w walce wytrącał im broń podstępem, który ze szlachetnością mało miał powinowactwa. Rubaszny aż do prostactwa, przepełniał pisma swoje wyrazami, branymi ze śmietnika, lżył przeciwników, ośmieszał w najgrubszy sposób, a co gorsza, podsuwał im zawsze i wszędzie intencje samolubne, twierdząc, że wierzą to samo co i on, lecz walczą z nim jedynie dla doczesnych widoków i zysków.

 

Prawda, że przed Lutrem było już kilkanaście tłumaczeń Biblii na język niemiecki, ale i to prawda, że żadne z nich pod względem języka nie mogło się równać pracy Lutra, a co najważniejsza, żadne z nich nie wychodziło poszytami tanimi, tak, żeby i ubożsi kupić je mogli. Naprawdę więc uwierzyli w to Niemcy, że „Luter dopiero Biblię z pod korca wydobył,“ że on pierwszy ją dał ludowi w rękę, jakby owoc jaki ukrywany przez Kościół. W przedmowie do tego tłumaczenia swego powiada Luter, że nieraz dwa, trzy i cztery tygodnie szukał za jednym słowem, a nie mógł go znaleźć — i daje ciekawą radę tym, którzy chcą się nauczyć przemawiania do ludu, że „trzeba pytać matki w domu i dziecka na ulicy i prostego człeka na rynku, a patrzeć im na usta (Maul), jak oni mówią i wedle tego tłumaczyć, bo wtedy dopiero zrozumieją i pomiarkują, że się do nich po niemiecku mówi“.

 

Jest też w pismach Lutra pewien urok oryginalności, dosadności wyrażenia i trafiania w samo jądro myśli, co musiało mianowicie w owe czasy opętać umysły i porwać je za sobą. Ale ta okoliczność tłumaczy nam także, dlaczego Polacy tak mało gustowali w pismach Lutra, gdy piękność języka niemieckiego nie miała dla nich powabu, a chropowata łacina jego nie mogła iść w porównanie z eleganckim stylem łacińskim Kalwina. Tłumaczyć Lutra na polskie było po prostu niemożliwym, bo nigdy nasz język piśmienny nie zeszedł do tego poziomu prostactwa, na którem Luter się obraca bezustannie, a choć Rejowi wybaczano niejedno grube wyrażenie, to jednak naród nie byłby zniósł takiej strawy, jaką się paśli Niemcy i jaką cała ich literatura ówczesna i późniejsza przesiąkła. Bo nie byłby się Luter ośmielił tak pisać, gdyby nie był znał swoich ludzi. I rzeczywiście najsprośniejsze wyrażenia mieszają się u niego z najświętszymi rzeczami, bezbożne szyderstwo idzie na przemian z porywającą grozą wzniosłych myśli, a ten kontrast musiał tern większy wpływ wywierać i opinia publiczna musiała przechylać się na stronę tego, który zdawał się mówić z głębi duszy, a mówił tak oryginalnie i pięknie, a tak wściekle chłostał przeciwników, piętnując ich jako ciemiężycieli i wyzyskiwaczy ludu.

 

Ale krom pisarskiego talentu, który sprawiał, że pisma Lutra szły tysiącami między ludzi, podczas gdy polemiczne odpowiedzi katolików zalegały pułki księgarskie ; była jeszcze inna okoliczność w calem jego przedsięwzięciu, która mu dopomogła do zwycięstwa, tj. zmienne i dwulicowe jego postępowanie w samych początkach wystąpienia. Poddawał się pozornie papieżowi, a stawiał hardy opór i zaczepiał tak, jak dotąd nikt się nie poważył - bezwstydnie i bezwzględnie; przyznawał się do niedostatecznych wiadomości, a żądał bezwzględnego polegania na swej nauce, jakby on sam był zasiadał przez 1500 lat „w radzie Apostołów i Proroków;“ jego chwiejność i energia, pokora i najbezczelniejsza pycha, wszystko to działało na umysły, trzymało je na uwięzi, budziło trwogę i nadzieję, a zwracało oczy wszystkich na zakonnika, który pozornie nie chciał zrywać z Kościołem, tylko naprawiać i znosić nadużycia, a w gruncie rzeczy, niwecząc wszelką powagę nauczycielską Kościoła, stawiał w to miejsce własną swoją „ewangelię“. Podkopywał fundamenta całej katolickiej teologii w najtajniejszych głębinach, a odmawiał pacierze kapłańskie i śpiewał w pięknej wittenberskiej katedrze: „vere dignum et justum est, aequum et salutare,“ wystawiał Najśw. Sakrament ku czci wiernych i wykonywał wszelkie inne „dzieła szatana“.

 

W pierwszym zaraz wystąpieniu Lutra, w owych 95 tezach, które przybił (31 października 1517 r.) na drzwiach kościoła WW. Świętych w Wittenbergu i w „propozycjach,“ które do nich dodał, znajduje się cała jego zasadnicza nauka. Pozornie zaczepiał tylko odpusty, o czym dysputować było wtenczas wolno, ale w gruncie rzeczy negował już tutaj sakramenta i prymat, a stawiał wiarę jako sam jedyny czynnik i pierwiastek zbawienia. Ale wszystko to jeszcze wypowiedziane było ostrożnie i oględnie, cięcie było krzywe i skryte, bo jeszcze nie był pewien, czy znajdzie poparcie i zwolenników. Jego śmiałość rosła dopiero w miarę popularności, a gdy dzieło jego nadspodziewany rozgłos znalazło, gdy w pięć lat potem (1523) nawet dwaj biskupi katoliccy, Jerzy Polentz, biskup sambijski, i Erhard Queiss, biskup pomezański, ogłosili jawnie w Królewcu i Grudziądzu swoje przystąpienie do nowej nauki, wtedy począł Luter naprawdę , wierzyć, że jest posłannikiem bożym na zburzenie Kościoła katolickiego i nazwał się zbawcą, przemieniwszy nazwisko swoje na „Eleutherius.“

 

Tak wszyscy heretycy robili, aż do tych najnowszych i ostatnich, którzy się „starymi katolikami“ nazwali, jakby cały Kościół katolicki od starej wiary odsądzić chcieli — tak też robił Luter i jego zwolennicy, którzy zawsze swoje wyznanie „powszechnym“ czyli katolickim nazywali, choć z katolickiej nauki wzięli tylko to, co im się podobało.

 

Musiało jednak być coś w nauce Lutra, co miało ponętę osobliwą i wabiło umysły, bo sama zdolność pisarska, samo choćby naj przebieglejsze poczynanie, nie byłoby zdolne nam wytłumaczyć tego szerokiego rozgłosu, jakiego nabrała jego t. zw. „ewangelia,“ i tego olbrzymiego zapędu, z jakim katolicyzm zepchnęła aż ku Alpom, póki nowe życie, rozbudzone w Kościele przez Sobór trydencki, nie odparło tego zapędu ku brzegom Bałtyku i Niemieckiego morza.

 

Sama nazwa tej nauki „ewangelią“ była przebiegle obmyślana, bo chwytała za serca i była wędką na płytkie rozumy. Zasadniczą bowiem tej „ewangelii“ nauką było usprawiedliwienie człowieka przez samą wiarę, przy której człowiek ze swej strony nie tylko nic czynić, nic współdziałać nie potrzebuje, ale nawet nie może. Przez samą wiarę zyskuje zasługi Chrystusa Pana, które całą nędzę jego, na wskroś grzesznej, duszy okrywają i osłaniają przed sądem bożym. „Nie masz grzechu na świecie, krom niewiary, a kto wierzy i zgrzeszy, to tyle zbroi, co mój Janek albo Elżbietka, gdy w kąciku przysiędą“. A więc „śmiało grzesz, śmielej wierz“ i miej zawsze niezachwianą ufność, żeś jest sprawiedliwy, bo to dopiero niezawodny probierz, że masz Ducha św.

 

Taką była „ewangelia“ Lutra, która uwalniała ludzi od praw i przykazań, od kary i odpowiedzialności, rozrywała wszystkie tamy i karby, głosiła nową „wolność chrześcijanina.“ Nauka łatwa bardzo a straszliwie ponętna — w wieku, w którym zepsucie przybrało w Niemczech takie rozmiary, że sztuka lekarska daremnie się wysilała na położenie tamy „zarazie francuskiej,“ doprowadzającej masy całe do rozpaczy; kiedy zbytek, życie nad stan, trwonienie grosza i pijaństwo opanowały wszystkie warstwy ludności, przy czym nie tylko profesorowie i humaniści, jak Mutian i Eobanus Hessus, ale nawet sam reformator, przodowali złym przykładem.

 

Jakim sposobem Luter przyszedł do takiego pojmowania całej ekonomii zbawienia, nie tu miejsce obszernie wywodzić. Dość wspomnieć, że wedle jego pojmowania zniweczył grzech pierworodny, przyrodzone dary człowieka, tj. rozum i wolę, tak że ani chcieć, ani myśleć w kierunku zbawienia nic nie może, a Pan Bóg musi sam wszystko robić za niego. Dusza jest na wskroś i w całej istocie swej grzeszna; grzech przetrawił ją, „jak rdza cebulę,“ i tylko zasługi Chrystusa Pana służą jej za płaszcz zewnętrznego usprawiedliwienia. Zaczem tylko sakrament chrztu ma znaczenie, inne zaś, jak pokuta i sakrament ołtarza, zależą od wiary człowieka; reszta, jak małżeństwo, ostatnie namaszczenie i kapłaństwo, nie istnieją wcale.

 

Dodajmy do tego, że Luter znosił wszelką powagę nauczycielską, że każdemu człowiekowi bez wyjątku przypisywał prawo i zdolność tłumaczenia sobie samemu Pisma ś., a pojmiemy, ile to łechtało pychę ludzką. Szynkownie grzmiały od dysput religijnych, a biblia walała się po karczemnych stołach! Od kwaśnych owoców tego posiewu ścierpły jednakże niebawem zęby samemu Lutrowi i narzekał poniewczasie: „każdy chce teraz być nowym tłumaczem — jeden bierze sobie Daniela, drugi Apokalipsę“. Ba, nawet i na to mu przyszło, że właśni jego uczniowie szydzili z niego, aż narzekał: „biedny ja nędzarz i uczeń, ilem ja to narobił doktorów kazaniem i pisaniem? Mówią mi teraz: idź do diabła! Na to mi przyszło! Gdy długo prawię, to się śmieją; gdy im łaskę Bożą obiecuję i przyrzekam, to mnie o ……. i o ……..:

gdy się gniewam i grożę, to sobie drwią i figę pokazują i w kułak się śmieją“.

 

Nie mogło też być inaczej, bo łatwiej rozpasać namiętności i puścić cugle złemu, niż je w karbach utrzymać; łatwiej było zburzyć organizację kościelną, niż bez rządu i ładu rządzić nowym kościołem. To też nie dziw, że ten malleus orbis, jak go nazywał Fryderyk II, który roztłukiwał młotem szalonej energii jedność kościelną na piasek protestanckiego indywidualizmu, nie dbając o to, czym go zlepi w inną nową całość i jaką mu zdoła nadać nową formę, — miewał chwile straszliwego niepokoju. Przychodziło zastanowienie i pytanie, co z tego będzie wszystkiego? — i ów dyktator, ów tyran, nieznośny nawet dla niezbędnych przyjaciół, jak np. dla Melanchtona; ów zbawca, który przyniósł światu „ewangelię,“ jakiej nie znał żaden z Ojców Kościoła, jakiej nawet w Piśmie ś. zdołał się doszukać tylko przy pomocy przekręcania i fałszowania tekstu — stawał się na wewnątrz rozdarty i toczył walkę ze sumieniem, którą pojmował jako walkę ze szatanem. A tak mu ten szatan dokuczał i tak go trapił, że go na żywe oczy mniemał widywać. Jeszcze w chwili konania widział go strojącego grymasy na studni przed domem. Rozpacz popchnęła go do pijaństwa; ta, która porzuciła klasztor i żyła z nim, nie wziąwszy nigdy ślubu, dokuczała mu srodze; pastorzy nasyłali narzekaniami na ucisk i biedę, zepsucie powszechne wzrosło do takich rozmiarów, że sam nazwał Wittenberg „przeklętą Sodomą“ i uciekł z tego miasta, w którem sam „ewangelię“ głosił, aby choć umierać spokojnie; nowy jego kościół, co miał być wyzwolony z niewoli papieża, stał się służebnicą i niewolnicą rozlicznych książąt i książątek, a na to wszystko nie było już środka, ani rady. Nie dziw, że pisał pod koniec życia: „za cały świat nie chciałbym drugi raz tego zaczynać, dla okropnego strachu i troski, jakie ta sprawa ma w sobie. O, mili panowie! to wcale nie dziecinna igraszka!“.

 

W życiu i nauce Lutra jest tyle sprzeczności, tyle niekonsekwencji; tyle razy sam zmieniał teorie swoje pod presją sekciarzy, którzy mu pod ręką wyrastali; jego system taki jest chwiejny i kruchy, że sam Melanchton, jego powiernik, przyjaciel i główny teoretyk, nie wiedział, co jest ważne, a co mniej ważne, i które sakramentu można by przyjąć dla milej zgody, jak się to pokazało przy tzw. sporze adiaforystycznym (r. 1547) (adiafora-rzeczy naturalne, pod względem religijnym lub moralnym obojętne; czynności lub rzeczy ani zakazane, ani też nakazane przez Boga; pojęcie wywodzące się z filozofii stoików, w teologii protestanckiej odnoszone do niektórych elementów liturgicznych, jak i do obrazów). Wobec tego nikną wszystkie przyczyny, którym przypisywaliśmy wzrost luterskiej „ewangelii.“ Musiało być coś większego i ważniejszego, niż sama forma i treść jego nauki, musiały być inne przyczyny, które wystąpieniu Lutra sprzyjały. Bo inaczej każdy byłby musiał sobie stawić to proste pytanie: albo Luter ma powołanie od Boga, a wtedy czemu przykrawa wiarę coraz to innym kształtem, albo też jest samozwańcem, a wtedy czemuż porzucać wiarę, która probierz 15 wieków przetrzymała, dla nowej, która się już rozpada i rozdziela na różne wyznania, nim jeszcze próbę lat dziesiątka przetrzymać zdołała?!

 

Takich przyczyn było wiele, a co najważniejsza, każdy stan miał swoje własne i wyłączne powody, dla których tak rączo „ewangelii“ Lutra się chwytał.

 

Przypomnijmy sobie tedy najpierw, że pierwsze wystąpienie Lutra trafiło na czas owego głośnego sporu Reuchlina z Dominikaninem Jakóbem Hochstraten, przeorem, profesorem i inkwizytorem kolońskim. Wszyscy humaniści stali po stronie Reuchlina i nie tylko w pismach obrzucali błotem kolońskich teologów, ale potrafili nawet orężem Franciszka Sickingen zmusić Dominikanów w Kolonii, że nakazali Hochstratenowi milczenie, złożyli z godności i urzędów. Ale sprawa z Reuchlinem się nie udała, bo starzec się poddał wyrokowi Stolicy Apostolskiej. W tej chwili jednak wystąpił Luter i umiał swoje sprawę zalecić humanistom, zyskać ich poparcie i protekcję. To zdecydowało jego powodzenie.

 

Cala ta ruchliwa rzesza dawno skwitowała z wiary, a podkopywała ją systematycznie w młodzieży, czy delikatną a gryzącą satyrą Erazma, który w „Stultitiae laus” przenicował wszystko, co tylko świętego być może; czy pogańskimi pismami Eobana Hessus, który w swoich „Heroides Christiani” cały Olimp wskrzesił i ochrzcił pojęciami chrześcijańskimi, a w swoich „Libri Amorum” szerzył zgorszenie, naśladując Owidiusza „Ars amandi”; czy bezbożnym bezwstydem Mutiana, „który nieobyczajność w piśmie posunął do ostatecznych granic cynizmu, a Cycerona nazywał apostołem swoim i pontifeksem;“ czy też wreszcie sromotnymi paszkwilami Ulryka Hutten, który w pamflecie swoim, zatytułowanym „Epistolae obscurororum virorum” (część I. 1515, II. 1517), popularyzował „Moriae Encomium” Erazma i namacalniej tylko zohydzał papieża, duchowieństwo i całą wiarę katolicką, W Erfurcie był nawet związek utworzony przeciw „sofistom,“ jak nazywano duchownych, a do niego liczyli się wszyscy głośniejsi wówczas humaniści i cała młodzież.

 

Wszystko to stanęło po stronie Lutra i nie tylko piórem pomagało mu walczyć przeciw Kościołowi katolickiemu, ale szerzyło jego książki i ulotne pisma. Tym się tłumaczy, że Luter, zakonnik i kapłan, miał smutną odwagę wyjść na czele młodzieży uniwersyteckiej za bramę Wittemberga, zwaną Elsterthor, i spalić (10 grudnia 1520) bullę „Exsurge Domine et judica causam tuam”, w której Leon X potępił jego naukę. Ówczesny kronikarz berneński, Anshelm Rüd, zapisując ten fakt, powiada, że ten czyn niesłychany, wywołał wielkie zdziwienie i przerażenie, ale przerażenie nie musiało być zbyt wielkie, skoro Lutrowi nie spadł ani włosek z głowy.

 

Sam fakt, że grom klątwy kościelnej, godzący w głowę zakonnika, nie odniósł żadnego skutku, jest zagadką, którą wyjaśnić należy. Bo przecież patrzeliśmy na to własnymi oczyma, jak dziś jeszcze działa ekskomunika, w naszych czasach, które o całe cztery wieki poszły naprzód na tej drodze, którą pierwszy poszedł Luter. — Jak kołek w płocie, jak drzewo odarte z konarów, jak trędowaty pomiędzy narodem żydowskim, stoi osamotniony każdy z tych kapłanów nieszczęśliwych, którzy zdradzili sprawę Kościoła, a stanęli po stronie pruskiego rządu. Dzieci nawet uciekają od nich jak od zapowietrzonych. — A owędy nic?— Musiała więc być jeszcze inna przyczyna, która dodawała śmiałości Lutrowi, i to powszechniejszego, ogólniejszego znaczenia.

 

Za taką przyczynę uważamy nienawiść, jaką pałali Niemcy do Francuzów, a w konsekwencji niechęć do papieży, którzy przeciw Niemcom na Francji się opierali w polityce. Prawda, że do tej polityki zmuszeni byli papieże przez samychże Niemców, że musieli się ratować przed uciskiem, ale niemniej przeto narodowa duma była obrażona w Niemczech. Wszakże to ich królowie byli rzymskimi cesarzami, a jako tacy aż po szesnasty wiek wykonywali pewien rodzaj supremacji nad innymi królami. W imię tytułu cesarskiego mieli się nawet za panów wszystkich krajów, które nie były chrześcijańskie, wycinali w pień tysiące Słowian, rozdawali ich kraje, jak swoje i za swoje je uważali, choć już ogniem i mieczem były nawrócone, a raczej wytępione. A kiedy wreszcie od czasu Otonów zapragnęli punkt ciężkości swego państwa do Włoch przenieść i żelazną rękę przewagi dali uczuć papieżom i Kościołowi, wtedy wywiązały się wiekowe walki, w których cesarze niemieccy wprawdzie ulegli, ale zadali głębokie rany powadze Stolicy Apostolskiej, wystudzili w sercach Niemców tę miłość, która katolików wiązać powinna z Ojcami chrześcijaństwa.

 

Najęci pamfleciści już od czasów Henryka Rudobrodego, a głównie od czasów Fryderyka II, obrzucali papieży obelgami, a w prawdziwą powódź wzrosły te pisma w ciągu wieku piętnastego. Ten wiek dokonał też miary, gdy przyszła nieszczęsna schizma papieży i za nią idące straszliwe zamieszanie w Kościele. Ekskomunika przestała być straszną, gdy poszła w nadużycie, gdy całe kraje bywały nią dotknięte i gdy spotykała np. za długi, jak się to przytrafiło synowcowi prymasa Łaskiego, Janowi, na którego konto ktoś inny narobił długów w Rzymie. Mógł więc Luter palić bullę i być pewnym, że mu się nic nie stanie, zwłaszcza, że bił wciąż w ulubioną wówczas piosnkę Niemców, że za wiele muszą płacić Rzymowi.

 

Był to jeden z nieszczęsnych skutków owych wiekowych zatargów pomiędzy papieżami a cesarzami, że Stolica Apostolska zubożała zupełnie, że papieże, pozbawieni dochodów, wskazani byli na jałmużnę wiernych. Dziś jest wprawdzie to samo i nie masz katolika, który by nie dawał świętopietrza większego, niż wówczas najbogatsi dawali, ale dziś jest zrozumienie sprawy insze, niż było wtedy, gdy niechęć u Niemców zaciskała dłonie i zamykała kieszenie. Sto razy więcej wzięli Niemcy od papieży na pomoc wojenną przeciw Turkom, niż sami im dali, ale tamto nie szło u nich w rachubę, a to wciąż na sejmach wymawiali. Luter godził więc w chciwość Niemców, gdy wystąpił przeciw jubileuszowi, który ogłosił Leon X, a ciekawa rzecz przy tern jest ta, że najbliższym powodem wystąpienia jego była ta okoliczność, że sam tylko zakon Dominikański był upoważniony do głoszenia odpustu i zbierania jałmużny.

 

Wszystkie inne zakony czuły się tern dotknięte i upośledzone, bo pomiędzy zakonami ówczesnymi było potrzeba wielkiej naprawy. Lud nie sarkał i nie narzekał ani na odpust, ani na dawanie grosza, i niósł go obetnie w ofierze na budowę najwspanialszej w święcie bazyliki, spieszył tłumnie na kazania Dominikanina Tetzel do Jüterbogk — i to głównie budziło zazdrość Lutra, który sam się miał za doskonałego mówcę, i był rzeczywiście popularnym jako kaznodzieja. Większą jeszcze zazdrość budziło to w Minorytach i Augustianach, którzy także do głoszenia odpustu i zbierania jałmużny pragnęli być użyci, a teraz pomagali Lutrowi burzyć lud, że jest bezczelnie wyzyskiwany.

 

Wszystko to jednak nie rozwiązuje zagadki zupełnie, bo przecież byli biskupi, którzy jako pasterze z urzędu mieli obowiązek powstrzymywać zapędy Lutra, skarcić go, nakazać milczenie i powrót do celi zakonnej, albo jeśli nie słuchał, postąpić z nim, jak wobec apostaty postępować nakazuje kościelne prawo. Ale to właśnie jest najboleśniejsza sprawa, że Kościół w Niemczech był pod opieką pasterzy, których „niemymi“ nazwać trzeba. Sam prymas Niemiec, arcybiskup moguncki Albrecht Brandenburski, dostał się na prymasowską stolicę, mając lat 24, a pierwej był już biskupem magdeburskim i administratorem biskupstwa Halberstadt. Dwór tego prałata pełen był humanistów i poetów, między którymi był bezbożny i rozpustą wytrzebiony Hutten. Oni wszyscy w oczy wielbili prymasa jako ozdobę swego wieku, a za oczy szydzili z wiary i grali w kostki o karteczki odpustowe w karczmie „Pod koroną,“ obok pałacu prymasowskiego. Na zbytki starczyło prymasa, choć nie było na wychowanie kleru; na wszystko czas być musiał, tylko nie było go na przeczytanie pism Lutra, nawet po trzech latach, jak sam to przyznał w liście do Lutra (20. 2. 1520). Ba, w 12 lat potem jeszcze (r. 1532) przyjął ten zacny prymas niemiecki, komentarz do listu Pawła ś., który mu dedykował Melanchton, i posiał 20 dukatów Katarzynie Bora! Luter nie przyjął tego prezentu. — Takiego pasterza nie potrzebował się Luter zapewne obawiać!

 

Było to nieszczęście dla Kościoła w Niemczech, że połowa biskupich stolic w tym czasie (tj. 18) była zajętą przez synów książęcych, z których niektórzy po dwa i trzy biskupstwa dzierżyli, nie umiejąc nawet czytać po łacinie; druga połowa biskupstw zajęta była przez synów szlacheckich, bo takie było prawo, wobec którego nawet taki mąż, jak Hadrian z Utrechtu, który został papieżem po śmierci Leona X, nie mógł być biskupem w Niemczech. Od połowy XV wieku były też już prawie wszystkie kanonikaty obsadzone przez synów szlacheckich, a książęta dążyli do tego, żeby wszystkie biskupie stolice dla swoich synów zagarnąć. O powołanie do stanu zakonnego, o zdolność i naukę nikt ich nie pytał i oni też o sprawy kościelne niewiele pytali. To też nie dziw, że wobec tej burzy, którą wzniecił Luter, byli bezradni, i że na sejmie w Wormacji (1521) „drżeli i pozwolili się połknąć, jak króliki“ wedle słów legata papieskiego Aleandra, który tam sam jeden trzygodzinną mową bronił sprawy Kościoła. Jeszcze w 11 lat potem zauważył poseł wenecki Tiepolo, że wszyscy biskupi byliby radzi uwolnić się od rzymskiego zwierzchnictwa i — wzorem Albrechta pruskiego — zamienić swe biskupstwa na księstwa świeckie.

 

Ani słowa, że syn książęcy i szlachecki może być tak samo doskonałym biskupem, jak syn mieszczański lub wieśniaczy, i owszem, może być lepszy, bo wynosi z domu ogładę towarzyską i wzięcie, czego tamtym często nie dostawa, ale godności kościelne nie mogą być monopolem żadnego stanu, bo wtedy i Kościół i sam ten stan ponosi szkody. A jednak sam reformator, który piorunował na zepsucie w Kościele, zachęcał książęta i szlachtę w swoim posłaniu „An den christlichen Adel deutscher Nation“ (1520), żeby się wyłamali z pod jarzma rzymskiego, bo wtedy będą mogli dla synów swoich drugorodnych pobrać wszystkie kanonikaty i prebendy. Ale tego obiecywania nie było nawet potrzeba, bo i tak książęta niemieccy mieli się za samowładnych panów nad Kościołem w obrębie księstw swoich. Obsadzali samowładnie wszelkie beneficja, wtrącali się do spraw wewnętrznych Kościoła, wydawali przepisy co do procesji, pogrzebów itd.. Zniósłszy sądy duchowne, sadzali księży do więzienia za byle jakie przewinienie, a głośno narzekając na zepsucie kleru, sami fundamenta Kościoła wstrząsali. Opactwa stały się przez komendy własnością świeckich panów, którzy nie tylko z całą zgrają dworzan zjeżdżali w czasach łowów do klasztorów, przy czym hałastra wyprawiała w refektarzach zabawy huczne i hałaśliwe, ale nadto dawali panowie wysłużonym sługom swoim tzw. „Panisbriefe mocą których mieli dożywocie w klasztorach, żyjąc wcale nie po klasztornemu.

CDN.



tagi: ks chotkowski reformacja luter 

rotmeister
30 sierpnia 2017 09:57
14     2168    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
rotmeister @rotmeister
30 sierpnia 2017 09:59

Długie artykuły źle się czyta, więc podzieliłem na dwie części. To część pierwsza. Jutro ciąg dalszy.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @rotmeister
30 sierpnia 2017 10:02

Artykuł posiada tzw. aparat naukowy. Dla ułatwienia czytania przypisy usunąłem. Są w oryginale w sieci, wystarczy w googla wrzucić tytuł. Dla szczególnie zainteresowanych niżej wklejam przypisy znajdujące się w tekście.

(Geschichtl. Notizen uber Martin Luthers Vorfahren von K. Luther. Wittenb. 1867. — Janssen. Gesch. d. d. Volkes I. p. 67. ed. VI).

Lut. Werke ed. Lpzg. XII. p. 373.

Wilh. Lindemann, Gesch. d. d. Literatur. Freib. i. B. 1 8 73. p. 317.

G. Evers, Martin Luther. Mainz 1883. I. p. 159.

Hofler, Papst Adrian VI. Wien 1880, p. 28— 32.

Opp. lat. 28, p. 139 sq. — Evers. 1. c. I, p. 166— 186.

Walch. XIII. 1480.

Walch. VIII. 2404.

Hofler 1. c. p. 19.

Krause, Helius Eobanus Hessus, sein Leben und Werke, Gotha 1879. I. Bd. p. 28.

Walch. VI. 3293.

Walch. VII. 2310.

Corpus Reform. V. 314. — Dolinger, Die Reformation, Regensbrg. 1848. III. p. 268.

Hófler 1. c. p. 554. — Briefe ans Hamburg, Berlin 1883. lift.I. p. 37.

Die Wette 5, 561. 753.

Walch. XXII. 1037. — Dóllinger, Die Reform ation, III. 268, 258.

Anshelm genannt Riid. Berner Chronik. Bern 1 8 2 5 —1833. Bd. 5, 478.

G. G. Evers, 1. c. I. p. 183.

Janssen III. 201, II. 60. — Seidemann, Luthers Grundbesitz. p. 477.

Hófler 1. e. p. 291. — Janssen I. 603.

Janssen III. 2 0 l, II. 100, 601.

Hofler 1. c. 211- — Riffel, Kirchengeschichte der neuesten

Zeit, Mainz 1844. I. p. 7.

Janssen II. 341, 352, 361— 4.

Binder, Charitas Pirkheimer, Aebtissin von St. Clara zu Nurnberg. II. Aufl. Freiburg 1878.

Droysen, G esch. tl. pr. Politik . 26, 76.

Janssen I. 564 — 577.

Janssen I. 494 sq.

Wimpheling, Apologia pro republica Christiana. Phorcae 1506. p. 64.

Janssen II. 401 sq.

De Wette, 2, 666— 671. Wider die mórderisclien und raiiberischen Rotten der Bauera. — Poprzednio tytułował chłopów:„lieben Herrn und Brtider" — (Ermahnung zum Frieden etc. Sammtl. Werke, 24, 257— 286).

Janssen I. 280. n. 5.

M. Neumann, Gesch. des Wuchers in Deutschl. Halle 1856.— Endemann, Studien in der. róm. kath. Wirtschafts- u. Rechtslehre, p. 460— 471. — Janssen I. 411.

Janssen I. 416.

Historisch-politische Blatter. 1883. Bd. 92. Hft. 5. p. 402 —412. — Wiedeńska „Neue Freie Presseu z 14 sierpnia 1883,

Protestantismus und Socialismus. Hist, polit. Studien. Paderb.1881.

Hofler, 1. c. 52.— Hófler, Aufstand der castillianisclien Stadte,p. 67 sq.

De Wette I. p. 483. „Classicum meum acutissimum est et Veliementissimum. “

Walch XXII. 1034 .

Richter, Gesch. der evangelisch. K irchenverfassung in Deutschl. Beri. 1861. p. 253.

Ullmann, Studien u. K ritiken Lpzg’. 1835. IV.

Rankę, Zwolf Biicher der pr. Gesch. Lpzg. 1874. I. 840.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @rotmeister
30 sierpnia 2017 11:59

Absolutna rewelacja ten tekst. Bardzo dziękuję za pracowite przeniesienie tutaj. Ja sobie brutalnie ten tekst skopiowałam do pamiętniczka. I pomyśleć, że w XIX w. księża profesorowie bez kompleksów potraktowali pana Lutra. Czekam na część II.

zaloguj się by móc komentować

marianna @pink-panther 30 sierpnia 2017 11:59
30 sierpnia 2017 12:22

Wtedy jeszcze zwierzchnicy nie nakazywali milczenia w sprawie Lutra. Jak daleko już to zaszło.

zaloguj się by móc komentować

Paris @marianna 30 sierpnia 2017 12:22
30 sierpnia 2017 12:57

No zaszlo... nawet za daleko...

... a dzisiejsi zwierzchnicy  JUZ  zdazyli nam "zreformowac" luniwersytet w Lublinie !!!

 

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @marianna 30 sierpnia 2017 12:22
30 sierpnia 2017 14:03

Zaszło daleko, ale ciemny lud, czy np. ja dzięki uprzejmości Autora mogę się wreszcie jako KATOLIK zapoznać z politycznym i teologicznym  tłem "fenomenu Marcin Lutra". Bardzo ciekawa jest sprawa obsadzania biskupstw niemieckich przez niemieckie rody książęce i cyniczne traktowanie misji i urzędu biskupiego. Niemcy ponad wszystko: cały czas aktualne.

zaloguj się by móc komentować

Zyszko @rotmeister
30 sierpnia 2017 15:35

Jak zwykle świetny tekst, czekam na drugą część.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @pink-panther 30 sierpnia 2017 11:59
30 sierpnia 2017 16:59

Część druga jutro. Nie mniej ciekawa wg mnie. 

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @Zyszko 30 sierpnia 2017 15:35
30 sierpnia 2017 17:00

Takich rzeczy jest pewnie dużo w starych księgach. Domyślam się że niejeden protestant nie ma o tym pojęcia.

zaloguj się by móc komentować

marianna @pink-panther 30 sierpnia 2017 14:03
30 sierpnia 2017 17:06

W latach 70ych dużo czasu spędzałam w Lutherstadt Wittenberg. Nigdy nie udało mi się dostać do wnętrza kościoła. Zawsze były drzwi zamknięte. Miejscowych pytałam kto to był ten Melanchton którego pomnik stoi obok Lutra przy ratuszu. Wzruszali ramionami . Nie wiedzieli i wogóle ich to nie interesowało. Cośkolwiek wiedzieli tylko o Lutrze. Część moich przodków wywodzi się z południa Niemiec. Na szczęście - dziś to odkrywam - zawsze byli katolikami. Mieli zupełnie inne podejście do wiary, obyczajów.... Z przekazów rodzinnych wiem, że zawsze tak było.

Ileż złego ci odszczepieńcy wyrządzili. Pohańbili cały naród i rozwlekli tę zaraze na inne narody.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @rotmeister
30 sierpnia 2017 19:41

"Nawet talent do muzyki i śpiewu, którym sobie za lat studenckich na chleb zarabiał, posłużył mu przy tym do układania melodii, a kto wie, jaką potęgą jest śpiew, ten pojmie, jaki wpływ wywierał Luter pieśniami nowo układanymi na umysły tych, którzy poszli za nim."

Luter - pierwszy rock'n'roll'owiec?

"...każdemu człowiekowi bez wyjątku przypisywał prawo i zdolność tłumaczenia sobie samemu Pisma ś., a pojmiemy, ile to łechtało pychę ludzką. Szynkownie grzmiały od dysput religijnych, a biblia walała się po karczemnych stołach!"

Teraz biblia nie wala się po stołach, ale jest podobnie, co drugi to specjalista od religii: "żaden ksiądz nie będzie mi tu wciskał głodnych kawałków, bo ja sam najlepiej wiem i sam rozmawiam z Bogiem" itp.

 

W ogóle cały tekst to perełka, świetnie pokazuje, że każda herezja od początku świata jest taka sama, ma te same mechanizmy i takie same są przyczyny jej powstania.

zaloguj się by móc komentować

tadman @rotmeister
31 sierpnia 2017 06:06

Mord założycielski?

zaloguj się by móc komentować

tadman @Paris 30 sierpnia 2017 12:57
31 sierpnia 2017 06:09

Już drugie źródło podaje, że Marcin był psychiczny.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @rotmeister
31 sierpnia 2017 10:47

Świetne. Wielki plus.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować