-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Handel, lichwa, Żydzi. Dzień z życia wsi polskiej w XIX wieku.

Słomka Jan, Pamiętniki włościanina, wyd. II Kraków, bez roku wyd. [1929], Towarzystwo Szkoły Ludowej

Handel na wsi. Jarmarczenie. Handel miastowy. Początki handlu chłopskiego. Obrót pieniężny. Lichwa. Upadek gospodarstw chłopskich. Upadek mieszczan. Upadek dworów. Żydzi.

 

Handel tak na wsi, jak w mieście był prawic wyłącznie w rękach żydów. Po karczmach wsiowych siedzieli tylko żydzi i prócz wódki mieli na przekąskę obwarzanki i bułki, które sami piekli, nadto gomółki z sera i śledzie. Przytem sprzedawali ubocznie sól, tytoń do fajek, zapałki, igły, tasiemki, krajki do opasywania się, — ale towaru tego mieli zawsze bardzo niewiele, zazwyczaj mieścił się wszystek w małej paczce, schowanej za szynkwasem.

 

Wsiowi ludzie jednak kupowali towar taki najczęściej od żydów i żydówek, domokrążców, obnoszących w opałce igły, tasiemki, krajki, zapałki, trochę pieczywa, przyczem też nigdy nie brakło wódki. Każdą wieś obchodziło stale kilku takich handlarzy czy handlarek ,dochodzących z miasta, więc prawie codzień do każdego domu które z nich zaszło. Znali bardzo dobrze swoje wsie i ludzi, byli też w każdym domu witani zawsze, jak dobrzy znajomi.

 

Za towar tak w karczmie jak domokrążcom rzadko kiedy płacili pieniędzmi, najczęściej dawały gospodynie jajka, kasze, kości i szczecinę ze świń, trochę jakiegoś zboża lub coś z drobiu, był to więc handel wymienny bardzo dla żydów popłatny. Toteż domokrążcy, choć byli nędznie odziani, obdarci i narzekali na biedę, mieli, jak się nieraz pokazywało, ładną gotówkę. Najwięcej zarabiali zawsze od tych, co wódkę lubili. Jeżeli gospodarz i gospodyni nie pili oboje, tylko jedno z nich, n. p. gospodyni, to dostawała wódkę skrycie przed gospodarzem i w skrytości też płaciła różnemi produktami domowemi.

 

***

 

Gdy trza było kupić jakiś sprzęt do domu, np. opałkę, cebrzyczek, konewkę albo garnki, miski, buty, to już po te sprawunki jechali z przyzwyczajenia na jarmark. Mówili, że tam można to o parę grajcarów taniej kupić niż na miejscu. Jadąc na jarmark, brali z sobą parę ćwierci zboża: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, kaszy, bo znów był rachunek, że tam można to lepiej spieniężyć. Ale były wypadki, że tam sprzedało się taniej albo zboże do domu nazad przywiozło, bo zależało od tego, jak dużo takiego produktu na targ dostawiono.

 

Od nas jeździli najczęściej do Majdanu, o trzy mile stąd, gdzie co poniedziałek odbywały się wielkie targi, zwane jarmarkami.

 

Był tam także wielki targ na konie, bydło, karmiki, sprzedawali też gotowe połcie słoniny, sadło, słoninę chudą przywędzoną, kiełbasą, a to wszystko na oko, bez wagi, — sprzedażą zaś tą trudnili się mieszczanie i okoliczni chłopi. Słowem, wszystko, co teraz jest w sklepach, wtedy kupowało się na jarmarku w Majdanie.

 

Kto z Dzikowa wybierał się na Majdan, musiał już w niedzielę wieczór ładować wóz, ażeby zaraz po północy wyjechać i przed południem na miejsce przybyć. Droga do Majdanu była w tych czasach bardzo zła, były piachy i błota, doły i kałuże, musiało się jechać noga za nogą, nie tak jak obecnie, co jest bity gościniec. Dzisiaj żaden gospodarz takiej złej drogi nie chciałby odbywać, chyba za dużem wynagrodzeniem.

 

Na każdy taki jarmark musiała jechać z gospodarzem gospodyni, bo chociażby on sam mógł wszystko sprawić i załatwić, to jednak był już taki obyczaj i gospodyni bardzo by się gniewała i mężowi wymawiała, że ją ma za dziewkę, że jej nie szanuje, z sobą nie bierze i nawet sąsiedzi mieliby mu to za złe.

 

Jarmark, czyli załatwienie sprawunków, przedłużało się do późnego wieczora, toteż do domu wracali najczęściej już po drugim północku.

 

Był przytem zwyczaj, iż po drodze z jarmarku wstępował każdy do karczmy, przynajmniej do jednej, ażeby popaść konie i na tak zwaną »rozgrzewkę« czyli napitek i przekąskę, którą już gospodyni najczęściej z domu brała. Na tym spoczynku w karczmie zeszło niejednemu parę godzin, zależnie od tego jak dużo zjechało się naraz znajomych, sąsiadów, kumów. Więc nieraz przepijali tu więcej, niż zyskali przez lepsze kupno czy sprzedaż w Majdanie, a czasem nawet więcej, niż wszystkie sprawunki były warte. Ale tego wszystkiego nie liczyli, ani tego, co się sami naponiewierali i koni namęczyli.

 

A trzeba dodać, że takich dalszych jarmarków każdy gospodarz musiał odbyć przynajmniej dwa do roku, a to najwięcej na wiosnę i w jesieni, — oprócz pobliskich.

 

Był też zwyczaj, że dzieciom z jarmarku przywozili obwarzanki i bułki, ażeby miały z jarmarku pamiątkę. Toteż dzieci późno w noc nie szły wtedy spać i wyglądały, aż ojcowie z jarmarku powrócą.

 

***

 

W mieście trudnili się handlem prawie wyłącznie żydzi. Był on zresztą bardzo nędzny, skoro koło r. 1860 nie było w Tarnobrzegu nawet dziesięciu lichutkich sklepików, mieszczących się w domach drewnianych.

 

W paru sklepikach — prócz tego, co można było kupić u domokrążców wsiowych, — były płótna kolorowe, chusteczki, wstążki, płótna domowe, czapki, fajki, w których się wtedy chłopi bardzo kochali, grzebienie, cyganki, świeczki łojowe. Wszystko to prócz płótna białego, nabywanego od chłopów, sprowadzane było wozami z Tarnowa, dokąd pewnie przychodziło z przemysłowych krajów austrjackich. U paru innych żydów było zboże, które sprzedawali najwięcej w dni targowe, wystawiając w workach na rynek. Wreszcie na parę lat przed r. 1860 nastał pierwszy sklep z żelazem, gdzie było żelazo w kawałkach dla kowali, nadto rynki, żeleźniaki, kociołki, wewnątrz niewybielane. Zapasy towarowe we wszystkich tych sklepach były bardzo skromne, wartość ich nie dochodziła pewnie do 100 złr.

 

Najwięcej było karczem, czyli »szynków« z wódką, z których główny mieścił się u Joska w ratuszu1, prócz tego był drugi na przeciwnym końcu ratusza i kilka innych, rozrzuconych po mieście, a więcej znacznie było nadto pokątnych, w których chłopi upijali się również dobrze, jak w pierwszych.

 

Pieczywo sprzedawali żydzi na podcieniach, które były naokoło rynku, a stanowił je wypust mniej więcej 2 metry przed każdym domem. Na rynku sprzedawali garnki, miski, łyżki drewniane, jak również cebrzyki, konewki, niecki, sita, przetaki, rzeszota, czyli »rajtaki«, sprowadzane z pod Majdanu kolbuszowskiego.

 

Sklep chrześcijański był tylko jeden, mianowicie Narcyza Giżyńskiego, zastępujący też dzisiejsze Kasyno urzędnicze. Prócz trunków i przekąsek był tam towar korzenny, kupowany przez nielicznych wówczas urzędników; dla chłopów nic w tym sklepie nie było, więc też nigdy do niego nie zachodzili.

 

Mieszczanie-katolicy żyli głównie z rolnictwa i rzemiosła. Kilku trudniło się handlem świń, które bili sami i sprzedawali w rynku na stolikach, zwłaszcza w dni targowe i święta: słoninę, sadło i kiełbasę. Wywozu świń z okolicy, tak dziś rozwiniętego, nie było jeszcze ani śladu i zaczął się dopiero około r. 1870, a nim powstała kolej do Tarnobrzega, gnali kupcy świnie stadami aż do Dębicy.

 

Mieszczanie baranowscy, mieleccy, kolbuszowscy trudnili się też kramarstwem. Jeździli po odpustach z jednego miejsca na drugie. Do Tarnobrzega zjeżdżało na odpusty 20–30 kramarzy, do Leżajska znacznie więcej. Który wcześniej przybył i w zarządzie miasta więcej zapłacił, mógł w lepszym miejscu swój kram rozłożyć. Sprzedawali: medaliki, szkaplerze, różańce, koronki, pasyjki, obrazki, książeczki do nabożeństwa, kalendarze, nadto pierścionki, różne piszczałki, organki, zabawki dla dzieci i t. p. Na to wszystko był wtedy odbyt i kramarze mieli dobre zarobki.

 

***

 

Chłopi handlem zupełnie się nie zajmowali, uważali go za zajęcie żydowskie, na którem — jak mówili — tylko żyd wyjść może. Handlu się wstydzili i wyśmialiby chłopa, który by chciał handlować. Przywozili tylko i przynosili na targ do miasta: zboże, ziemniaki, kaszę, jarzyny, drób, jaja, nabiał, wyroby przemysłu domowego i wszystko sprzedawali przeważnie żydom, którzy tem dalej handlowali i zyski z tego ciągnęli. Często chłopi kupowali drogo od żydów na wiosnę zboże, które w jesieni za psie pieniądze żydom sprzedali. Zresztą nie było dawniej szkół i chłop do handlu nie był zdatny, poprostu nie umiał liczyć.

 

Jak trudno było wtedy odważyć się na handel, mogę powiedzieć z własnej praktyki.

 

Nie było wówczas w zwyczaju, żeby przed jesienią kopać motyką nowe ziemniaki, bo uważali za grzech niszczyć to, co jeszcze rośnie i przyrasta; można było tylko ziemniaki podbierać ręką na własną potrzebę. Nikt też nowemi ziemniakami nie handlował. Tylko koloniści niemieccy z Padwi przywozili do Tarnobrzega t. zw. wczesne murzyny i sprzedawali je na garnce, — garniec po 10 centów, co wtedy uchodziło za cenę wygórowaną.

 

Widząc jak Niemcy dobrze na tem zarabiają, zasadziłem pół morgi wczesnych ziemniaków i miałem je wywozić na miasto, jak to oni robili. Ale gdy ziemniaki urosły, sprzedałem je żydowi w polu za 30 złr., z czego otrzymałem 10 złr. jako zadatek. A kupno to prawie w żyda wmówiłem, bo żydzi wtedy nie zakupywali jeszcze ziemniaków w polu i nie znali się na tym handlu, — (jak dziś n. p. nie kupują ogórków w ogrodzie, tylko zerwane na kopy), — kupowali tylko ziemniaki, na swoją potrzebę, na garnce i ćwierci.

 

Tego samego dnia jednak przyszedł żyd do mnie prawić z płaczem. że się oszukał, że w mieście śmieją się i naigrawają z niego,że kupił kota w worku (niewykopane ziemniaki), — i molestował o zwrot zadatku. Z tem mnie kilkakrotnie nachodził tak, że mi cierpliwości brakło i zadatek mu wróciłem.

 

Przyjrzałem się lepiej, jak Niemcy sprzedają, nająłem dwie kobiety do podbierania ziemniaków i zrana, zanim fury z Padwi przyjechały, wywiozłem na miasto parę ćwierci. Ledwie stanąłem, zwarły się do mnie żydówki, właziły na koła, na wóz, jedna przez drugą dawały pieniądze, żeby im sprzedać ziemniaków. Daremnie wołałem, żeby się nie cisnęły, że każda kupi, bo mam więcej w domu. W mig wszystko sprzedałem, a gdy wróciłem do domu, miałem znowu na podwórku sporo żydówek, chcących kupić ziemniaków. Gdy powiedziałem, że ziemniaki jeszcze w polu, że po nie pojadę, wszystkie chciały iść za mną, — alem je nawrócił zapowiadając, że nie ruszę z podwórza, jeżeli nie pozostaną na miejscu, — bo nie chciałem, żeby taka rzesza odprowadzała mię w pole. Co było ukopane, przywiozłem i sprzedałem na oborze.

 

Potem sprzedawałem już tylko w domu zrana i w kilku dniach zebrałem całą miseczkę samemi szóstkami, razem 80 złr., a ziemniaki nie były jeszcze wykopane, tylko podebrane. Następnie corok sadziłem coraz więcej wczesnych ziemniaków i targowałem za nie parę stówek. Nowych nie podbierałem już rękami, ale kopałem odrazu motyką, a na ziemniaczysku siałem zaraz mieszankę dla krów. W ten sposób za ziemniaki miałem zawsze na opędzenie wydatków na żniwa, a z mieszanki dobra paszę na jesień.

 

Po te ziemniaki przychodziły do mnie nie tylko żydówki, ale sługi od urzędników tarnobrzeskich, między innemi służąca komisarza starostwa. Zauważyłem, że jednego dnia służącej tej nie było, dopiero na drugi dzień przyszła i opowiedziała, że pani widziały się ziemniaki za drogie i nie kazała kupować, — ale pan gniewał się, że ziemniaków na obiad nie było, mówiąc: »Ja wtenczas nie chcę ziemniaków, kiedy sobie i dziad podje«, i potem służąca stale już u mnie ziemniaki kupowała.

 

Zrazu naturalnie z tego handlu ludzie się śmiali, wnet jednak i inni zaczęli sadzić wczesne ziemniaki na sprzedaż, ale sprzedawali je w polu żydom. Bo żydzi zaraz i w tym handlu zasmakowali i dziś żyje z niego kilka rodzin żydowskich w Tarnobrzegu. Obecnie jednak wielu chłopów z różnych wsi sprzedaje na mieście warzywa i owoce. Śmiechy i drwiny z tego ustały.

 

Dopiero po powstaniu Towarzystwa Kółek Rolniczych w r. 1882 zaczęły się mnożyć po wsiach sklepiki Kółek Rolniczych i prywatne sklepiki chrześcijańskie. Obecnie w każdej wsi jest już taki sklepik, a w większych wsiach bywa ich nawet parę, wobec których żydowskie nie mogą się często utrzymać i znikają ze wsi. Również po miasteczkach powstały porządne sklepy chrześcijańskie.

 

***

 

Obrót pieniężny na wsi był długo jeszcze za mojej pamięci bardzo mały, — srebro i złoto trafiało się rzadko, a o ile kto dostał do rąk srebrnego cwancygiera, a zwłaszcza złotego dukata, to chował go w domu i na największą potrzebę nie wydawał. Pieniądze takie chowali w skrzyniach, pod beczkami, za krokwią, albo poza domem, zakopane w garnkach lub w innych tajemnych schowkach, gdzie się nieraz spaliły, gdy pożar wybuchł nagle.

 

Najwięcej było pieniędzy papierowych, a około roku 1860 były jeszcze w obiegu kwity dworskie, opiewające na różne kwoty, od kilku do kilkudziesięciu grajcarów, podobne do dzisiejszych biletów kolejowych, różnego koloru, stosownie do wartości, jaka była na nich wyszczególniona. Znaczyły one tyle, co państwowe pieniądze, każdy je brał chętnie w takiej wartości, na jaką były wystawione i to nie tylko w obrębie obszaru dworskiego, który je wydał, ale w całej okolicy, gdzie dwór był znany.

 

W Dzikowie było najwięcej kwitów miejscowego dworu, były jednak i z sąsiednich: z Mokrzyszowa, Machowa, Chmielowa i innych. Podniszczone kwitki, których drudzy obawiali się już przyjmować, niesiono najczęściej do propinacji i płacono nimi za wódkę, propinator bowiem, mając z kancelarją dworską częstszą styczność, mógł je tam najłatwiej wymienić na nowe.

 

***

 

Co do kredytu za pańszczyzny — jak słyszałem od dziadków i innych, bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

 

Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie żydzi na podpisy u rejenta, czyli skrypta rejentalne i na weksle. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

 

Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś gdy zmiarkowali, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

 

Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przytem zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.

 

***

 

Przez taką lichwę zrujnowali żydzi prawie połowę gospodarzy, bo w każdej gminie znalazło się dużo lekkomyślnych, którzy brali pożyczki i nic za to nie nabywali, ale po większej części na pijatykę obracali. I tacy nawet prędzej mogli dostać pożyczkę niż porządniejsi, bo godzili się łatwo płacić taki procent, jaki żydzi chcieli. Oni zaś wiedzieli między sobą, ile kto był gdzie winien, jaką wartość przedstawia jego majątek i pożyczali dotąd, dopóki majątek wystarczał na pokrycie kapitału, procentu i kosztów egzekucji.

 

W samym Dzikowie wydziedziczyli prawie ze wszystkim trzech gospodarzy osiemnastomorgowych, a mianowicie: Józefa Słomkę, Wojciecha Łuczaka i Michała Sadrakułę, zamieszkałych w przysiółku Podłęże; czterech gospodarzy sześciomorgowych, a to: Józefa Gronka, Pawła Krzyżka, Józefa Wójcikowskiego i Michała Grycha; z większej zaś lub mniejszej części majątku wydziedziczyli: Michała Ozycha, Jana Wiącka, Józefa Zmarzłego, Stanisława Antończyka, Michała Grębowca i wielu innych.

 

Jakim sposobem podówczas żydzi brali chłopów do łapki, nawet za drobne długi, niech posłuży za przykład to, jak robili z Michałem Grębowcem, moim sąsiadem. Miał on sześć morgów dobrego gruntu i porządne zabudowania gospodarskie. Był chłop robotny, nie pijak, bo jeżeli wypił czasem kieliszek wódki, to przy robocie lub jakiejś okazji; długu zaciągać nie miał potrzeby, bo zadowalał się najzupełniej tym, co z gruntu zebrał, więc nikomu nie był winien ani grosza. Jedną miał tylko wadę, że z żoną był czasem w niezgodzie i nieraz się dobrze pobił, ale to przechodziło jak burza i znowu sobie sprzyjali. W kłótni żona zawsze mu wypominała, chcąc mu dokuczyć, że cały majątek jej, bo ona wprowadziła na gospodarstwo inwentarz jako wiano.

 

Z tej niezgody małżeńskiej skorzystali żydzi. Ściągali Grębowca do siebie, częstowali wódką, mówiąc przytem: »Ny, Michale, co wam żona mówi, że majątek nie wasz, my się was nie boimy, choć tak żona gada, jak wam pieniędzy trzeba, to wam pożyczymy, niech się żona przekona, że wasz jest majątek, a lepiej was będzie szanować«. Tak wmówili w chłopa, że pożyczał po 5 do 10 złr., a za każdym razem prowadzili go do notariusza, czyli rejenta, zawierali tam akt dłużny, biorąc zawsze za świadków policjantów z Tarnobrzega, znanych wówczas pijaków. W ciągu paru miesięcy zmieniali ciągle u rejenta skrypta dłużne, dopisywali nowe pożyczki i wysokie procenta, w końcu zrobili z Grębowcem akt na pożyczkę wynoszącą 600 złr. I miał płacić na rok 60 złr. od sta.

 

Wtenczas dopiero wyprowadzili sądową komisję na opisanie realności Grębowca i zabezpieczenie na niej wspomnianej kwoty. Żona narobiła gwałtu, gdzie, kiedy i na co tyle pożyczał, on też zmiarkowawszy, że mu grozi ruina majątkowa, zaczął płakać, za włosy się targać, krzycząc:« Olaboga, co ony ze mną zrobiły!« Po odejściu komisji zacząłem go wypytywać, jak tyle długu narobił, pokazało się, że na te 600 złr. wybrał gotówką około 50 złr. I to u tych samych żydów przepił, do tego nie umiał zupełnie rachować, nie wiedział, co znaczy 600 złr.

 

Poszedłem z nim i z żoną do rejenta, rozpowiedziałem tam, ile Grębowiec wybrał tytułem pożyczki, że za grosz z tych pieniędzy nic nie kupił, na to rejent powiada, że swego czasu zwracał mu uwagę i kazał żonę zawołać, ale Grębowiec wtedy odrzekł: »Diabli żonie do tego, to jest mój grunt po moim ojcu«; bo tak go żydzi nauczyli gadać. Mówił dalej rejent, że teraz wszystko przepadło, bo aktu notarialnego nikt nie może obalić, doradził tylko, żeby Grębowiec sprzedał zaraz część gruntu i zaraz dług zaspokoił, bo inaczej narosną koszta i procenta i nie zostanie ani przy zagonie: żydzi wszystko sprzedadzą i z domu go wygonią. Grębowiec usłuchał i to była najlepsza rada, sprzedał zaraz dwie morgi najlepszego gruntu, nadającego się pod ogrody, i zapłacił cały dług, bo żydzi nie chcieli nic opuścić, i w ten sposób uratował resztę gospodarstwa.

 

To wywłaszczenie chłopów z majątków trwało tak długo, aż wyszła ustawa przeciw lichwie, zabraniająca brania wielkich procentów. Wtedy sąd zaczął prześladować i karać lichwiarzy i nastała jakby pomsta Boża nad nimi, bo zaczęli upadać, a niektórzy nawet w biedzie wymarli, inni też niekoniecznie w dostatku dożyli, a pozostałe po nich rodziny są dzisiaj zupełnie biedne. Przyszła też kreska na wspomnianego Dawida, który się chełpił szerokimi plecami. Przyłapany został na oszustwie, mianowicie, że dopisał na wekslu jakiejś kobiecie z Żupawy dużo większą sumę, niż należało. Sąd w Tarnobrzegu wytoczył mu śledztwo i przymknął w areszcie razem ze wspólnikami, co w mieście wywołało wielki harmider, bo prawie oni pierwsi dostali się do aresztu. Dopiero od tego czasu żydzi-lichwiarze zmiękli i bali się, a sąd coraz lepiej brał się do nich i poskramiał ich.

 

http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka.html

 



tagi: lichwa  kredyt  chłopi  jan słomka  pamiętnik 

rotmeister
27 lutego 2019 12:02
17     2079    14 zaloguj sie by polubić
komentarze:
pink-panther @rotmeister
27 lutego 2019 12:39

Wielkie dzięki. Ale muszę przyznać, że to jest potwornie dołująca wiedza.

zaloguj się by móc komentować

Draniu @pink-panther 27 lutego 2019 12:39
27 lutego 2019 13:38

I to jest druga polowa XIX.. Przerażające, ze to sie dzialo tak niedawno. Zapiski bardzo ciekawe. Dziękuję za wpis.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @rotmeister
27 lutego 2019 13:44

Chyba Balzac wspominał / pisał o Krakowie, mieście biedy, na której żerują żydzi.

zaloguj się by móc komentować

DYNAQ @Draniu 27 lutego 2019 13:38
27 lutego 2019 14:17

Działo się? To się dzieje cały czas ,provident etc...tylko sądów takich nie ma ,któreby się za to wzięły.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @pink-panther 27 lutego 2019 12:39
27 lutego 2019 14:31

Wg dzisiejszych kryteriów, Jan Słomka to antytsemita. Bo wg jego opisu codzienność polsko-żydowska na polskiej wsi to bynajmniej nie sielski Jankiel z cymbałami. Warto poczytać kilka innych rozdziałów gdzie jest mowa o kredycie itp.

zaloguj się by móc komentować

mniszysko @rotmeister
27 lutego 2019 15:17

Bardzo dobry tekst. Pokazuje realia tamtego czasu, o których - ja przynajmniej - nie mamy żadnego pojęcia.

Dziękuję!

P. S. Czy będzie ciąg dalszy? 

zaloguj się by móc komentować

MZ @rotmeister
27 lutego 2019 15:27

Mój teść był z Majdanu.podobnie opowiadał.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @mniszysko 27 lutego 2019 15:17
27 lutego 2019 16:12

Stąd też jeśli się antysemityzm (antyjudaizm) pojawiał to nie miał podłoża rasowego tylko ekonomiczne. Ci chłopi mieli styczność z Żydami na co dzień. Nikt im nie musiał mówić jak jest bo mieli to na żywo. A co do dalszych części to mogę coś wyszukać. A jak kto chce to to można samemu w linku poklikać. 

Pozdr

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @MZ 27 lutego 2019 15:27
27 lutego 2019 16:13

Jan Słomka współbrzmi z księdzem Blizińskim. Sami "antysemici".

zaloguj się by móc komentować



maria-ciszewska @rotmeister
27 lutego 2019 17:14

Dziękuję za bardzo interesujący materiał. Biorę się za czytanie całości.

 

zaloguj się by móc komentować

maria-ciszewska @pink-panther 27 lutego 2019 12:39
27 lutego 2019 17:20

Dołująca, ale nie do końca. Jednak gospodarz Słomka miał głowę na karku. Umiał pisać, czytać i liczyć. Umiał podejrzeć dobry interes, i rozkręcić go u siebie. Nauczył się postępować z Żydami. Ciekawe, czy te Żydowki, co się rzuciły na wczesne ziemniaki, brały je na swój użytek, czy na sprzedaż.

zaloguj się by móc komentować

chlor @rotmeister
27 lutego 2019 20:11

Cała moja edukacja szkolna przebiegała pod hasłem "dola chłopa". Czyli dola chłopa u Reja, Rejmonta, Mickiewicza, dola chłopa u Żeromskiego i tak dalej. Już rzygaliśmy tą dolą chłopa. Wszystko na podstawie utworów socjalistów inteligenckich. Dola chłopa była ciężka, bo go gnębili ksiądz i dziedzic. Nikt inny.

zaloguj się by móc komentować


DrzewoPitagorasa @rotmeister
1 marca 2019 03:11

Ciekawe, że  w szkole, gdy uczyli nas o losie chłopów to nikt nie wspomniał o wykorzystywaniu i oszukiwaniu ich przez Żydów. Jedynie opowieści rodzinne przybliżały trochę temat. 

zaloguj się by móc komentować

DrzewoPitagorasa @rotmeister 27 lutego 2019 16:12
1 marca 2019 03:13

"Stąd też jeśli się antysemityzm (antyjudaizm) pojawiał to nie miał podłoża rasowego tylko ekonomiczne."

To samo mówiła moja mama i babcia. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować