-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Deizm i deiści. Część 2.

Deizm i deiści.

Część 2.

 

Encyklopedia Kościelna podług teologicznej encyklopedii Wetzera i Weltego z licznymi jej dopełnieniami. Warszawa 1874. Tom IV, str. 106-116.

 

Nie trudno dostrzec z podanej przez nas treści pism Cherbur’yego, jak niezbyt głęboko sięgały jego zarzuty przeciwko chrystianizmowi i jaką jego formę miał on głównie na myśli. Anglikanizm, ze swoimi od Kalwina pożyczonymi 39 artykułami, ze swoim czczym, zimnym i martwym kultem, nie mógł zaspokoić gorętszych pragnień duszy ludzkiej. Nic więc dziwnego, że kult, pozbawiony wewnętrznego życia, w głębszych umysłach budził wstręt do religii i czci Bożej w ogóle. Nauki o zupełnej grzeszności człowieka i przejęte tylko opowiadaniem mąk piekielnych na skruszenie grzesznika, nie mogły wywołać sympatii do anglikańskiego chrystianizmu. Dogmat kościoła anglikańskiego o usprawiedliwieniu przez wiarę, bez uczynków, czynił praktykę chrześcijańskich obowiązków zbyt lekką, a nawet prawie niepotrzebną. Owa wiara bez miłości jest tylko prostym przyjęciem dobrej nowiny, że grzechy zostają człowiekowi nie poczytane, choć pozostają w nim po dawnemu. Trudno więc mieć za złe lordowi Cherbury, że odepchnął od siebie martwą i giętką wiarę anglikańską. Istotnie, jak człowiek myślący mógł uwierzyć, że 39 artykułów, samowolnie ogłoszonych przez kilku przeniewierczych kościołowi biskupów, może być prawdziwym Objawieniem Bożym? Wiadomo, jak ciasno pojmowali reformatorzy chrystianizm, „podając ślepych pogan i bałwochwalczych papistów” na wieczne potnienie i męki piekielne. Tego zupełnego opuszczenia pogan i predestynacji kalwińskiej w żaden sposób nie można było pogodzić z pojęciem Opatrzności, ogarniającej miłością swoją całą ludzkość, i z religią powszechną. Deizm więc Herberta, z tego punktu rozpatrywany, jest reakcją przeciwko doktrynom reformacji. Według nich bowiem, człowiek przed przyjęciem chrztu tylko złe wszystko czynić może, i nie posiada żadnej zdolności do poznania i miłowania Boga. Stronnicze namiętności zaślepiały reformatorów do tego stopnia, że nie chcieli zwrócić uwagi ani na fakty, z duchowej natury człowieka wypływające, ani za świadectwa historyczne, ani na samo Pismo Święte. Toć przecież już instytucja katechumenatu, jaki w pierwszych wiekach odbywać trzeba było przed otrzymaniem chrztu, dowodziła możliwości wiary i miłości przed otrzymaniem sakramentu. Radykalnym błędem reformatorów XVI w. było nieuznawanie uniwersalności Odkupienia, przez które Zbawiciel z każdym człowiekiem zostaje w połączeniu, zanim nawet pełna łaska dokonanego odkupienia zleje się nań w sakramencie. Reformatorzy w sekciarskim rozgorączkowaniu nie chcieli tego widzieć: człowiek jest dla nich przed chrztem tak obcy rzeczom boskim, jak „drzewo i kamień” a rozum człowieka jest tylko „nierządnicą czarta”. Deizm więc był poniekąd reakcją przeciwko sfałszowania kardynalnych pojęć, i rehabilitacją rozumu i sumienia, sponiewieranych przez „reformację”. Z drogiej wszakże strony deizm poszedł dalej jeszcze niż „reformacja”. Kiedy reformacja zachowała wiarę w Zbawiciela, lecz odrzuciła uniwersalność chrystianizmu, deizm obstawał za uniwersalnością religii, lecz wyparł się wiary w Objawienie i Odkupienie. Deiści utrzymują, że każdy człowiek, bez pośrednictwa Zbawiciela, posiada zdolność poznania i miłowania Boga, wbrew reformatorom, którzy większej części rodzaju ludzkiego zupełnie zaprzeczali zdolności i możności poznania i miłowania Boga. Odepchnąwszy chrześcijaństwo, na które w zasnutych i skażonych formach anglikanizmu zgodzić się nie mogli, deiści wpadli w cały szereg błędów, jako logiczną konsekwencję ich doktryny: zanegowawszy wielkie fakty Objawienia, zeszli na chwiejną podstawę faktów wewnętrznych „wyrytych w duszach wszystkich ludzi”. Starożytne pogaństwo dowiodło przecież, jak strasznemu skażeniu ulegają „te wrodzone dusz ludzkich dane”, w jak potwornych rozmiarach zapanować nad nimi może błąd i głupstwo. Widocznie więc, wrodzona duszy ludzkiej zdolność pojmowania i miłowania Boga potrzebuje Odkupienia, aby trzymać i wzmacniać się mogła. Pomimo to deiści, a na ich czele Cherbury, zupełną doskonałość tak nazwanej „naturalnej religii” uważają za kamień węgielny swojej doktryny i usuwają jako całkiem zbyteczne „nadprzyrodzone Objawienie”. Dalsze wszakże losy deizmu za nowo wykazały to, czego już poprzednio dowiodło pogaństwo. Twierdzenia deizmu uległy powątpiewaniu: „naturalna religia” rozwiała się i rozpłynęła we mgle filozoficznych rozpraw, a deizm przerodził się w naturalizm i ateizm.

Tego przeradzania się deizmu przedstawicielami są: Collins i Chubb. Antoni Collins pochodził ze szlacheckiego stanu, nr. w Haston, w hrabstwie Middlesex, 21 czerwca 1676 r. Odbył nauki w Eaton i w Cambridge, gdzie głównie pracował nad starożytną literaturą i filozofią, później utrzymywał korespondencję z Lock’em. Jako sędzia pokoju odznaczał się roztropnością i bezstronnością, kilka razy obierany był na posła do parlamentu, umarł 13 grudnia 1729 r. Z początku Collins występuje w dość umiarkowany sposób przeciwko martwej formalistyce „rządowego kościoła anglikańskiego”, w obronie rozumu i wolności sumienia. Do pierwszych jego prac liczy się: „Essay concerning the use of reason in propositions the evidence where of depends upon human testimony”, 1707 (Studium tyczące użycia rozumu w twierdzeniach, których pewność polega na świadectwie ludzkim). Drugie pismo Collinsa także było wywołane dowolnościami, na jakie sobie pozwalało duchowieństwo anglikańskie. Dzieło to ma tytuł: ”Najwyższe oszustwo księże” (Priest-craft in perfection, or a detection of the frauds of inserting and continuing this clause [the church had power to decree rites and ceremonies and authority in controversies of faith], in the 12th article of the articles of the church of England, Lond. 1709. Collins miał tu na myśli 12-ty artykuł kościoła anglikańskiego, w którym powiedziano, że kościół ten ma prawo stanowienia obrzędów, ceremonii i decydowania wszelkich sporów religijnych. W rok później wyszły dwie jeszcze edycje tego pisma. Ażeby zwrócić większą uwagę na powyższą książkę, sam autor napisał pozorną jej refutację (On a late pamphlet intitild: Priest-craft Lond. 1710). Odparcie tego napadu było trudne, bo na co mógł się powoływać anglikański kościół, oderwawszy się od Kościoła powszechnego, od jego zasad, nauki i tradycji? Następnie Collins posunął się jeszcze dalej i to, co pisał o duchowieństwie anglikańskim i 39 artykułach, rozszerzył do całego chrześcijaństwa, oraz Biblii, w „Discourse on freethinking, occasioned by the rise and growth of a sect, called freethinkers” (Rozprawa o wolnomyślności, wywołana wzmożeniem się sekty, nazywanej wolnomyślicielską), Lond. 1713. Autor dowodzi tu, jak potrzebną i nieodzowną jest wolnomyślność, oraz utrzymuje, że stronnicy Objawienia lękają się i nie lubią krytyki, tym dla nich niebezpiecznej, że, z powodu rozmaitości wariantów Nowego Testamentu, nie wiadomo, jak pierwotny tekst wyglądał. I pod tym względem Collins wymierza sprawiedliwość anglikanizmowi. Kler anglikański czynił Kościołowi katolickiemu zarzuty błędu i fałszu, a wszakże od tego Kościoła wziął Biblię, dlaczego by więc Kościół powszechny nie mógł się pomylić w przyjęcia niektórych części Pisma Świętego, dlaczego by miał się okazać sumiennym w jednej tylko rzeczy, tj. w przechowaniu nieskażonego Pisma świętego? Chrześcijanin „reformowany” może się tylko powoływać na kilka starych rękopisów, których wiek, stan, a zatem i powaga dosyć wątpliwe. Ile to omyłek zawiera pospolity grecki tekst, wspierający się właśnie na owych rękopisach, a przez protestantów wyżej od kościelnego stawiany! Podejrzewaniem i odrzuceniem starodawnego łacińskiego przekładu, osłabiono powagę samej Biblii, a początkująca dopiero krytyka, wobec mnóstwa wariantów, musiała głowę tracić.

Następnie Collins zwrócił swój oręż przeciwko podstawom chrystianizmu w dziele: „Discourse on the grounds and reasons of the Christian religion, in two parts” (O podstawach i dowodach religii chrz.), 1724, 1739. Tu usiłuje poddać krytyce proroctwa Starego Testamentu; zdaniem autora, cuda nie mogą służyć za dowód prawdy nauki chrześcijańskiej. Dalej rozbiera cztery czy pięć proroctw, które w alegorycznym tylko znaczeniu świadczyć mają o Chrystusie; Żydzi, według Collinsa, dopiero w ostatnich czasach przed Chrystusem zaczęli spodziewać się Mesjasza. Wreszcie, ponieważ uznawano powszechnie czystość i doskonałość moralności chrześcijańskiej, stara się Collins wykazać wiele jej ujemnych stron. Zadanie zaiste trudne. Wszakże znalazł on ogromny niedostatek jeden, który hańbić ma naukę chrześcijańską. „Epikur, mówi Collins, zasługuje na uwielbienie, z powodu wygłoszonej przez niego nauki o przyjaźni, która jest ze wszystkich cnót najwięcej Boską.

My chrześcijanie szczególną za to powinniśmy mieć ku niemu wdzięczność, gdyż nigdzie nasza religia nie żąda wyraźnie od nas spełniania tej cnoty. Wyrazu przyjaźń nie spotykamy nawet w Nowym Testamencie. Dzieło to miało wielki rozgłos i znalazło licznych przeciwników. Na odparcie tych przeciwników, Collins napisał jeden jeszcze traktat, także zwrócony przeciwko nauce chrześcijańskiej: “The scheme of literale prophecy considered in a view of the controversy occasioned by a late booh intitled: a discourse of a the grounds etc”., Lond. 1726. Autor dopomina się dosłownego tłumaczenia proroctw i dochodzi do wniosku, że żadne z nich nie sprawdza się na osobie Chrystusa. Zarazem wykłada wszystkie argumenty, jakie tylko zebrać mu się udało, przeciwko powadze księgi Daniela.

Pomimo pozorów erudycji, Collins jest bardzo powierzchownym badaczem i znawcą nauki chrześcijańskiej, co zresztą łatwo da się objaśnić, jeżeli zwrócimy uwagę na czasy, w których żył, i społeczeństwo, z którego czerpał swoje pojęcia o chrystianizmie. Protestantyzm, zerwawszy związek z przeszłością, stracił zmysł historyczny: istota życia, jego nieprzerwana ciągłość, przechowująca podanie z pokolenia w pokolenie, stały się dla niego niezrozumiałymi, zarówno jak żywa tradycja chrześcijańska. Protestantyzm prędzej lub później dojść musiał do odrzucenia cudów, głoszonych przez Ewangelię; nazwawszy bowiem legendą to, co podaje Kościół o cudach ludzi wybranych i świętych, cóż protestantyzm mógł wystawić w obronie nadzwyczajnych wydarzeń, opowiedzianych w samej Biblii? Czy tej samej broni, której „reformatorzy” używali przeciwko żywej tradycji Kościoła, nie można było zwrócić przeciwko faktom opowiedzianym w Piśmie Świętym? Protestantyzm wydając Pismo Święte na łup dowolnego tłumaczenia jednostek, tym samym podkopał wiarę w cuda. Jeżeli wszystko zależy od osobistego, podmiotowego rozumienia Biblii, cuda nie mogą w rzeczy samej niczego dowodzić. Wiara katolicka zaś w zupełnie odmiennym, w stosunku do cudów, znajduje się położeniu. Dla niej odwieczną prawdą jest to wszystko, czego rzeczywiście nauczał i co zalecał Zbawiciel. Pyta więc ona o to, co jest nauką Zbawiciela. Chodzi tu więc o to, aby być pewnym Bożego posłannictwa w opowiadającym poselstwo Boże. Cuda tedy bardzo naturalnie występują tu, jako pierwszorzędny znak Bożego uwierzytelnienia. Już to więc jedno pokazuje płytkość mniemania, jakoby Objawienie opierało się głównie na spełnieniu kilku proroctw Starego Testamentu. Do osoby Zbawiciela się odnoszą i z niej początek swój biorą wypadki, wychodzące w całych dziejach po za miarę rzeczy ludzkich. Nadto, Chrystusa własne proroctwa, trwałość i wzrost jego dzieła, w sposób z niczym porównać się nie dający, boskie znamiona tego Chrystusowego dzieła, najwyższa czystość, wzniosłość i prawda jego nauki i całej jego postaci, wreszcie, cały nieobliczony szereg faktów, wewnętrznych i zewnętrznych, dawnych i nowych, stałych i przechodnich, dokonywających się to w losach pojedynczych ludzi, to narodów, szereg faktów zbiegających w jednej osobie Zbawiciela i na nią wskazujących: wszystko to razem wzięte wytwarza przekonanie, któremu, pod względem jasności i głębokości, żadne inne równać się nie może. Deista nie tylko nie ma pojęcia o tym wielkim wewnętrznym związku wszystkich faktów, lecz nawet zbyt ciasno pojmuje znaczenie proroctw, jednej tylko z tych podstaw. Nie rozumiał on zupełnie perspektywy prorockich opisów, i tym się objaśnia jego alegoryczne wszystkiego tłumaczenie. Tłumaczenie zaś takie, jakkolwiek przypuszczalne do pewnego stopnia, z powoda pewnego wewnętrznego związku natury ducha, wszakże wyłącznie stosowane psuje znaczenie właściwe i podrywa podstawę wyrozumienia tekstu. Nadto, niepewność niektórych dat chronologicznych, a mianowicie w proroctwach Daniela, zdawała się Collinsowi być wielkim argumentem przeciwko religii chrześcijańskiej. I na tak ciasnych podstawach zwalczyć ją usiłował. Przyjrzawszy się uważniej doktrynom Cherburego i Collinsa, przekonywamy się, o ile dalej ten ostatni posunął się od swego poprzednika. Collins wyraźnie wypowiada wojnę chrystianizmowi i napada na główne jego podstawy. Pokazuje się to, między innymi, w przechylaniu się ku naturalizmowi, gdy wysławia Epikura i przecenia naturalne uczucie przyjaźni, któremu deista wyższą daje wartość od cnót chrześcijańskich, od duchowej miłości nieprzyjaciół. W Collinsie rozpala się już namiętny wstręt do chrystianizmu, nie dozwalający deiście ani należycie ocenić, ani pojąć zasad nauki chrześcijańskiej; nic tedy dziwnego, że nie chce on widzieć, jak Boski Mistrz nie tylko w słowach, lecz w najpiękniejszej rzeczywistości podniósł i uświęcił uczucie przyjaźni!

Deizm i deiści. Część 1.

CDN.



tagi: deizm  deiści 

rotmeister
30 grudnia 2018 11:08
1     533    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @rotmeister
30 grudnia 2018 11:36

Ja nie jestem pewien czy anglikanizm zapożyczył coś od Kalwina, czy raczej ten drugi od tego pierwszego

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować