-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Bitwa pod Wiłkomierzem 1435.

Bitwa pod Wiłkomierzem.

Józef Skrzypek, Bitwa nad rzeką Świętą. Studium historyczno-wojskowe. Przegląd Historyczno-Wojskowy 1938, t. 10.

 

 

 

Bitwa pod Wiłkomierzem, znana też jako Bitwa nad rzeką Świętą miała duże znaczenie dla Polski jak i Litwy. Mimo to nie doczekała się ona wielu opracowań. Jednym z niewielu jest artykuł Józefa Skrzypka pt. „Bitwa nad rzeką Świętą” zamieszczony w Przeglądzie Historyczno-Wojskowym.

 

 

W bitwie nad Świętą, zwanej także bitwą pod Wiłkomierzem albo Pobojskiem, starły się dnia 1 września 1435 dwie armie. Zasadniczy trzon jednej stanowili Polacy i Litwini, drugiej Litwini, Rusini i Krzyżacy. Jedna i druga strona reprezentowała pewne idee polityczne, a zwycięstwo na polu walki miało zapewnić jednej z nich możność realizacji swoich koncepcji. Była to za tym bitwa o charakterze politycznym odmiennym od innych. Nie chodziło tutaj o zabór terytorium względnie podbicie obcego kraju. Podłoże polityczne omawianej bitwy występuje silnie w okresie poprzedzającym bezpośrednią akcję i wskutek tego ma wpływ na sam przebieg bitwy, bardzo doniosły, oczywiście pośrednio. Bitwa jest jednym z aktów wojny domowej, prowadzonej na Litwie przez w. ks. Świdrygiełłę z w. ks. Zygmuntem Kiejstutowiczem, przy czym podłoże polityczne, wyjaśnia rolę posiłków zarówno polskich po stronie Zygmunta jak inflancko - krzyżackich po stronie Świdrygiełły. Analiza sytuacji politycznej tłumaczy, dlaczego posiłki krzyżackie były dość słabe a także dlaczego Zygmuntowi Luksemburskiemu, notorycznemu wrogowi Polski, przypadła w udziale rola zupełnie bierna.

Siedząc kolejne fazy rozwoju sytuacji politycznej odnosi się wrażenie, że bitwa nad Świętą była pierwszą próbą sil, po której mieli się zmierzyć Polacy, Krzyżacy i Zygmunt Węgierski.

Jak wynika ze źródeł, rozmiarami swoimi stanęła omawiana bitwa w rzędzie największych bitew środkowo - wschodniej Europy, stoczonych w dobie średniowiecza, zyskując nie mniejszy rozgłos niż bitwa nad Worsklą czy Grunwaldem.

Literatura historyczna, zarówno polska jak i obca, nie posiada specjalnego opracowania poświęconego samej bitwie. Natomiast okres czasu, na który data bitwy wypada, zwłaszcza pod względem politycznym, jest opracowany wyczerpująco w pracach przede wszystkim Kolankowskiego i Haleckiego. Specjalnie Kolankowski uchwycił i zestawił szereg momentów, wyjaśniających splot zagadnień polityki polsko-litewskiej i krzyżackiej na tle ówczesnych stosunków międzynarodowych. To też niejednokrotnie przyjdzie się na prace Kolankowskiego powoływać. Również studia Haleckiego nad tym okresem, a specjalnie nad postacią samego Świdrygiełły, rozjaśniają wiele ciekawych momentów. Ze starszych opracowań, poświęconych specjalnie wojnie ze Świdrygiełłą zanotować należy sumienne studium A. Lewickiego. W pracy tej poświęcił nawet Lewicki bitwie nad Świętą osobny rozdział, oczywiście ujęty pod kątem widzenia raczej politycznym. Opis samej bitwy zawarty jest w kilku zdaniach, bez jakiejkolwiek analizy źródeł nic mówiąc o posługiwaniu się mapą, nie może stanowić punktu wyjścia dla historyczno-wojskowego traktowania bitwy. W omówieniu pracy A. Lewickiego, należy wspomnieć o recenzji Szarłowskiego, który starał się umiejscowić pole walki w terenie na polach miejscowości Pobojsk. Wymienić tu należy jeszcze dwie pozycje z literatury, a mianowicie Stanisława Zakrzewskiego, referat na VI. Zjeździe Historyków Polskich na temat bitwy nad Świętą, oraz ustęp w ogólnej pracy Korzona Dzieje wojen i wojskowości. Referat Zakrzewskiego jest jedynie pobieżnym przeglądem źródeł i literatury do tematu z podkreśleniem ważności samego faktu. Pisany był zresztą w 500-letnią rocznicę raczej więc jako okolicznościowe studium. Ustęp poświęcony przez Korzona, bitwie nad Świętą jest również zamknięty w kilku zdaniach, bez wnikania i głębszego zastanawiania się nad przebiegiem bitwy.

Prócz tych kilku pozycji przy pisaniu niniejszego szkicu, posługiwać się musiałem kilkoma pracami, w tym wypadku o charakterze pomocniczym, bez których nie sposób jednak obejść się przy studiach historyczno-wojskowych w zakresie średniowiecza. Wymienić tu z obcych należy przede wszystkim prace Jahnsa i Delbrucka, a z polskich kapitalną pracę O. Laskowskiego Grunwald, w której autor zebrał bogaty materiał informacyjny odnośnie strategii, taktyki, uzbrojenia itp., stosowanych w Polsce w epoce średniowiecza. Podręcznik Dziewanowskiego zamyka wykaz prac, którymi się posługiwałem. Brak dotkliwy opracowań odczuwa się natomiast jeżeli chodzi o organizację i liczebność wojska litewskiego, tak że w tych kwestiach wszystkie przedstawienia mają charakter wybitnie hipotetyczny. Jest to zresztą luka historiografii polskiej, na którą wielu badaczy przy różnych okazjach zwracało wielokrotnie uwagę.

Źródła do samej bitwy nad Świętą nie są ani zbyt obszerne ani wyczerpujące, przeciwnie na wiele pytań nie dają zupełnie odpowiedzi. Z historiograficznych, najszerszy i najlepszy opis jest oczywiście u Długosz a, na którego też przekazie jest oparty w przeważnej części niniejszy szkic. O wiele krótszy i bardziej ogólny opis podaje latopis litewsko - ruski, którego najbardziej esencjonalnym stwierdzeniem jest fakt ,,że od wielu lat i od dawna nie byłe takiej bitwy na ziemi litewskiej”. Wiele światła dorzucają do opisów Długosza i latopisów dokumenty i listy. Szczególnie ważny jest tu list nieznanego bliżej prałata krakowskiego, pisany do prałata francuskiego przebywającego na soborze w Bazylei. Podaje on szereg ciekawych szczegółów, służących jako uzupełnienie bądź też rzucających odmienne światło na niektóre fragmenty bitwy. Relacja ta nie jest jednak tak wierna i pewna żeby się można na niej oprzeć bez zastrzeżeń. Przy bliższej analizie okazuje się, że powstała na podstawie kilku różnych opowiadań, które nie bardzo rozumiejący istotę rzeczy relacjonista pomieszał, lub wedle własnego uznania skombinował. Jakkolwiek list pisany jest z dużym patosem nie ma w nim zbytniej przesady, tak że w pewnych fragmentach można go traktować jako źródło pewne. Omawiając na tym miejscu jedynie ogólnie wiadomości źródłowe, stwierdzić należy, że zarówno Lewicki jak i Korzon, którzy znali przekaz Długosza, nie zwrócili uwagi na fakt wyraźnie przez niego podkreślony, że bitwa była stoczona w warunkach, kiedy część wojsk Świdrygiełły nie zdołała połączyć się z głównymi siłami.

Była to zatem, jak wynika z przekazu Długoszowego, bitwa zaskoczeniowa, przy czym ze strony polsko-litewskiej wykorzystane zostały wszystkie elementy terenowe, atmosferyczne i taktyczne. Omówieniem ich zajmiemy się w dalszym ciągu szkicu. Tutaj podkreślić raz jeszcze potrzeba, że z uwagi na szczupłość materiału źródłowego i braku literatury, studium niniejsze przynosi dość dużo hipotez, które oparte są na wnioskach wysuniętych po związaniu przekazu źródłowego z terenem i odtworzeniu realnych i istotnych warunków boju. Może największą trudność sprawia ujęcie cyfrowe liczby wojsk walczących po obydwu stronach. Skąpe dane źródłowe zupełnie nie pozwalają na jakieś pewniejsze określenie cyfr. Także i rozpiętość terenu bitwy nie pozwala wydedukować pewniejszego oparcia. W każdym razie z góry można stwierdzić, że porównanie z bitwą grunwaldzką co do liczb, nie może być poważnie brane w rachubę. Na polach Grunwaldu spotkały się armie o wiele silniejsze liczbowo.

 

Tło polityczne.

 

Współżycie Polski i Litwy na przestrzeni kilku wieków, to prócz wzajemnego wspomagania się przeciw wspólnym wrogom, także nieustanna walka przeważnie nie krwawa, o zasady współżycia, walka o stosunek Litwy do Korony.

Bitwa nad Świętą w swej głębokiej istocie, ma za podłoże konflikt państwowo - prawny, którego geneza sięga daty pierwszego aktu unii polsko - litewskiej. Konflikt ten, przechodzący stadia ostrego napięcia, z chwilą zawarcia ugody ostrowskiej między Jagiełłą z Witoldem uległ jakby zawieszeniu. Współpraca tych dwóch niepospolitych ludzi i osobisty ich wpływ bądź tłumiły, bądź onieśmielały różne odśrodkowe głosy i dążenia, jakie mogły się podnosić, zarówno wśród bojarów litewskich, jak przede wszystkim wśród panów rady, polskich. Na Litwie chęć uniezależnienia się od Polski, pod kątem widzenia zrzucenia supremacji polskiej, tkwiła obok stałej rywalizacji Giedyminowiczów z Kiejstutowiczami, zwłaszcza kiedy różni udzielni książęta zeszli do roli namiestników czy gubernatorów bądź wielkoksiążęcych, bądź królewskich. W Polsce natomiast szerokie sfery, biorące żywy udział w życiu państwa, a specjalnie koła magnatów małopolskich, stały na stanowisku interpretacji aktu w Krewię w sensie włączenia i wcielenia ziem litewsko-ruskich w organizm państwowy polski.

Te dwie przeciwne koncepcje, jak wyżej zaznaczono, za życia Jagiełły i Witolda, jakkolwiek tliły wiecznym ogniem, nie przybierały form otwartej walki. Rzecz uległa zmianie zaraz po śmierci Witolda. Wyjątkowe stanowisko jakie ten ostatni dzierżył na Litwie, zdaniem kół koronnych, nie miało już nikomu przypaść w udziale. Jagiełło natomiast, który obejmował z tą chwilą z powrotem godności W. Księcia, dążył do wyodrębnienia całego Wielkiego Księstwa Litewskiego ze składu Korony Polskiej, chcąc je zachować jako dziedzictwo swoje i swojego rodu. Pod jego tedy osobistą presją, panowie i kniaziowie litewscy obrali w. księciem Świdrygiełłę, najmłodszego brata Jagiełłowego. Bezsprzecznie wiele konfliktów, które następnie wybuchły między Polską a Litwą, znajduje swoje wytłumaczenie, oprócz oczywiście realnego układu sił politycznych także w osobie samego Świdrygiełły, natury nieopanowanej, bujnej, przechodzącej nawet w dzikość i okrucieństwo nierzadką zresztą w rodach wielkoksiążęcych Litwy. Nie można zapominać również i o tym, że sam Świdrygiełło spędził kilkanaście lat w więzieniach polskich, skazany jako niepoprawny burzyciel idei, którą jego wielki brat w życie wcielał. Przy wybuchowej i mściwej naturze Świdrygiełły, bez wątpienia żyła pamięć doznanych i urojonych krzywd, które chciał pomścić obojętne zresztą jaką drogą. Trudno bowiem inaczej wytłumaczyć wiele posunięć politycznych starego zresztą już księcia. Dla uzupełnienia tej ogólnie naszkicowanej sylwetki dodać należy jeszcze te rysy, które nas najwięcej mogą obchodzić, a mianowicie, że zdolności wojskowych, zdaje się, nie posiadał żadnych i wodzem w znaczeniu wojskowym nie był. Tak przynajmniej wypada go osądzić na tle tylu odniesionych przez niego porażek, a nawet klęsk przy czym nie ma żadnego poważniejszego zwycięstwa. Nie ulega też wątpliwości, że prócz politycznych względów w wyniesieniu go na stolec wielkoksiążęcy, grać musiał decydującą rolę sentyment braterski starego króla do swego najmłodszego brata.

Niemal nazajutrz po wyborze Świdrygiełły zjawiły się groźne konflikt o Podole, które szybko zdecydowały o wojnie Korony z Litwą. Mówimy tu o znanej tzw. wojnie łuckiej z 1432 r. zakończonej rozejmem, przy czym Podole zostało podzielone na dwie części polską i litewską. Pomijając przebieg tej kampanii, opracowanej zresztą w literaturze, przejdziemy do związków i sojuszów Świdrygiełły, które zapewniły mu pomoc w obchodzącej nas bitwie nad Świętą. Świdrygiełło wykazał bowiem na polu zjednywania i szukania sobie sprzymierzeńców dużą energię i rzutkość, które uwieńczone zostały sukcesami, tym bardziej, że ówczesna Polska, co bez przesady stwierdzić można, otoczona była wrogami, których łatwo zdołał pozyskać. Jednym z pierwszych jego sprzymierzeńców, to wojewoda mołdawski Aleksander, do niedawna lennik królewski, który spodziewał się zagarnąć w przyszłej wojnie Pokucie. Przymierze z chanem Uł-Achmetem, miało mu gwarantować spokój od południowego - wschodu i z tej samej strony grozić Koronie. Dobre stosunki z W. Nowogrodem i Pskowem zabezpieczały północ, zaś dążność do porozumienia z czeskimi husytami miała zamknąć klamrę od południa. Wprawdzie do porozumienia z Czechami nie doszło, ale na to miejsce zyskał Świdrygiełło nierównie potężniejszego sprzymierzeńca jakim był cesarz Zygmunt Luksemburczyk.

Prócz niego bowiem, nie licząc poparcia w ówczesnym świecie, miał gwarantowaną pomoc stałych sojuszników cesarza - Krzyżaków. Wymiana poselstw z Zygmuntem przyniosła Świdrygiellę obietnicę koronacji i nacisk cesarski na Zakon do zawarcia ścisłego sojuszu ze Świdrygiełłą. Nacisk taki był konieczny ponieważ, jakkolwiek Zakon bez wyjątku popierał wszystkie odśrodkowe ruchy na Litwie, obawiał się oficjalnie narażać na wojnę z Polską, która mogła się skończyć katastrofą może większą od Grunwaldzkiej. Wskutek zatem poleceń Zygmuntowych i nacisku, a nawet gróźb samego Świdrygiełły, zawarte zostało 19 czerwca 1431 zaczepno-odporne przymierze litewsko-krzyżackie. Porozumienie gwarantowało obopólną pomoc wojskową w wojnie każdego z kontrahentów. O zawarciu tego przymierza zawiadomił zaraz na drugi dzień Koronę sam Świdrygiełło. Pomoc krzyżacka przybrała wkrótce realny kształt podczas wojny łuckiej, która w niedługim czasie wybuchła. Krzyżacy, korzystając z zaangażowania się sił polskich na wschodzie, wykonali najazd dywersyjny na Dobrzyń i Kujawy. Napad ten, ofiarą którego padło wiele wsi i miasteczek zupełnie zniszczonych nie mówiąc o ludziach, wywołał ogromne oburzenie w Polsce, tym bardziej, że pokój między Polską i Krzyżakami wypowiedziany nie został. Stawała przed Polską konieczność nie tylko odwetu na Krzyżakach, ale także i załatwienia przeciągającego się konfliktu wewnętrznego, w którym być może nie wszystkie wysuwane ze strony polskiej postulaty były zupełnie słuszne.

Teraz jednak w obliczu jawnej zdrady i namacalnego związku Świdrygiełły z Zakonem, ustąpić musiały i te polskie czynniki, które się opowiadały za Świdrygiełłą. Kiedy więc zobaczono i przekonano się w Polsce a także i na Litwie, że niemożnością jest zerwanie związków Świdrygiełły z Krzyżakami, został wykonany zamach w konsekwencji którego na tronie wielkoksiążęcym znalazł się Zygmunt Kiejstutowicz, najmłodszy brat Witolda. Świdrygiełło zdołał umknąć przed zamachowcami i oparł się w Połocku. Z tą chwilą uległa tez podziałowi faktycznemu Litwa, gdyż w rękach Zygmunta, który jakkolwiek uważał się za W. Księcia znalazło się jedynie Wilno, Troki. Grodno, Kowno i Brześć, a więc Litwa właściwa prócz Podlasia i Żmudzi. Natomiast ziemie południowo-wschodnie a więc ruskie, jak wschodnie Podole, Wołyń, Kijów, Siewierszczyzna, Smoleńsk, Połock, Witebsk, Tuła, Wiaźma, Mścisław i inne zostały w rękach Świdrygiełły. Stan podziału, który się zatem utrzymał, dawał Świdrygielle dość dużą potęgę materialną, nie mówiąc o prawnych tytułach, które nadal przy nim zostawały.

Nowy wielki książę nie był też specjalnie wybitną postacią. Za życia Witolda był pod jego opieką i dzielił z nim wszystkie koleje burzliwego żywota. Podczas tzw. drugiej zdrady Witolda i ucieczki jego od Krzyżaków, a następnie ugodzie ostrowieckiej został Wtrącony do więzienia krzyżackiego gdzie przebywał lat sześć, aż go układ saliński uwolnił. Towarzyszył Witoldowi w jego wyprawach wojennych, a z nad Worskli w ucieczce szukał ratunku. Był pod Grunwaldem i w powstaniach żmudzkich, szedł z hufcami Witolda na wschód, lecz zawsze w rolach dosyć skromnych. Nie wykazał, jak się zdaje, wybitniejszych talentów wojskowych, a i w polityce nie brał żadnego intensywniejszego udziału. Uposażeniem jego był Starodub.

W ramach naszego szkicu nie leży opisywanie postanowień politycznych ze strony Polski w stosunku do nowego stanu jaki zaistniał na Litwie. Cel główny, a więc rozerwanie porozumienia krzyżacko-litewskiego został niezupełnie wprawdzie, ale częściowo osiągnięty. Jednakże niezupełne zlikwidowanie Świdrygiełły było przyczyną szeregu zaburzeń i wojny domowej trwającej przez lat kilka. Świdrygiełło postanowił praw swoich dochodzić z bronią w ręku. Już w listopadzie 1432 r. podjęta została przeciwko Zygmuntowi kampania, którą rozpoczął na Podolu już przedtem Fedko Nieświeski. Miało to na celu zaangażowanie sił polskich na południu, lecz spodziewanego rezultatu nie przyniosło, a nawet przeciwnie - zakończyło się klęską mimo posiłków mołdawskich i tatarskich. Po opanowaniu całego Podola także i część Wołynia przeszła w ręce polskie. Także niepowodzeniem skończyła się główna operacja Świdrygiełły na Wilno i Troki. W bitwie pod Oszmianą (9 XII) Świdrygiełło poniósł klęskę od wojsk Zygmuntowych i oparł się po raz drugi w Połocku. Lecz to co utracił na polu bitwy odzyskał w inny sposób, jeżeli chodzi o tereny południowe. Wskutek zdrady Aleksandra Nosa odzyskał Łuck, a ugoda zawarta ze starostami koronnymi na Podolu gwarantowała mu spokój z tej strony do końca 1433 r. Ten stan rzeczy pozwolił mu na przedsięwzięcie wielkiej wyprawy przeciwko Zygmuntowi właśnie na r. 1433. W lecie 1433 r. główne siły Świdrygiełły, połączywszy się pod Brasławiem z posiłkami inflanckimi pod dowództwem mistrza Kerskorfa, poszły stąd w kierunku na Oszmianę pod Troki. Lecz zaledwie po kilkudniowym oblężeniu Trok, ruszył Świdrygiełło na Lidę prawdopodobnie w celu połączenia się z wojskami, które od południa szły pod Fedkiem Nieświeskim, Nosem i Jurszą.

Ten marsz wojsk wołyńsko - podolskich został jednak powstrzymany pod Kłeckiem przez wodza Zygmuntowego kniazia Olelkę. Równocześnie wybuchła w wojsku Świdrygiełły zaraza, która łącznie z silnymi deszczami uniemożliwiła poważniejsze operacje. Zawiodło także wystąpienie Krzyżaków przeciw Polsce. Tak więc przygotowywana z dużym nakładem sił kampania 1433 r. nie dała rezultatu. Świdrygiełło rozpuścił wojska, a sam udał się do Kijowa. Główną jednak przyczyną jej nieudania byli Krzyżacy, na których wystąpienie Świdrygiełło liczył z pewnością. Nie mogło ono jednak nastąpić z powodu uprzedzenia przez uderzenie polskie. W odwecie bowiem za niespodziewaną i niszczycielską wyprawę krzyżacką z 1431 r. silne oddziały polskie uderzyły na Nową Marchię i Pomorze. Przerażony Zakon, nie śmiejąc nawet myśleć o walce w otwartym polu, przyjąć musiał podyktowane warunki zawieszenia broni, które poprzedziły podpisany w grudniu dwunastoletni rozejm. Jakkolwiek podpisany rozejm miał objąć Świdrygiełłę i Zygmunta, ten ostatni sprzeciwił się temu stanowczo, rozumując, że w takim wypadku los jego byłby przesądzony. Tego samego roku uderzył na Mścisław i w krótkim stosunkowo czasie powetował te niepowodzenia, które poniósł w lecie. Odzyskał szereg mniejszych grodów, lecz do wyparcia Świdrygiełły z ziem ruskich był za slaby. W ogólnej ocenie jednakowoż rok 1433 kończył się bilansem dodatnim dla Zygmunta. Świdrygiełło, mimo lokalnych i czasowych sukcesów, zasadniczych zwycięstw nie osiągnął. Chwycił się przeto Świdrygiełło innych środków, a mianowicie usiłował zerwać łączność Zygmunta z Koroną, a więc go izolować a następnie pobić. Być może liczył w tym wypadku na samego Jagiełłę, który do końca prawie swoich dni starał się doprowadzić go do zgody z Koroną. Jednakże akcja Świdrygiełły skończyła się fiaskiem, a rychła śmierć Jagiełły (1 VI 1434) tym bardziej podcięła te zamysły. Z tą chwilą także i polityczna sytuacja na Litwie uległa zmianie, kiedy po wyborze syna i następcy Władysława na tron polski - chodziło o złożenie nowemu królowi hołdu przez w. księcia Litwy. Obowiązku tego dopełnił Zygmunt, natomiast ze strony Świdrygiełły nie było o tym mowy. W ten sposób Korona wchodziła w swe całkowite obowiązki nie tylko uznania Zygmunta, ale także i jego obrony. Na razie jednak na skutek walk stronnictw w Koronie - Zygmunt zdany był na własne siły, i też cały rok 1434 trzymał się w defensywie. Mimo nowej wyprawy Świdrygiełły, podjętej znowu łącznie z Zakonem Inflanckim, sukcesów żadnych nie odniesiono, a to zarówno z powodu klęski oddziałów inflanckich na Żmudzi jak też szybkiego zakończenia kampanii przez samego Świdrygiełłę. Zmusiły go do tego wypadki politycznej

natury, wybuchłe zamieszki na jego ruskich obszarach, które mogły podważyć jego panowanie.

Pięcioletnia walka na Litwie, nie tyle krwawa ile niszczycielska, nie złożenie przez Świdrygiełłę homagium nowo wybranemu królowi, wreszcie jego związki z Krzyżakami zadecydowały o stanowczej z nim rozprawie, co do której zapadły

postanowienia w Koronie zaraz z początkiem 1435 r.

 

Przygotowania wojenne polsko – litewskie.

 

 

Kiedy w Koronie zapadła stanowcza decyzja rozprawy orężnej ze Świdrygiełłą, podjęli Polacy energiczne przygotowania wojenne w celu wysłania w pomoc Zygmuntowi takiego korpusu, który by zdecydował o klęsce Świdrygiełły. Początkowo wyprawa litewska pomyślana była na wielką skalę i wziąć w niej miało udział cale rycerstwo polskie. W toku jednak rozwijających się wypadków sprawy wzięły inny obrót i na Litwę wyszedł korpus Jakuba Kobylańskiego, który według pierwotnych planów stanowić miał przednią część wszystkich sił.”) Na takie postanowienie Polaków wpłynęło zachowanie się Zakonu pruskiego z wielkim mistrzem Russdorfem na czele Od kiedy bowiem przygotowania polskie rozpoczęły się gorączkowym tempem i kiedy już kampania była właściwie zaczęta, przesunął wielki mistrz swoje zmobilizowane oddziały nad granicę polską, grożąc każdej chwili wkroczeniem swoich sił zbrojnych. Nie mogli przeto Polacy ogołocić zachodnie swoje kresy z wojsk.

 

W tym też duchu zapadły uchwały na zjeździe w Piotrkowie, postanawiające, że poza korpusem Kobylańskiego żadne inne siły na Litwę nie zostaną wysłane. W. mistrz, który wysłał groźne listy do Polski z powodu Puchały, który dokonał jakichś zniszczeń w ziemiach zakonnych, osiągnął ten skutek, ze Zygmunt nie otrzymał ze strony Polski tak wielkich posiłków jakich się można było początkowo spodziewać. Ta dywersja polityczna, poparta gotową siłą zbrojną, nie była jednak czczą pogróżką. Wielki mistrz nosił się z zamiarem wojny z Polską do czego zobowiązywały go traktaty zawarte ze Świdrygiełłą, lecz równocześnie powstrzymało go niezrozumiałe i niejasne stanowisko cesarza Zygmunta. Sam cesarz Zygmunt bowiem miał również wkroczyć do Polski od południa i w ten sposób wielki plan Świdrygiełły mógł się dla Polski skończyć katastrofą. Więc wielki mistrz czekał po prostu na hasło cesarza Zygmunta, stojąc w pogotowiu. Tymczasem na dworze cesarskim pracowała dyplomacja polska, której zadaniem było niedopuszczenie do wystąpienia cesarza. Wysłannicy królewscy istotnie zdołali osiągnąć poważny sukces, nie tylko przez to, że wstrzymali cesarza od bezpośredniego wystąpienia przeciw Polsce, ale co więcej przez umiejętne i zręczne przedstawienie sprawy wpłynęli pośrednio na instrukcje cesarskie dla wielkiego mistrza, z których ten, nie mogąc zorientować się w istotnych zamierzeniach cesarza, pozostał biernym świadkiem w rozgrywającej się kampanii.

Jakkolwiek więc ta część sił polskich, która miała również wyruszyć na Litwę za korpusem Kobylańskiego, została na zachodniej granicy państwa, nie wynikła stąd żadna szkoda dla wojsk polsko-litewskich nad Świętą. Natomiast zachowanie się wielkiego mistrza i cesarza miało doniosły wpływ dla strony przeciwnej. Nie mówiąc już, że w ten sposób zwichnięty został zasadniczy plan równoczesnego uderzenia z trzech stron, to także bezpośredni brak pomocy ze strony wielkiego mistrza na polu bitwy przyczynił się do klęski Świdrygiełły. Ze strony polskiej pojawiły się pewne tendencje zmierzające do uderzenia na Zakon, jednakowoż nie przybrały one realniejszych kształtów. Tak więc niezależnie od głównego teatru wojny, zmasowane zostały nad granicami polsko-krzyżackimi, wojska i polskie i krzyżackie, między którymi do starcia nie doszło.

Stan ilościowy korpusu Kobylańskiego nie jest dokładnie znany. Jedynie dwa źródła podają cyfry, jednakowoż różniące się między sobą wybitnie. Wspomniany już anonimowy duchowny w liście do francuskiego prałata podaje, że posiłki polskie liczyły 12.000 jeźdźców, nie licząc tych załóg polskich, które stały w miastach na Litwie. Natomiast latopis notuje, że król dał wielkiemu księciu Zygmuntowi jako pomoc 800 kopii. Inne źródła, a nawet Długosz, określają siły Kobylańskiego jako „wielkie” albo „potężne”. Literatura przedmiotu poszła przeważnie za przekazem anonima i przyjęła cyfrę 12.000 ludzi dla korpusu polskiego. Cyfra ta jest oczywiście stanowczo za wysoka. Anonim prawdopodobnie umieścił ją dowolnie, lub być może z niedokładnej relacji o liczebności całego wojska Zygmuntowego przeniósł cyfrę na korpus polski. Jeżeli się bowiem zważy, że Kobylański szedł niejako w przedniej straży, mających wyjść z Korony wojsk polskich do Litwy, to liczba 12.000 od pierwszego rzutu oka wydaje się niewspółmierna. Odpowiada natomiast prędzej podana przez latopis liczba ośmiuset kopii. Jeżeli się weźmie pod uwagę, że „kopia” to przy podziale i organizacji ówczesnego wojska najmniejsza jednostka, składająca się z kilku ludzi przy czym najmniejsza „kopia”, to co najmniej trzech ludzi, jasnym jest, że 800 kopii nie jest jednoznaczne z ośmiuset jeźdźcami jak to niektórzy próbowali tłumaczyć. W Polsce stan liczbowy kopii nie był stały, i zależał przede wszystkim od sytuacji majątkowej rycerza, nie mniej nie był nigdy niższy od 3 ludzi biorących udział w boju. Jeżeli za tym przyjmiemy dla korpusu Kobylańskiego przeciętną 5 ludzi na kopię, otrzymamy liczbę 4.000 ludzi, odpowiadającą najbardziej rzeczywistości. Liczba ta, jak na średniowiecze nie jest zupełnie mała, a nawet przeciwnie, była zaś wystarczająca nie tylko do pomocy ale i do samodzielnych zadań i rozstrzygnięć.

Gdzie odbywała się koncentracja korpusu Kobylańskiego przed wyruszeniem na Litwę nie wiadomo. Prawdopodobnie jednak gdzieś na Lubelszczyźnie lub Chełmszczyźnie z uwagi na to, że wojsko składało się z rycerstwa przede wszystkim małopolskiego w nieznacznej zaś części z wielkopolskiego. Korpus polski składał się wyłącznie z jazdy i to, jak się zdaje, niezupełnie ciężko - zbrojnej. Tak przynajmniej sądzić należy ze słów Długosza, opowiadającego o półnagich Polakach i Litwinach, przy czym oczywiście półnagość rozumieć należy jako brak całkowitej zbroi. W jaki sposób i w jakim stopniu na uzbrojenie wojska polskiego w bitwie nad Świętą wpłynęły doświadczenia bitew pod Nikopolis, a zwłaszcza Grunwaldem, trudno osądzić. Nie ulega zdaje się wątpliwości jednak, że po grunwaldzkiej potrzebie całkowita ciężka zbroja rycerska ustąpiła konieczności uzyskania od mas jazdy większego ruchu, szybkości uderzenia, a tym samym zdolności manewrowania, co przy pokryciu konia i jeźdźca żelazem było niepodobieństwem. Prawdopodobnie pełną zbroję wyparł półpancerz u rycerza, - zaś koń stracił zupełnie swoje żelazne okrycie. Zmniejszenie ciężaru i większa swoboda ruchów miało decydujący wpływ podczas bitwy zwłaszcza na terenie podmokłym. Niemniej jednak główną bronią zaczepną w jeździe pozostała nadal kopia, która przy uderzeniu pędem oddawała o wiele większe usługi niż przy użyciu jedynie siły ramienia. Nie ulega też wątpliwości, że korpus Kobylańskiego składać się musiał z doborowego rycerstwa, skoro taki znawca jak Zygmunt Korybutowicz jeszcze przed bitwą stawiał go wyżej pod względem bojowym od reprezentacyjnych błyszczących zbroją hufców inflanckich. W ślad za częściową zmianą uzbrojenia, musiała też ulec pewnej zmianie sama taktyka bitwy. Miejsce długiej prostej linii z dość znacznymi odstępami pomiędzy poszczególnymi jeźdźcami, zajęły oddziały więcej zwarte rzucane do bitwy w miarę potrzeby. Dawało to dowódcy możliwość stosowania zasady ekonomii sił, a przez stopniowe wprowadzenie oddziałów, wykorzystywania maksymalnego sił własnych, jak też zmęczenia fizycznego i moralnego sił przeciwnika.

 

Kobylański na czele korpusu wymaszerował do Wilna, gdzie naznaczona była ogólna koncentracja wszystkich wojsk, które miały ruszyć przeciw Świdrygielle.

Wojska Zygmunta gromadziły się w Wilnie, gdzie naznaczone było miejsce koncentracji. Składało się ono z oddziałów litewskich i żmudzkich. Większą część jego stanowiła tak samo jazda, musiała jednakże być i piechota, choć o udziale jej w źródłach głucho zupełnie. Nie odegrała też właściwie żadnej roli. Określenie liczebności wojska litewskiego jest niezmiernie trudne, zarówno dlatego, że źródła nie podają pod tym względem najmniejszej wskazówki, jak też i dlatego, że nie znamy bliżej jego ustroju ani organizacji. Wojsko litewskie wzorowało się niewątpliwie na krzyżackim i polskim. Wyraźnie daje się odróżnić dwie formacje kawalerii, ciężką, podobną do zachodniej i lekką bez pancerza, zbrojną w sulice czy rohatyny. Mobilizacja tyczyła się książąt i bojarów, z których każdy obowiązany był zjawić się z pocztem ludzi, uzbrojonych i zaopatrzonych w żywność. Absolutna władza wielkiego księcia i żelazna ręka zastępowały tutaj braki wynikłe z nieistniejącej lub będącej w zawiązku administracji wojskowej i aparatu wojskowego. Utrudnia obliczenie również brak danych co do gęstości zaludnienia całej Litwy, Żmudzi i Rusi, jak też i poszczególnych powiatów. Biorąc pod uwagę obliczenie Laskowskiego, dokonane nad wojskiem litewskim w okresie Grunwaldu, jak również i dane Korzona, a zwłaszcza jego wyliczenia z pierwszej połowy XVI w., można hipotetycznie przyjąć, że najskrupulatniejsza mobilizacja, przeprowadzona przez Zygmunta, nie dała mu więcej jak około 6.000 ludzi razem z zaciężnymi jednak bez wliczania załóg polskich. Trzeba bowiem pamiętać, że Zygmunt władał tylko Litwą właściwą, więc wypośrodkowana cyfra 6.000 jest maksymalną.

Z przyjętej liczby 6.000, musiał Zygmunt wydzielić jeszcze załogi, przede wszystkim dla Wilna i Trok, które miały na wypadek przegranej stanowić punkty oporu i schronienia. Przypuszczalnie obsadził je tysiącem ludzi - więc w

rozporządzeniu pozostawałoby mu 5.000.

O taktyce wojska litewskiego także nie wiele da się powiedzieć. Przy przewadze jednakowoż lekkiej jazdy, zdatniejszej do użycia przy walkach na wschodzie, czy to z Rusią czy Tatarami, taktyka z natury rzeczy przewidywać musiała uderzenia jazdy cwałem w szyku giętkim przy podziale całego wojska na szereg oddziałów. Biorąc ten wzgląd pod uwagę również hipotetycznie przyjąć możni, że w wojsku Zygmunta przewaga była po stronie jazdy lekkiej, reprezentującej element ruchliwszy i bardziej wytrzymały.

Do wojsk Zygmunta i sił Kobylańskiego, skoncentrowanych w rejonie Wilna, dołączyły częściowo i polskie załogi, pozostające stale w niektórych zamkach litewskich. Liczbę tych załóg podaje anonim na 3.000 koni. Również i tutaj cyfra wydaje się za wysoka, lecz i jej kontrola jest niemożliwa. Nieprawdziwym natomiast wydaje się fakt, ażeby na rozkaz Kobylańskiego pełne załogi złączyły się z jego oddziałem. Nie mógł na to pozwolić i sam Kobylański, a także i nawet przede wszystkim Zygmunt, który, jak pisze Długosz, obawiał się swoich Litwinów. Można przypuścić, że załogi te zostały osłabione i kilkaset koni Kobylański ściągnął do siebie, lecz ilość ich nic wpłynęła zasadniczo na liczebność wojska. Sumując wszystkie przyjęte cyfry otrzymujemy, że połączone wojska polsko-litewskie wynosiły: korpus Kobylańskiego 4.000, uzupełnienie z polskich załóg na Litwie 500 ludzi, oddziały litewskie ze żmudzkimi i zaciężnymi 5.000, czyli razem 9.500 ludzi, jako cyfra maksymalna. Była to armia przede wszystkim konna, mogąca liczyć najwyżej kilkuset piechoty bez wyraźnego przydziału, raczej do robót obozowo-saperskich niż do działań bojowych.

Duch w tej świeżo utworzonej armii polsko-litewskiej panował dobry. Szczególniej Polacy, spodziewając się starcia z Krzyżakami, chcieli im odpłacić za doznane napady. W podtrzymaniu gotowości bojowej wśród Litwinów, widział Zygmunt swój ostateczny ratunek. Los jego zawisł bowiem od wygranej.

Przygotowania Świdrygiełły.

 

Wiadomości o dużych przygotowaniach wojennych w Polsce, a także w Zygmuntowej Litwie, kazały Świdrygielle wytężyć własne siły aby w nieuchronnej już rozprawie orężnej zwyciężyć. Prócz własnych sił, liczył Świdrygiełło przede wszystkim na pomoc Zakonu pruskiego, a także inflanckiego, oraz na cesarza Zygmunta. Plan kampanii 1435 r. przeciw Zygmuntowi i Polsce przewidywał działanie na trzech frontach; litewskim - gdzie wystąpić miał Świdrygiełło z posiłkami inflanckimi, pomorskim - na którym miały wystąpić wojska krzyżackie, wreszcie na froncie południowym miał wtargnąć w granice Polski, cesarz Zygmunt. Plan ten do skutku w całej swojej rozciągłości nie doszedł. Zawiódł przede wszystkim zupełnie cesarz, którego dyplomacja polska zdołała odpowiednio urobić, a być może nowe koncepcje w głowic ruchliwego Luksemburczyka, oderwały jego uwagę od poprzednich postanowień. Być może również, że nie życzył sobie zbytniego wzmocnienia Zakonu które by nastąpiło po wygranej, dość że z jego strony nie nastąpiła żadna czynna akcja. Zakon krzyżacki, który, jak widzieliśmy, skoncentrował swoje wojska nad granicą polską, zdezorientowany stanowiskiem i instrukcjami cesarza, jakkolwiek odciągnął gros sił polskich od terenu litewskiego, również pozostał bezczynny. Pozostawał zatem Świdrygiełło z Zakonem inflanckim.

Na miejsce koncentracji do swoich wojsk wyznaczył Świdrygiełło Witebsk, przy czym jako termin przyjąć należy pierwszą połowę lipca. Zachodzi teraz pytanie, jaką siłą dysponował Świdrygiełło. Według źródeł miał się składać trzon jego wojska przede wszystkim z wojsk ruskich, posiłki tatarskie stanowiły prawdopodobnie pomoc liczebnie dość słabą. Zupełny brak wskazówek źródłowych uniemożliwia ściślejsze obliczenie, jedynie na podstawie porównania można przyjąć, że siły Świdrygiełły wynosiły około 6.000 ludzi bez Tatarów. Jeżeli chodzi o tych ostatnich, to liczba ich z pewnością nie przenosiła

500 wojowników.

Uzbrojenie i taktyka wojsk Świdrygiełły nie różniła się zupełnie od uzbrojenia i taktyki wojsk litewskich Zygmunta. Odmienną taktykę a także i uzbrojenie posiadali natomiast Tatarzy. W bitwie jednak nie odegrali oni wybitniejszej roli prawdopodobnie wskutek niesprzyjających warunków, o czym wspominamy przy opisie samej bitwy. W każdym razie reprezentowali Tatarzy element ruchliwy, jako jazda lekkozbrojna a posługując się łukiem stanowili ówcześnie także poważną silę „ognia”. Głucho natomiast w źródłach o posiłkach mołdawskich, więc prawdopodobnie ich nie było. Obliczając siły Świdrygiełły wraz z posiłkami tatarskimi, które zgromadziły się pod Witebskiem, przyjmujemy dla nich liczbę maksymalną 6 500 ludzi. Była to, podobnie jak polsko-litewska, armia konna. Na jej czele gdzieś po 20 lipca wyruszył Świdrygiełło w kierunku na Brasław, gdzie miało nastąpić spotkanie i połączenie z wojskami Zakonu inflanckiego, z którymi szedł Zygmunt Korybutowicz.

Gałąź inflancka Zakonu krzyżackiego z mistrzem Kerskorfem na czele przygotowywała się do kampanii litewskiej bardzo starannie. Wzorem tradycyjnych „rejz” krzyżackich wyszły liczne zaproszenia do rycerstwa zachodniego, którego udział był też dość duży. Oczywiście, że nie można ustalić ich liczby, można jednak przyjąć, że cyfra 100 „gości” była realną. Jakie siły wystawił sam Kerskorf także nie wiadomo. Przypuszczać wolno, że nie przekraczały liczby 500 rycerzy. Prócz gości i rycerzy zakonnych, w skład posiłków weszły wojska zaciężne, ćwiczone przez Zygmunta Korybutowicza. Sam Korybutowicz jeszcze w sierpniu 1434 r. zjawił się u wielkiego mistrza w Malborku i wysłany został co prędzej do Inflant z poleceniem Russdorfa aby go Kerskorf nie puszczał od siebie, dopóki nie zostanie ta sprawa wspólnie zdecydowaną. Ten pośpiech w wysłaniu Korybuta z Prus do Inflant tłumaczy się obawą wielkiego mistrza przed cesarzem, z którym Zygmunt długie lata walczył w Czechach. Wysłany do Inflant pozostawał tam Zygmunt przez cały rok i będąc na żołdzie krzyżackim, uczył zaciężnych żołnierzy wojny na sposób husycki wypraktykowany w Czechach, a mianowicie słynnej walki taborem. Ponieważ właśnie też w bitwie nad Świętą ten sposób walki został zastosowany, musimy choć w krótkości z nim się zapoznać.

Jeżeli nie wynalazek, to w każdym razie odnowienie i ulepszenie walki taborowej, należy się wielkiemu organizatorowi i wodzowi husytów czeskich, Janowi Żiżce. Konieczność zabezpieczenia mas chłopskich walczących pieszo, niedostatecznie uzbrojonych przed atakami konnego i dobrze uzbrojonego rycerstwa, doprowadziła go do zużytkowania jako zasłony i przeszkody wozów taborowych, które dotychczas używane były jedynie do wożenia żywności i zbroi. Od czasów Żiżki te wozy zamienione zostały na ruchome fortece z pomocą której rozbijał hufce zbrojnego rycerstwa przy minimalnych stratach własnych. Tabor składał się z wozów czterokonnych, zaopatrzonych w łańcuchy za pomocą których spinano je na przedzie i z tyłu, celem uniemożliwienia rozerwania przez atak nieprzyjaciela. Na każdym wozie znajdowała się broń palna, działa bądź rusznice obsługiwane przez kilku ludzi umiejących strzelać. W marszu tabor posuwał się dwoma a czasem czterema rzędami wozów, przy czym piechota szła w środku, mając w ten sposób ochronione boki. Przy zataczaniu obozu tabor opasywał wojsko poczwórnym rzędem wozów, w którym zostawiono dwie bramy dla wypadu chronione silną strażą. Podobny szyk przybierał tabor na polu bitwy. Jak wynika z przedstawienia, główna siła taboru polegała na dużej, jak na owe czasy sile ognia, który choć nie bardzo częsty i celny, wywierał duży wpływ moralny na nieprzyjaciela, zwłaszcza jazdę. Budowa wozów często krytych blachą, przystosowana była, rzecz oczywista do tego celu. Ważnym było także i to, że tabor mógł się poruszać na samym polu bitwy, tworząc niejako ruchomą fortecę. W walce z jazdą był tabor przeszkodą nadzwyczaj ciężką i prawie nie możliwą do zwalczenia. Jazda nic mogła ani przeskoczyć wozów ani rozerwać łańcuchów, podczas, gdy piechota skryta wśród i za wozami raziła ją dzidami i inną bronią zaczepną, nie mówiąc o broni palnej. Do zdobywania taboru lepiej nadawała się piechota zwłaszcza w atakach nocnych.

Walkę taborem znamy dokładniej z czasów późniejszych XVI i XVII w., z rozlicznych walk Polaków i Kozaków z Turkami i Tatarami. Jakie zaszły zmiany w taktyce taborowej przez cały wiek trudno powiedzieć. Z polskich doświadczeń wiemy, że chroniła się w taborze również i jazda i że czasem umacniano tabor okopami ziemnymi.

W bitwie nad Świętą w taborze Zygmunta Korybutowicza znalazły się wojska zaciężne, przeszkolone przez niego według nowych wzorów walki. Była to piechota, zbrojna w piki i żelazem kute cepy, oraz działa i rusznice umieszczone na wozach. Liczebność jej nie jest podana w źródłach. Przyjąć można, że cyfra tej otaborowanej piechoty nie przekraczała 1500 ludzi (maksymalna) przy czym tabor musiał liczyć około 300 wozów. Sumując liczbę wojska krzyżackiego, przyjmujemy, że mistrz Kerskorf skoncentrował gości wraz z rycerstwem zakonnym w liczbie 600 kopii, co w przeliczeniu przy przyjęciu rozdzielnika 5 ludzi na kopię dało 3.000 ludzi. Doliczając wojska zaciężne pod komendą Zygmunta Korybutowicza w ilości 1.500 ludzi, otrzymujemy cyfrę 4.500 ludzi z przewagą jazdy. Jeżeli porównamy liczbę posiłków polskich z inflanckimi, to widzimy, że były one prawie równe co do liczby, natomiast zachodziła różnica co do ich jakości. Niewątpliwie nieprzyjacielska piechota, walcząca taborem, stanowiła przeciwnika bardzo groźnego. Jakkolwiek przy walce taborem, piechota traciła w dużym stopniu charakter zaczepny, to jako środek obronny tabor wyczerpywał siły przeciwnika tak dalece, że następne uderzenia jego jazdy decydowało o wygranej. Jeżeli chodzi o rycerzy-gości i samych zakonnych, to pod względem uzbrojenia stanowili typową dla średniowiecza ciężko zbrojną jazdę.

Na miejsce połączenia się wojsk Świdrygiełły z posiłkami inflanckimi, wyznaczony był Brasław, dokąd wyruszył na czele wszystkich wojsk mistrz Kerskorf. Kiedy nastąpiło spotkanie i połączenie obu armii nie da się ściśle oznaczyć, przyjąć jednak można, że około 20 sierpnia. Tutaj pod Brasławiem zapadły też prawdopodobnie ostateczne decyzje i został przyjęty ogólny plan kampanii. Jakkolwiek nie zachował się żaden przekaz źródłowy, z kierunku marszu można wywnioskować, że przyjęty plan przewidywał zdobycie zarówno Trok jak i Wilna. Jest bardzo prawdopodobnym, że Świdrygiełło nie spodziewał się wystąpienia Zygmunta w otwartym polu, a jeżeli były przewidywania bitwy, to prędzej spodziewano się jej stoczenia w rejonie Trok i Wilna. W konsekwencji przyjętego planu nakazano też wojsku marsz w kierunku na Wiłkomierz i Wilno-Troki. Zaraz też po dwudziestym sierpnia tuszyły wojska Świdrygiełło we w nakazanym kierunku.

Jedna z bardzo ważnych, a niezupełnie jasnych spraw, to kwestia dowództwa zarówno w armii polsko-litewskiej jak i połączonych wojsk Świdrygiełły i Zakonu inflanckiego. Jeżeli chodzi o wojska polsko-litewskie, to istnieją dwie różne wersje źródłowe. Jedna, to informacja anonima, który podaje, że dowództwo naczelne sprawował syn wielkiego księcia Zygmunta - Bolesław, zwany Michałuszką, druga to przekaz Długosza opowiadającego, że wodzem naczelnym połączonych wojsk był Jakub Kobylański i on też kierował samą bitwą. Literatura poszła też przeważnie za wiadomościami anonima, mimo że przekaz Długoszowy w tej części nie nasuwa żadnych podejrzeń i można go zupełnie śmiało uznać za wiarygodny. Podaje mianowicie Długosz, że Zygmunt Kiejstutowicz wyruszył z połączonym wojskiem do Trok „gdzie zostawił syna swego Michała” wszystko zaś wojsko litewskie oddał pod zarząd i dowództwo Jakubowi z Kobylan. Nie można w tym wypadku podejrzewać Długosza, że chciałby ze względów szowinistycznych forsować Kobylańskiego, tym bardziej, że pisał o bitwie w niedługi czas i na pewno o osobie dowódcy był dokładnie poinformowany. Zgadzałaby się także informacja o pozostawieniu Michała w zamku trockim na czele załogi, który był bodaj najważniejszą i najsilniejszą twierdzą litewską.

Musiał Zygmunt zarówno ze względu na siebie, jak i na syna Troki zachować, a przy niechęci dużej części Litwinów do siebie, a zwłaszcza w wypadku przegranej, mógł łatwo Troki stracić. Stąd wydaje się zupełnie słuszne, że komendę nad zamkiem objął jego syn. Odpada też osoba samego Zygmunta, który, jak już wyżej powiedzieliśmy, wodzem nie był ani też, zdaje się, w tym kierunku nie przejawiał aspiracji. Pozostawał przeto tylko sam Kobylański. Przemawiały za jego naczelnym dowództwem także i inne względy. Jako dowódca polskiego korpusu ilościowo prawie równego wojsku Zygmunta, nie mówiąc o jakości, nie mógł być poddany pod rozkazy syna wielkiego księcia, tym bardziej, że według pierwotnych zamierzeń, posiłki polskie miały być większe i na pewno przewyższałaby liczbowo wojsko litewskie. Prawdopodobnie Kobylański był wyznaczony już z góry na wodza jeszcze zanim wyruszył na Litwę. Nie był to zresztą nowicjusz ani w zawodzie wojskowym, ani na terenie litewskim. Były marszałek Witoldowy znał dobrze wartość i taktykę rycerstwa zachodniego i Krzyżaków, jak również wojsk litewskich i ruskich. Nie obcy mu był sposób walki taborem i demoralizujący jazdę ogień broni palnej, której tabor używał. Znać musiał taktykę tatarską i sposób wałki zaczepnej łukiem z konia. W dniu bitwy nad świętą miał za sobą kilkadziesiąt lat wojaczki i jakkolwiek źródła nie przechowały jego wielkich sukcesów, niewątpliwie miał poważne przewagi za sobą, które wysunęły go na zaszczytne ale i przede wszystkim odpowiedzialne stanowisko. Nie ma więc żadnych danych, które by przekaz Długosza kwestionowały, a informacja anonima wydaje się nieścisłą i nie z pierwszej ręki. Dowództwo armii polsko-litewskiej skupione zostało w jednym ręku, człowieka o dużym doświadczeniu bojowym i temperamencie prawdziwego wodza.

Jeżeli chodzi o stronę przeciwną, to sprawa dowództwa naczelnego nie została rozwiązana. Niewątpliwie w rzędzie Świdrygiełły i Kerskorfa, największe doświadczenie wojenne zdobyte przede wszystkim na polach Czech i Moraw, reprezentował Zygmunt Korybutowicz. On był wśród nich tym człowiekiem wojny, który mógł wziąć dowództwo w swoje ręce. Oczywiście nie mogło być o tym mowy przede wszystkim z tego względu, nie pozostawał on na żołdzie krzyżackim, a następnie ani Świdrygiełło ani Kerskorf byliby się na to nie zgodzili. Również nie mogło być o tym mowy, ażeby wodzem został bądź Świdrygiełło bądź Kerskorf. Jakkolwiek ani jeden ani drugi talentów wojennych nie posiadał, stały jeszcze temu na przeszkodzie względy polityczne. Tak przeto dowództwo spoczęło w rękach trzech osób; Korybutowicz dowodził piechotą i

taborem, Kerskorf rycerstwem zakonnym i gośćmi, zaś Świdrygiełło swoimi wojskami i może Tatarami.

Jeżeli chodzi o ducha i dyscyplinę wojsk Świdrygiełły, to nie mogła ona być zbyt wysoka, zwłaszcza wśród gości i rycerstwa zakonnego. Również posiłki tatarskie, a także wojsko zaciężne nie miały zbyt wysokiego poziomu moralnego. Odbijał się tu od razu brak jednolitego dowództwa i brak wodza, który by potrafił to wojsko zespolić.

Zarówno Kobylański jak i Świdrygiełło musieli przed swoimi głównymi siłami wysyłać podjazdy, które by donosiły o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Jak jednakowoż widać z dalszego rozwoju wypadków, podjazdy, a następnie i wiadomości Świdrygiełły o nieprzyjacielu były bardzo niedokładne. Być może wpływała na to pewność, że Zygmunt nie wystąpi w pole względnie będzie się bronił w okolicach Wilna i Trok.

Kierunek marszu armii Świdrygiełły z Brasławia na Wiłkomierz nasuwa także przypuszczenie, że wybrany został dlatego, aby móc łatwiej skomunikować się z Krzyżakami, względnie w razie wysłania posiłków przez wielkiego mistrza, skrócić drogę ich marszu i ewentualnie osłonić przed uderzeniem Polaków. Nie spodziewano się jeszcze wtedy, że Krzyżacy pozostaną biernym świadkiem. Tak należy tłumaczyć zarzucenie prostej drogi wprost z Brasławia na Wilno, trudno bowiem przypuścić, że marsz Świdrygiełły na Wiłkomierz miał na celu głębokie obejście Wilna i Trok z prawej strony. Mógł też, co wydaje się bardzo prawdopodobnym, plan kampanii przewidywać marsz w kierunku na połączenie Wilna-Trok z Kownem. Zdaje się o tym świadczyć kierunek marszu zwłaszcza od Wiłkomierza na południe. W takim wypadku inicjatywa pozostawała w ręku

Świdrygiełły, pozostawiając przeciwnika w niepewności co do pierwszego celu kampanii.

Przypuszczać należy, że Kobylański miał o ruchach przeciwnika wiadomości dokładne, jednakowoż planu kampanii nie znał i wnioskował o nim, z kierunku marszu. Otrzymawszy wiadomości o wymarszu wojsk z Wiłkomierza, ruszył ze swoimi w kierunku na Szyrwinty traktem ku Wilkomierzowi.

 

Bitwa nad Świętą.

 

Teren między Wiłkomierzem a Szyrwintami po lewym brzegu rz. Świętej przedstawia się dzisiaj jeszcze jako mocno zalesiona i nawodniona płaszczyzna. Bez wątpienia w okresie bitwy nad Świętą stan zalesienia i moczarowatość niektórych wycinków była jeszcze większa. Z Wiłkomierza prowadził trakt główny przez miejscowości Piwonie-Pasile-Szyrwinty do Wilna. Drugi trakt, wychodzący odnogą z poprzedniego w miejscowości Pasile, szedł przez Pobojsk prawą strona jeziora: Żyrnowa, Giełwany - Koszedary - Żyżmory na Olitę. W Żyżmorach przecinał prostopadle trakt łączący Kowno - Wilno - Troki. Stan tych dróg zapewne pozostawiał dużo do życzenia jeżeli chodzi o ich użyteczność komunikacyjną, jednakowoż istnienie ich w okresie bitwy nie ulega wątpliwości.

Sam teren bitwy, a właściwie pierwszego ataku wojsk Kobylańskiego, daje się zamknąć od wschodu traktem Wilkomierz - Szyrwinty, od południa linią między miejscowościami Wilejki - Rogówka - jezioro Żyrnowo. Od północnego zachodu granicę stanowi lewy brzeg rzeki Świętej. Punktami centralnymi na tym wycinku terenowym, są: jezioro Żyrnowskie podłużnego kształtu, którego wody łączą się z rzeką Świętą przez wypływający u jego północnego krańca potok Żyrnówka. Potok ten po około 2 km biegu na północ, tuż przy dzisiejszej miejscowości Pobojsk, skręca na zachód tworząc łuk i wpada do rzeki Świętej. Brzegi zarówno Świętej i potoku Żyrnówki nie wysokie, lecz dość moczarowate. Żyrnówka to drugi punkt orientacyjny w terenie. Trakt idący z miejscowości Pasile na Giełwany i Olitę wzdłuż prawego brzegu jeziora, przecina tuż pod miejscowością Pobojsk Żyrnówkę, na której istniał most zbudowany prymitywnie z przerzuconych ściętych drzew, na przejściu umocnione były brzegi umożliwiające przejazd, czyli tzw. grobla.

Wzdłuż prawego brzegu jeziora Żyrnowa, aż prawie do miejscowości Pasile, ciągnie się równa płaszczyzna, posiadająca zaledwie kilka kęp drzewnych. Szerokość jej wynosi około 5 km w najszerszym pasie, długość około 10 km. Po obu jej krawędziach tzn. wschodnim i północno-zachodnim przechodzą wspomniane już przez nas trakty. W południowej swej części stanowiła ona miejsce postoju armii polsko-litewskiej i pierwszego ataku. Po drugiej stronie jeziora przy północnym jej krańcu w kierunku na północny zachód, przytykając do traktu Pasile - Olita, znajduje się dość duża również nie zalesiona płaszczyzna, gdzie rozłożyła się obozem część sił Świdrygiełły wraz z taborem. W upalne lata, zapewne, stan wody zarówno w jeziorze jak i potoku obniżał się wydatnie i przez to opadała moczarowatość terenu. Opisany przez nas wycinek terenu okalają ze wszystkich stron duże lasy i rozsiane wśród nich dość gęsto mniejsze i większe jeziora. Przesmyki i ścieżki przez te bory prowadzące, czy to do traktów, czy do osad ludzkich, znane jedynie były okolicznym mieszkańcom. Brak znajomości okolic przez Inflantczyków, gości, a także i żołnierzy zaciężnych w dużej mierze przyczynił się do ogólnej klęski. Plan marszu połączonych wojsk Świdrygiełły daje się hipotetycznie ustalić w ten sposób, że podzielone zostało ono na trzy oddziały, co zresztą odpowiadałoby średniowiecznemu sposobowi ogólnie przyjętemu. W pierwszym oddziale szedł Zygmunt Korybutowicz na czele zaciężnej otaborowanej piechoty, mając zapewne przy sobie jakieś oddziały wojska Świdrygiełły, względnie Tatarów. Z drugim oddziałem składającym się z części; gości, rycerzy zakonnych i wojsk Świdrygiełły, szedł sam Świdrygiełło i mistrz Kerskorf. W trzecim oddziale znalazła się reszta tzn. większa część inflantczyków i gości, przy czym wozy rycerstwa zachodniego i zakonnego szły z trzecim oddziałem. Między oddziałami zachowywano dość duże odstępy z uwagi, że tabor nie mógł się tik szybko poruszać jak jazda.

System marszu Kobylańskiego trudno ustalić, ze względu jednak na to, że armia polsko-litewska była konna, przyjąć można, że posuwała się mniej więcej w kolumnie zwartej, zaś z tyłu ciągnęły wozy. Mając wiadomości o ruszeniu nieprzyjaciela z Wiłkomierza, postanowił Kobylański zastąpić mu drogę i wydać bitwę na jedynie możliwym w tym rejonie miejscu, a mianowicie na płaszczyźnie między jeziorem Żyrnowo a traktem Wilkomierz - Szyrwinty. Prawdopodobnie początkowo nie przypuszczał, że nieprzyjaciel ruszy traktem olitskim i dopiero kiedy pierwszy oddział, minąwszy miejscowości Pasile, wszedł na trakt drugi zorientował się w istotnych jego zamiarach.

Opis, zarówno anonima jak i Długosza, momentu samego spotkania obu wojsk nie jest dość jasny. Również szwankuje sam opis bitwy na skutek pomieszania przez Długosza a raczej opuszczenia pewnych faktów. Zarówno z analizy terenu jak wiadomości źródłowych moment spotkania, a następnie samego starcia musiał wyglądać trochę inaczej niż to przedstawił A. Lewicki, idąc za Długoszem i anonim, bez mapy i bez wiązania akcji z terenem. Przecie wszystkim przyjąć trzeba, że odległość miedzy pierwszymi dwoma oddziałami wojsk Świdrygiełłowych, a trzecim na skutek nieprzewidzianych wypadków powiększyła się dość znacznie, zapewne na kilka godzin marszu. Przyczyną mogły tu być wozy, które jak zawsze opóźniały pochody wojsk, a także brak dyscypliny na którą nagminnie rycerstwo średniowieczne chorowało. O tym opóźnieniu trzeciego oddziału musiał Kobylański wiedzieć przez podjazdy i szpiegów. Skoro więc oddział pierwszy i drugi wojsk Świdrygiełły przekroczył potok Żyrnówkę, Kobylański, korzystając z osłony jeziora, które chroniło jego lewy bok, przesunął szybko swoje oddziały na jego północny brzeg, zajmując środkowe stanowisko między dwoma pierwszymi a trzecim oddziałem, który zapewne jeszcze znajdował się gdzieś pod Wiłkomierzem mniej więcej o 6-8 km. Było to dnia 29 lub 30 sierpnia. Armia Świdrygiełły została w ten sposób rozdzielona na dwie części, przy czym 2/3 sil znalazło się za przeprawą przez potok Żarnówkę po lewej stronie jeziora Żyrnowa. Zobaczywszy wojska Kobylańskiego, Zygmunt Korybutowicz, Świdrygiełło i Kerskorf przede wszystkim wstrzymali dalszy marsz. Jakkolwiek zaskoczenie nieprzyjacielskie udało się Kobylańskiemu i odcięcie trzeciego oddziału było już dużym sukcesem, nie mniej sprawa wygrania bitwy nie była przesądzona. Przeciwnik był silny i nienaruszony.

Stanowisko dwu pierwszych oddziałów inflancko-litewskich po przejściu Żyrnówki było bardzo silne. Lewy bok chroniło jezioro, a po przejściu Żyrnówki tył chronił moczarowaty potoczek, którego przejście w dogodnym miejscu trzymał w swym ręku Zygmunt Korybutowicz. Od czoła tzn. przy południowym krańcu jeziora bagna i moczary nie pozwalały na przedostanie się większych sił. Tak więc atak Kobylańskiego nie groził z żadnej strony. Próby bowiem obejścia jeziora, tak z jednej jak z drugiej strony, spełzły na niczym. W obozie Świdrygiełły musiała powstać obawa o trzeci oddział, któremu jednak nie groziło tak wielkie niebezpieczeństwo jak mogło się na pierwszy rzut oka wydawać. Kobylański z powodu trudności terenowych nie mógł zaatakować obwarowanego wodą i bagnami przeciwnika, lecz nie mógł zgnieść trzeciego oddziału z obawy, że przy ruszeniu wojska pod Wiłkomierz gros sił nieprzyjaciela znalazłby się na jego tyłach. Próbował Świdrygiełło z pomocą strzelców, których przeprawiono na polski brzeg, zmusić do cofnięcia się oddziały Kobylańskiego co mu się jednak nie powiodło. Nie jest też pewnym, czy Świdrygiełło i jego towarzysze zdawali sobie sprawę od początku, że pojawiły się na ich tyłach wszystkie siły polsko-litewskie i dopiero spędzenie strzelców wskazało na faktyczny stan rzeczy. W sytuacji, która się wytworzyła, trudno było powziąć natychmiastową decyzję. Łączność w wojsku Świdrygiełły została przerwana, zaś ryzyko wydania bitwy z koniecznością przeprawiania się pod okiem nieprzyjaciel i, a następnie rozwijania się, było tak wielkie i prawie z góry przesądzało wynik bitwy, że doświadczony wódz taki jak Zygmunt Korybutowicz nie zawahał się poddać i wysunąć myśl rozpoczęcia pertraktacji. Nawet bowiem w najlepszym wypadku dla Świdrygiełły, gdyby trzeci oddział przesunął się tak blisko, że mógłby sam rozpocząć bitwę z tym, że w jej toku wejdą w bój dwa pierwsze oddziały, zachodziła ta pewność, że Kobylański od jednego uderzenia, mając ogromną przewagę, zgniecie i zniszczy trzeci oddział zanim dwa pierwsze zdołają sforsować przejście przez Żyrnówkę. Wódz polsko-litewski narzucił przeciwnikom teren i warunki boju przez zaskoczenie. Zachowując nadal swobodę decyzji, postanowił czekać na ruchy nieprzyjaciela. Wiedział, że z sytuacji, która zaczynała być groźna nieprzyjaciel łatwo się nie wymknie. Stąd trzymając oddziały w ciągłym pogotowiu bojowym, wyczekiwał odpowiedniego momentu do rozstrzygnięcia. Niespodziewanie też przyszedł mu w pomoc nieoczekiwany sprzymierzeniec - deszcz, który zaczął padać ulewą od samego dnia spotkania się obu wojsk.

W obozie Świdrygiełły, zaskoczenie Kobylańskiego wywarło deprymujące wrażenie, i zdawano sobie dokładnie sprawę, że jakkolwiek silna pozycja chroni przed atakiem polsko-litewskim, to każdy nierozważny krok grozić może zgubą całego wojska. Obawa o losy trzeciego oddziału i perspektywa długiego czekania jak gdyby w pułapce nie przyczynia się do podniesienia nastrojów. Jak wspominaliśmy, najtrzeźwiej oceniający sytuację Zygmunt Korybutowicz proponował wszczęcie pertraktacji z Kobylańskim. Propozycje i rady jego odrzucili zarówno Świdrygiełło jak i Kerskorf z oczywistych powodów. Pozostawała kwestia przyjęcia planu takiego, który by pozwolił na zmianę położenia na korzystniejsze. Nie znamy przebiegu narad, które się niewątpliwie w obozie Świdrygiełły toczyły, nie mniej nie były one łatwe, i przeciągając się spowodowały, że wojska stały nieporuszone naprzeciw siebie, w gotowości bojowej. Bez wątpienia jednym z ważnych momentów w przyjęciu planu była sprawa nawiązania styczności z trzecim oddziałem i przekazanie mu rozkazów działania w myśl przyjętego planu. Styczność taka też prawdopodobnie została nawiązana i z tą chwilą przystąpiono do realizacji, przyjętego zapewne przy dużym nacisku Kerskorfa, planu działania. Do szybkiego realizowania przyczynił się padający deszcz, którego skutki odczuli na sobie dość szybko wodzowie Świdrygiełłowi.

Przyjęty nowy plan przewidywał przejście z powrotem grobli czy mostu na Żyrnówce wszystkich sil i marsz powrotny w kierunku Wiłkomierza, z tym aby na dogodniejszym miejscu rozwinąwszy wojsko przyjąć bitwę. Równocześnie wyszły rozkazy do trzeciego oddziału z nakazem marszu ku głównym siłom, tak by połączenie wszystkich wojsk osiągnąć jak najprędzej. Plan ten był dość ryzykowny, lecz w pogarszającym się położeniu jedynym wyjściem. Postanowiono też działać zaskoczeniem i przeprawę rozpocząć tuż przed świtem, sądząc, że przeciwnik będzie musiał zużyć sporo czasu od chwili zaalarmowania do rozwinięcia się bojowego. Ostatnie rachuby zawiodły jednak zupełnie. Kobylański, przewidując ewentualny plan nieprzyjaciela, trzymał swoje oddziały cały czas w gotowości bojowej i jakkolwiek niewątpliwie nużył ludzi i konie, nic dał się zaskoczyć i każdej chwili mógł rzucić wojsko do ataku. Przed świtem 1 września rozpoczęła się przeprawa wojsk Świdrygiełłowych przez Żyrnówkę, o czym doniesiono Kobylańskiemu. W jakim porządku przeprawiały się wojska z pewnością nie da się ustalić. Zagmatwany w źródłach obraz samej bitwy pozwala na odtworzenie mniej więcej następującego porządku. Pierwsi przeszli Tatarzy, których zadaniem było ubezpieczyć prawy bok kolumny. Zadaniem ich było, bez wdawania się w bitwę, zabawianie straży przeciwnika tak długo, dopóki główna siła nie przeprawi się całkowicie przez groblę. Reszta wojska szła w ten sposób: pierwszy oddział tworzył Świdrygiełło na czele swoich ruskich wojsk, w środku szedł tabor pod Zygmuntem Korybutowiczem, straż tylną niejako stanowiły; część sił krzyżackich i część gości. Z przebiegu samej bitwy daje się odtworzyć przypuszczalne uszykowanie wojsk Kobylańskiego zwróconych czołem do traktu olitskiego. Lewe skrzydło zajmowała część jazdy litewskiej, centrum Polacy, na prawym skrzydle reszta jazdy litewskiej. W szyku bojowym nie znalazły się prawdopodobnie wszystkie siły Kobylańskiego. Musiał bowiem wystawić dość silny oddział obserwacyjny przeciw trzeciemu oddziałowi, znajdującemu się gdzieś pod Wiłkomierzem, oraz drugi zapewne słabszy na południowym brzegu jeziora Żyrnowa. W każdym razie wydzielone oddziały nic osłabiły siły głównej w większym stopniu, tym bardziej, że oddział wysunięty ku Wiłkomierzowi mógł być w rozporządzeniu wodza brany w rachubę jako odwód. Tabor polski stanął w

tyle przy trakcie, zapewne gdzieś na wysokości miejscowości Wilejki - Bartkuny.

Skoro czaty doniosły Kobylańskiemu, że rozpoczęła się przeprawa, dał on rozkaz ostatecznego przygotowania się do boju. Polacy zaczęli śpiewać bojową pieśń. Można przypuszczać, że Kobylański czekał aż ostatnie szeregi nieprzyjaciela przejdą przeprawę, by uderzyć równocześnie w centrum i na skrzydłach. Plan jego polegał na osaczeniu przeciwnika po obydwu bokach z jednoczesnym gwałtownym uderzeniem na centrum tak by rzucić nieprzyjaciela w mokradła Żyrnówki i Świętej.

Stąd też dyspozycja ataku dla lewego skrzydła musiała zawierać rozkaz natarcia wzdłuż biegu Żyrnówki. Prawe skrzydło, stojące gdzieś na wysokości m. Bolerianowo, musiało uderzać na południowy z schód. Plan nie został wykonany w zupełności. Nie wiadomo czy z powodu mroku, który jeszcze nie zupełnie ustąpił, co wydaje się najprawdopodobniejsze, czy też gorączki bojowej, lewe skrzydło wojsk Kobylańskiego uderzyło za wcześnie tak, że część idącej w tyle grupy zdołała, wprawdzie zdemoralizowana, przedostać się z powrotem przez groblę. Atak, jak należy wnioskować, rozpoczęło prawe skrzydło atakiem na oddziały Świdrygiełły, a kiedy zatrzymane od czoła centrum znalazło się na wprost oddziałów polskich, pchnął je Kobylański do ataku.

Wyżej już wspomnieliśmy o uzbrojeniu armii polsko-litewskiej, a także i nieprzyjacielskiej. Główną siłę jego stanowił tabor i ciężka jazda rycerska. Niespodziewany sprzymierzeniec Kobylańskiego deszcz, w wysokim stopniu osłabił a nawet zniweczył te obydwie siły. Niewątpliwie w taborze zamokły prochy tak, że broń palna stała się bezużyteczna, zaś rozmiękły grunt unieruchomił ciężką jazdę. W takich warunkach lżejsza jazda polska i litewska zyskiwała z miejsca olbrzymią przewagę. Niewątpliwie też rozmiękły i cięciwy u Tatarów tak, że i ten choć liczebnie słaby nieprzyjaciel stracił dużo na swej sile zaczepnej i osłona prawego boku taboru przez niego straciła dużo na wartości. Kiedy Tatarzy, a za nimi tabor znalazł się naprzeciw Polaków, ruszyła jazda ścieśnionymi szeregami cwałem, rozpędzając nieliczne oddziały tatarskie i rzucając je na własny tabor. Pod naporem mas jazdy tabor został natychmiast rozerwany i zepchnięty z traktu. Rozpoczęta równocześnie na obu skrzydłach walka po krótkich próbach oporu zakończyła się ogólną ucieczką nieprzyjaciela na wszystkie możliwe strony, a przede wszystkim w kierunku Świętej i Wiłkomierza, skąd tymczasem nadciągał trzeci oddział armii Świdrygiełły, składający się z gości i Inflantczyków.

Uciekające masy z pola walki wpadły same na swoje posiłki, a na ich karkach oddziały polsko-litewskie. W tych warunkach od razu zdemoralizowany i zmieszany oddział nic próbował nawet stawić czoła lecz poszedł w rozsypkę, ratując się każdy na własną rękę. W niespełna godzinę armia Świdrygiełły była doszczętnie rozbita. Część z oddziału tylnego, która schroniła się za groblę poszła w niewolę Litwinów, którzy się tam za nimi przeprawili. Druga faza bitwy, jeżeli tak ją można nazwać, składała się z pościgu, w który poszły wszystkie lżejsze oddziały jazdy. Lecz o prawie doszczętnym wygubieniu armii Świdrygiełły zadecydował teren. Nieprzebyte lasy, puszcze, bezdroża i bagna nie pozwoliły tym, którzy życie wynieśli z samego pola bitwy dojść w bezpieczne miejsce. Kto nie utonął w wezbranych falach Świętej, lub nadbrzeżnych bagnach, błąkając się wpadał w ręce zwycięzców, których pozostawione oddziały przez 15 dni wyłapywały gromadki i pojedynczych uciekinierów. Klęska wojskowa była ogromna. Prawie wszyscy, którzy nie dostali się w niewolę, padli pod mieczem. Świdrygiełło gdzieś na początku bitwy w kilkanaście koni zdołał umknąć. Sprzymierzeniec jego, mistrz Kerskorf, dał głowę na polu bitwy razem ze starym marszałkiem Wernerem v. Nesselrode. Ranny w głowę i szyję Zygmunt Korybutowicz wpadł w niewolę, w której też rychłą śmierć znalazł. Kilkunastu kniaziów ruskich legło na polu, kilkunastu wpadło w niewolę. Strach padł na wszystkich nieprzyjaciół, a latopis zapisał, że „od wielu lat nie było takiego pobojowiska w ziemi litewskiej”.

 



tagi: kiejstut  wiłkomierz  rzeka święta  świdrygiełło 

rotmeister
13 lutego 2019 20:42
2     722    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
proton @rotmeister
14 lutego 2019 13:20

Interesująca notka, dzięki.

Ciekawe byłoby zwizualizowanie graficzne bitwy na mapach. Robota dla pasjonata.

Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @proton 14 lutego 2019 13:20
14 lutego 2019 13:32

Czyli dla Stalagmita. Jak znajdę czas to może sam coś wkleję.

pozdr

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować