-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Aleksander Hirschberg, O projekcie przymierza Anglii z Jagiellonami z roku 1502.

Aleksander Hirschberg, O projekcie przymierza Anglii z Jagiellonami z roku 1502. Tygodnik Ilustrowany 1882.

 

W dziejach Europy nie ma okresu, w którym by tak rozliczne zawierano przymierza i koalicje, tak szybko zmieniano sprzymierzeńców i w nowe wchodzono sojusze, jak u schyłku XV i z początkiem następnego stulecia.

 

Szereg tych związków rozpoczyna liga, zawarta przeciw Francji w r. 1495 przez państwa włoskie, Hiszpanią i cesarza Maksymiliana. Ale już w trzy łata później część jej uczestników, a mianowicie Wenecja i Stolica Apostolska, nader ściśle łączy się z królem francuskim, a w r. 1500 staje uroczysty traktat przymierza między Hiszpanią a Ludwikiem XII. W tymże roku przychodzi do skutku koalicja Francji z Jagiellonami, skierowana głównie przeciw domowi rakuskiemu. Kierunek ten polityki francuskiej nic utrzymuje się jednak zbyt długo: już w r. 1504, w traktatach z Blois, wiąże się dom francuski z Habsburgami, celem upokorzenia Rzeczypospolitej Weneckiej. Podobne plany miała także słynna koalicja, zawarta w Cambray, lecz zarówno jak poprzednia nie odniosła skutku zamierzonego, bo już w r. 1511, w tak zw. Lidze Świętej, część jej członków połączyła się z Wenecją przeciw Francji, aby i ten związek zerwać niebawem, dla podjęcia nowych planów politycznych, nowych stosunków i przymierzy.

 

Oprócz tych sojuszów, które chwilowo przynajmniej nic pozostawały bez wpływu na stosunki międzynarodowe, powstawały w głowach ówczesnych polityków i dyplomatów inne jeszcze, rozliczne projekty tego rodzaju, niemające przekroczyć sfery planów i usiłowań. Do tych ostatnich należy także propozycja przymierza Anglii z Jagiellonami, z r. 1502. Pomysł ten wprawdzie nigdy nie miał się urzeczywistnić, ponieważ jednak historia tego projektu wcale ciekawy i charakterystyczny stanowi epizod w dziejach ówczesnych, przeto pokrótce zamierzam skreślić ją w rozprawce niniejszej.

 

Pod wpływem zabiegów dyplomacji weneckiej, a poniekąd i Ludwika XII, postanowił król wigierski Władysław w r. 1501 na nowo rozpocząć walko z coraz bardziej zagrażającą Europie potęgą turecką. Na dworze węgierskim słusznie sądzono, że skoro wojnę tę podjęto w interesie całego chrześcijaństwa, powinni także inni monarchowie europejscy, choć w pewnej części, wziąć udział w ponoszeniu jej ciężarów. Z tego to powodu, oprócz znacznych zasiłków od Rzeczypospolitej Weneckiej, zamierzano uzyskać podobne subsydia i od innych państw chrześcijańskich, a przede wszystkim od Francji i Anglii, i w tym celu do obydwóch tych krajów uroczyste wyprawiono poselstwo.

 

Misję otrzymali Stefan Telegdi i Mikołaj Bacskai, biskup nitrzański. Posłowie węgierscy, na czele licznego orszaku, wybrali się w podróż z końcem września r. 1501 i na Wenecję, przez Włochy północne, udali się do Francji. Tutaj przez czas dłuższy zatrzymały ich rokowania w sprawie traktatu małżeńskiego między Władysławem i Anną de Candale, po czym po podpisaniu tegoż układu, z końcem marca r. 1502 w dalszą wyruszyli drogę.

 

Na tronie angielskim zasiadał wówczas Henryk VII, niewątpliwie jeden z najrozumniejszych monarchów współczesnych. Jako główne zadanie, założył on sobie zupełne uspokojenie Anglii, która z wolna tylko wracała do warunków normalnych, po długich, a krwawych zapasach domów York i Lancaster. Jakkolwiek bowiem obydwa stronnictwa uznały go spadkobiercą do niedawna walczących ze sobą dynastii, jednak pozostał jeszcze dość silny zastęp malkontentów, których dążności zdradzają się raz po raz, niejednokrotnie nawet objawiając się w sposób nader śmiały i niebezpieczny.

 

Dla zwalczenia swych przeciwników, Henryk VII głównie dwóch używał środków: w kraju otaczała ich cala armia szpiegów i donosicieli, którzy nader szczegółowo uwiadamiali go o wszelkich ich krokach i zamysłach; inwazjom zaś z zewnątrz starał się zapobiec za pomocą jak najlepszych stosunków z innymi państwami i zawierania układów, obowiązujących do wzajemnego wydawania „zbiegów i buntowników”. Traktaty tego rodzaju zawierał on prawie ze wszystkimi ze znakomitszych monarchów europejskich i w tym celu starał się o zawiązywanie z nimi jak najściślejszych węzłów przyjaźni i przymierza.

 

Wśród takich stosunków, z końcem kwietnia lub w maju r. 1502, przybyli posłowie węgierscy do Anglii, z prośbą o udzielenie Władysławowi zasiłków pieniężnych na wojnę z Turcją i z propozycją zawarcia przymierza z Polską i Węgrami. Dla Henryka VII przybycie ich było oczywiście nader pożądanym; przyjął ich najuprzejmiej, składając uroczyste zapewnienia życzliwości i przyjaźni dla Jagiellonów. Niezwłocznie też postanowił skorzystać z tej sposobności i zaproponować im przyjęcie traktatu, w którym, obok innych postanowień, znajdowałby sic także ustęp o wzajemnym wydawaniu „zdrajców, zbiegów i buntowników”.

Projekt takiego układu natychmiast ułożono. Artykuł, na którym Henrykowi najwięcej zależało, pozornie miał być tylko rzeczą dodatkową i podrzędną, głównym zaś celem sojuszu wzajemna pomoc w walce z półksiężycem. Aby zaś tym wybitniej taką cechę nadać temu aktowi, rozpoczyna go król angielski w sposób następujący:

 

„My Henryk, z Hożej łaski król Anglii i Francy i, władca Irlandii, ogłaszamy wszystkim, do czyich rąk dojdzie pismo niniejsze, że zważywszy, jak dalece groźnym dla chrześcijaństwa jest owo okrutne i przebrzydłe plemię tureckie, jak rozlegle kraje królestwa i prowincje zostały przez nie najokropniej spustoszone i jakie tłumy ludu chrześcijańskiego uprowadzono w haniebną niewolę— uważamy jako nasz święty obowiązek, a zarazem jako najdzielniejszy środek do odparcia niecnych zamachów niewiernych, aby miedzy wszystkimi monarchami chrześcijańskimi istniała niezachwiana zgoda i przyjaźń, dla tym skuteczniejszej obrony wiary przenajświętszej. Ponieważ zaś już dawniej zawarliśmy traktaty przymierza z królami rzymskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, szkockim i duńskim, z arcyksięciem austriackim i wieloma innymi książętami i państwami, przeto przekonawszy się, że najjaśniejszy Władysław król czeski i węgierski nieustannie prawie nader ciężką musi staczać walkę z tymiż nieprzyjaciółmi naszymi Turkami—postanowiliśmy z nim także połączyć się najściślejszym węzłem sojuszu, jako też z innymi monarchami, podobnież zagrożonymi”.

 

Po tym szumnym wstępie, przedstawiającym obronę chrześcijaństwa jako główny cci przymierza, następował szereg postanowień szczegółowych. W artykułach tych obydwie strony miały się zobowiązać, że połączą się najściślej tak przeciw Turkom, jak wszelkim innym nieprzyjaciołom „obecnym i przyszłym;” że odtąd tylko wspólnymi będą miały przyjaciół i nieprzyjaciół i że aktem niniejszym obejmą także wszystkich dawniejszych sprzymierzeńców króla angielskiego. Prócz tego miano sobie zapewnić nawzajem, że handel dla kupców obydwóch stron zupełnie będzie wolnym i z góry ułożono sposób odnawiania tegoż układu przez następców ówczesnych monarchów. W końcu znajdował się ustęp, będący właściwym celem zamierzonego traktatu. W artykule tym obydwaj królowie mieli się zobowiązać, że każdy z nich „za swoich nieprzyjaciół uzna buntowników, zdrajców i zbiegów strony przeciwnej, nie przyjmie ich w swoich królestwach, państwach i krajach, ani też nie udzieli i nikomu nic dozwoli udzielić im jakiejkolwiek pomocy, lecz w przeciągu 20 dni po otrzymaniu odpowiedniego wezwania, wyda ich stronie przeciwnej, albo za pośrednictwem oddawcy tegoż pisma, albo też jakiegokolwiek innego, przysłanego w tym celu pełnomocnika”. Projekt takiego układu spisano podczas pobytu poselstwa węgierskiego na dworze angielskim, a dnia 20 maja r. 1502 w Richmond uroczyście podpisał go Henryk VII i zaopatrzył swoją pieczęcią.

 

Tejże treści traktat zamierzał on zawrzeć także z bratem Władysława, Aleksandrem, a chcąc jak najprędzej sprawę tę załatwić, bezzwłocznie wraz z odjeżdżającym poselstwem węgierskim wyprawił swojego reprezentanta do Węgier i Polski. Posłem tym był Galfryd Blythe, dziekan kościoła katedralnego w York, radca i kapelan królewski.

 

Oprócz pomienionego projektu przymierza, zaopatrzono go także w osobne pełnomocnictwo, upoważniające do przyjęcia pewnych zobowiązań w sprawie zażądanych przez posłów węgierskich zasiłków pieniężnych. Gotowością tą do udzielenia subsydiów zamierzał dwór angielski ująć sobie króla węgierskiego, a co więcej, Henryk VII szczerze nawet, o ile się zdaje, chciał być w ten sposób pomocnym Władysławowi, byle tylko tym łatwiej nakłonić Jagiellonów do podpisania zaproponowanego im układu, a następnie ścisłego przestrzegania jego postanowień.

 

Z początkiem czerwca opuścił Anglią Galfryd Blythe, razem z poselstwem węgierskim, i udał się naprzód do Francji, skąd następnie wraz z narzeczoną Władysława, jako też licznym jej orszakiem, w dalszą puścił się drogę. Wśród takich warunków podróż jego oczywiście odbywała się nader powoli, tak iż poseł angielski nie prędzej jak z końcem września stanął na dworze węgierskim, a z powodu uroczystości weselnych zapewne dopiero w połowie października zawiązał rokowania w sprawie sobie powierzonej.

 

W układach tych niebawem musiał się przekonać pełnomocnik Henryka, że pomimo wszelkich zapewnień przyjaźni i gotowości do udzielenia subsydiów, usposobienie Władysława wcale nie odpowiadało jego życzeniom. Na dworze węgierskim bowiem, jakkolwiek z wdzięcznością przyjęto te objawy przychylności, jednak żadną miarą nie chciano się zgodzić na podpisanie wszystkich zobowiązań, zaproponowanych przez króla angielskiego.

 

Szczególnie niestosownym wydal się artykuł o wzajemnym wydawaniu zbiegów. Prócz tego całkiem słusznie sądzono, że do ustępu o „wspólności nieprzyjaciół” należy wprowadzić zastrzeżenie co do dotychczasowych sprzymierzeńców i książąt, spokrewnionych z rodziną Jagiellonów, gdyż w razie przeciwnym artykuł ten, prędzej lub później, musiałby wywołać bardzo niemiłe dla nich następstwa i kolizje.

 

Z tych więc powodów zaproponował Władysław kilka modyfikacji w projekcie układu. Propozycje te nie odniosły jednak skutku zamierzonego, ponieważ reprezentant Henryka nie chciał odstąpić od pierwotnego jego brzmienia, zasłaniając się brakiem odpowiedniego pełnomocnictwa.

 

Pomimo nader stanowczych oświadczeń, jakie pod tym względem złożył poseł angielski, łudzono się w Budzie nadzieją dojścia do skutku przymierza i w tym celu spisano w kancelarii królewskiej nowy projekt traktatu, zawierający, oprócz pomienionych zastrzeżeń, także pewne zmiany i dość znaczne „złagodzenie” ustępu o wydawaniu „zbiegów i buntowników.” Projekt ten miał Blythe przełożyć Henrykowi VII, jako propozycję Władysława, a gdyby król angielski zgodził się na przyjęcie zmian zaproponowanych, mieli Jagiellończycy wystawić akt sojuszu, po czym niezwłocznie z Polski i Węgier miały pośpieszyć do Anglii uroczyste poselstwa, dla ostatecznego zatwierdzenia układu.

 

Otrzymawszy tej treści odpowiedź i wobec takiego usposobienia dworu węgierskiego, poseł angielski nie udał się już do Polski, lecz wyjechawszy z Budy z początkiem listopada tegoż roku, przez Wenecję i Włochy północne powrócił do Anglii.

 

Od chwili jego wyjazdu z zamku budzyńskiego, rokowania w tej sprawie należało uważać jako niepowrotnie zerwane, gdyż po „złagodzeniu” artykułu o „zbiegach i buntownikach,” przyjęcie tego traktatu dla Henryka żadnej nie przedstawiało korzyści. To też, pomimo jego pierwotnej skwapliwości pod tym względem, niebawem okazało się, że myśl tę porzucił on najzupełniej i tylko dobroduszny Władysław, który naprawdę uwierzył, że królowi angielskiemu przede wszystkim zależało na obronie chrześcijaństwa, i teraz jeszcze oddawał się nadziei zawarcia przymierza.

Niebawem też zawiązał on korespondencją z braćmi Fryderykiem i Aleksandrem, dla bliższego porozumienia się, na wypadek przychylnej odpowiedzi dworu angielskiego.

 

W listach tych przede wszystkim skreślił król węgierski, w jaki sposób układy te zostały zawiązane, a następnie, charakteryzując niektóre artykuły projektu angielskiego, jako „nieludzkie i niezgodne z zasadami uczciwości i rozumu”, wykazywał niemożliwość ich przyjęcia. Natomiast starał się braci swych przekonać, że Jagiellonowie powinniby skorzystać z tej sposobności i zawrzeć traktat przezeń zaproponowany, a w końcu wezwał króla polskiego do wygotowania odpowiedniego aktu przymierza, który, zdaniem Władysława, natychmiast po pomyślnym ukończeniu rokowań należałoby wysiać do Anglii.

 

Listy te przybyły do Polski w połowie grudnia roku 1502. Położenie jej ówczesne było tak smutne, jak nigdy jeszcze za panowania Jagiellonów. Od owej bowiem nieszczęsnej wyprawy na Mołdawią, jedna kieska po drugiej spadała na kraje Rzeczypospolitej. Województwa południowe corocznie prawie pustoszyli Turcy, Tatarzy i Wołosi. W r. 1500 rozpoczęła się nowa wojna z Moskwą, która szybko w głąb Litwy posuwała swoje podboje, a ośmielony tym Zakon niemiecki usiłował odzyskać swą niezawisłość, wraz z niepodległością i krajami, utraconymi w wojnie ostatniej.

 

Sytuacja stawała się tym trudniejszą, że do nieprzyjaciół tych przyłączył się także cesarz niemiecki Maksymilian, jeden z najrozumniejszych polityków ówczesnych, który, wskutek rywalizacji z Jagiellonami o koronę czeską i węgierską, stale i wszelkimi środkami dążył do podkopania ich potęgi. Cesarz niemiecki nie tylko zachęcał Krzyżaków do złamania traktatu z r. 1460 i starał się im wyjednać pomoc i opiekę u wielkiego księcia moskiewskiego, ale nadto mieszał się w wewnętrzne sprawy polskie, powoływał miasta pruskie na sejmy i sądy niemieckie i usiłował Polsce nowego stworzyć wroga, w osobie Konrada, księcia mazowieckiego.

 

Największym jednak nieszczęściem była znana nieudolność króla Aleksandra i dziwne zwątpienie, jakie zapanowało na dworze polskim, tak iż zamiast energicznie zająć się obroną kraju, wyglądano tylko pomocy z zewnątrz i głównie w ten sposób spodziewano się wyjścia z trudnego położenia.

 

Wśród takich stosunków wiadomość o propozycji Henryka VII oczywiście niemałą radość wywołała w otoczeniu królewskim. „Zawarcie przymierza z królem angielskim — pisze Aleksander w legacji na sejm, mający się zebrać w Piotrkowic z początkiem r. 1503—nie tylko byłoby bardzo użytecznym, ale nadto w najwyższymi stopniu pożądanym, choćby tylko ze względu na Zakon pruski, przeciw któremu nader pomocne mogłyby być miasta hanzeatyckie, mające tak wielką potęgo na lądzie i morzu. Również ważne usługi mogłoby nam oddać połączenie z Filipem, księciem burgundzkim i palatynem Renu, a zwłaszcza w usiłowaniach naszych o uwolnienie Gdańszczan od sądów niemieckich (obydwaj książęta, podobnie jak związek hanzeatycki, mieli być objętymi traktatem, zaproponowanym przez króla angielskiego). Z tego też powodu jego królewska mość posyła niniejszym listy, pisane w tej sprawie przez królów węgierskiego i angielskiego, jako też artykuły samego przymierza, i wzywa w. w. moście, abyście, pilnie i dokładnie rzecz rozważywszy, przełożyli opinie swoje pod tymi względem”.

 

Takie było usposobienie na dworze królewskim, w pierwszej chwili po odebraniu tej wiadomości. Nierównie chłodniej sądzono o tym na sejmie, zebranym w Piotrkowie z początkiem roku 1505.

 

W odpowiedzi bowiem na legację królewską oświadczono, że traktat ten można by zawrzeć chyba tylko dlatego, że „wsławiłby on imię narodu polskiego w krajać, w których dotychczas byliśmy nieznani”, gdyż żadnej innej korzyści nie można by się stąd spodziewać, z powodu zbyt wielkiej odległości, dzielącej Polskę od Anglii.

 

Tymczasem i w otoczeniu królewskim nastąpił stanowczy zwrot w opinii o użyteczności przymierza angielskiego, a objawił się już w następnej legacji Aleksandra, wysłanej na tenże sejm piotrkowski.

 

„Jego królewska mość — czytamy w tymże piśmie — uważa za niemożliwy sojusz angielski i dlatego lekce go sobie waży, ponieważ monarcha ten wyraził nam zamiary swoje nie wskutek zapału do obrony wiary chrześcijańskiej, lecz odpowiadając na wezwanie najjaśniejszego króla węgierskiego. Tak więc, nawet sprzymierzony z nami, tylko o własny starałby się pożytek.

 

„ Uczynił on to zapewne w tym celu, aby dla handlu swojego wolną otworzyć drogę, nie zaś dla obrony krajów naszych, chyba żeby król angielski, Szkotów przysłał nam na pomoc, słynnych z męstwa i wytrwałości, którzy na okrętach mogliby przybyć do Gdańska. Szkoci, jak wiadomo z dziejów, odznaczają się niepospolitą żarliwością w obronie wiary naszej, a można by ich osadzić w pustych miejscach nad Dnieprem i dać im zamki zdobyte i spustoszone, co nierównie korzystniejszym byłoby dla nas, niż zawieranie rozejmów z Turkami (na dworze polskim noszono się wówczas z myślą sprowadzenia na Podole i Ukrainę osadników z innych krajów europejskich, dla obrony granic polskich przeciw Turkom i Tatarom”).

 

Dalej wymienia Aleksander w tym akcie jeszcze cały szereg innych powodów, dla których „nie pochwala” tego projektu, a kończy oświadczeniem, że „z przyczyn tych chyba niestosownym byłoby zawarcie sojuszu angielskiego”.

 

Przy takim usposobieniu na dworze polskim, a zwłaszcza po „złagodzeniu” artykułu najważniejszego dla Henryka, projekt przymierza Anglii z Jagiellonami z roku 1502 musiał na zawsze pozostać w sferze planów niedoszłych, bo pozbawiony wszelkiej podstawy w stosunkach rzeczywistych, nie mógł wyniknąć ze ścisłego porozumienia, lub nawet wspólności interesów, tak Władysława i Aleksandra, jak dworu angielskiego.

 

Aleksander Hirschberg (ur. 15 grudnia 1847 we Lwowie, zm. 27 lipca 1907 we Lwowie) – historyk polski, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, kustosz Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, członek-korespondent Akademii Umiejętności, członek korespondent Towarzystwa Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu od 1890 roku.



tagi: jagiellonowie anglia rok 1502 

rotmeister
17 lipca 2017 14:12
2     433    3 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @rotmeister
17 lipca 2017 19:47

Świetny artykuł. Mądry król Aleksander. W świetle konstytucji Nihil novi z 1505 nie bardzo wierzę w nieudolność Aleksandra. Raczej jest to realizm. Był on wszak kolejnym królem elekcyjnym. Jagiellonowi już byli elekcyjni. Arystokracja i szlachta akceptowała tę dynastję. Jako elekcyjny musiał liczyć się z tym że Henryk VII będzie szukał sprzymierzeńców wśród arystokracji. Co więcej jeśli Jagiellonowi byli zależni od kapitału weneckiego, nie mógł on poprzeć ich konkurentów w handlu z Lewantem.

Blythe "... przez Wenecję i Włochy północne powrócił do Anglii". Czemu taka długa podróż? Bo inaczej być nie mogło. Węgry i Polska były ważne, ale nie tak bardzo jak Lombardia i Florencja, dawne przyczułki angielskie. Skąd jest nazwa Lomabard street w Londynie? Od bankierów lombardzkich, pierwszych podobno w Albionie. Ale ja uważam że tylko podobno, pierwsi byli złotnicy, czyli m.in. Żydzi, nadto Biskupi i Templariusze. Lombardczyków oczywiście Plantagenetowie czy kto tam wykiwali i puścili z torbami. Rzecz jasna za długi. Nie lombardzkie długi tylko ich własne w bankach lomabardzkich.

Wenecja natomiast niebezpieczny rywal. Trzeba tam mieć swoją wtyczkę. Trzeba rozpoznać rywala przez atak, ma się rozumieć, dyplomatyczny.

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @rotmeister
18 lipca 2017 14:37

Wenecja niebezpieczna, bo przy kasie.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować