-

rotmeister : Wspomnicie moje słowa

Aleksander Hirschberg, Koalicja Francji z Jagiellonami z roku 1500.

Aleksander Hirschberg, Koalicja Francji z Jagiellonami z roku 1500. Przewodnik naukowy i literacki. T. 10, 1882 rok.

 

Ostatnie lata XV wieku krwawymi zgłoskami zapisały się w dziejach naszych. Po owej bowiem nieszczęsnej wyprawie na Mołdawię, która Zygmuntowi miała zapewnić tron hospodarski, a Polsce potężne stanowisko nad Czarnem morzem — jedna klęska po drugiej spadała na południowe kraje Rzeczypospolitej.

 

„Z początkiem maja r. 1498“ — opowiada współczesny Miechowita — „wpadli na Ruś Turcy, Tatarzy i Wołosi i takie mnóstwo ludzi w sposób okrutny pozabijali, iż wszędzie leżały trupy po drogach i polach, Wszystkie miasteczka, położone u stóp gór Karpackich, jako też koło Lwowa i Przemyśla aż do Kańczugi, spalili i spustoszyli, a zabawiwszy czas niejaki, odeszli z olbrzymimi łupami. Kiedy w środę, dnia 17 maja. nadeszła o tym wiadomość do Krakowa, nastąpiło ogólne przerażenie umysłów, tak, iż niektórzy w ucieczce szukaliby ocalenia, gdyby ich nie powstrzymała obawa, lub nadzieja pomocy ze strony królewskiej“.

 

„Z końcem lipca tego roku“ — opowiada dalej tenże świadek współczesny — „wpadli Tatarzy na Ruś, szeroko rozpuścili swoje zagony i z ogromną zdobyczą wrócili na swe stepy. Na ich spotkanie wyruszył z Krakowa król Olbracht, we wtorek dnia 7 sierpnia, nic jednak nie sprawiwszy, odesłał szlachtę do domu, która tylko najokropniej zniszczyła wszystkie wsie, leżące dokoła Sandomierza. Po Tatarach około św. Katarzyny spustoszyli Turcy okolice podgórskie pod Samborem i Haliczem, nigdzie najmniejszego nie znajdując oporu i tylko za sprawą Boską, czy też pod wpływem nieszczęścia, jakie nad nimi zawisło, w skutek mrozów, słoty, głodu i śniegów zginęło ich przeszło czterdzieści tysięcy; inni jednak, których miało być więcej niż dwadzieścia tysięcy, powrócili szczęśliwie, ogromną wyrządziwszy szkodę“.

 

Nie o wiele pomyślniejsze były lata następne. Tatarzy i Wołosi corocznie prawie pustoszyli województwa południowe; w roku 1500 rozpoczęła się nowa wojna z Moskwą, która szybko w głąb Litwy posuwała swoje podboje, a nadto od Turcji nieustannie groziła straszna, bo nierówna walka z olbrzymią potęgą sułtańską. Co zaś najsmutniejsza, na dworach Jagiellończyków dziwne jakieś zapanowało zwątpienie, tak, iż zamiast energicznie zająć się obroną, głównie wyglądano tylko pomocy z zewnątrz, starając się ją uzyskać nawet stamtąd, skąd właśnie, najmniej jej spodziewać się należało.

 

Już z początkiem czerwca r. 1498 wyprawił Jan Olbracht poselstwo do Niemiec, które miało wyjednać pomoc od Rzeszy niemieckiej, przeciw coraz bardziej wzrastającemu niebezpieczeństwu od wschodu. Poseł polski Mikołaj Rosenberg stanął w połowie lipca w Fryburgu, gdzie wówczas obradował sejm niemiecki, a 15 tego miesiąca wystąpił z uroczystą mową, w której skreślił klęski Polsce zadane, podniósł obowiązek innych państw chrześcijańskich do udzielenia Jagiellonom posiłków i wezwał cesarza do podjęcia ogólnej wyprawy przeciw Turkom. Równocześnie przybyli do Fryburga także posłowie węgierscy, którzy również mieli przedstawić trudne położenie tak Polski jak Węgier i domagać się pomocy, a mianowicie subsydiów pieniężnych na utworzenie armii, mającej walczyć w Węgrzech południowych.

 

Cesarz Maksymilian, jakkolwiek w najwyższym stopniu Polsce niechętny, starał się jednak zachować pozory, jakoby rzeczywiście chciał być Jagiellonom pomocnym. Z tego to powodu nie sprzeciwił się przychylnym dla nich objawom na sejmie w Fryburgu, który postanowił wysłać posłów do papieża i innych monarchów chrześcijańskich, z wezwaniem do wspólnej wyprawy przeciw coraz groźniejszej potędze półksiężyca. Wzajemne porozumienie się w tej sprawie miało nastąpić z końcem tegoż roku, na zjeździe w Wormacji, dokąd wszystkie państwa chrześcijańskie miały przysłać swoich pełnomocników. Prócz tego dnia 8 września wydał Maksymilian polecenie do elektorów saskiego i brandenburskiego, jako też kilku innych książąt niemieckich, ażeby w razie napadu Turków na Polskę, nie omieszkali pospieszyć jej z pomocą.

 

Tak polecenie to, jak uchwały sejmu fryburskiego, niemałą radość wywołały na dworze polskim. Mniemano, iż w ten sposób „położone zostały podstawy“ do przyszłej obrony kraju i szczególną wagę przywiązywano do owego zjazdu, który miał radzić o wielkiej wyprawie przeciw Turkom. Niebawem jednak nadzieje te najzupełniej okazały się złudne. Do owego zjazdu bowiem w Wormacji wcale nie przyszło, a co więcej Maksymilian nie wysłał nawet owych poselstw, mających zaprosić do udziału w nim tak Stolicę apostolską, jak inne dwory europejskie.

 

Mimo to nie przestawali Jagiellończycy wyglądać pomocy z Niemiec i łudzić się obietnicami Maksymiliana. Z początkiem r. 1499 ponownie udał się na dwór cesarski Mikołaj Rosenberg, jako poseł Władysława i Jana Olbrachta. Dnia 31 marca w Kolonii miał u cesarza uroczyste posłuchanie, na którem w obszernej mowie skreślił trudne położenie Polski i Litwy, jako też wynikające stąd niebezpieczeństwo dla całego chrześcijaństwa. Gdyby bowiem inne państwa europejskie nie udzieliły Jagiellonom posiłków, musieliby oni albo ulec w nierównej walce, albo za jakąkolwiek bądź cenę pogodzić się z swoimi nieprzyjaciółmi a w takim wypadku cała potęga niewiernych zwróciłaby się ku dalej na zachód położonym krajom chrześcijańskim. W końcu przypomniał poseł polski obietnice, poczynione na sejmie w Fryburgu, upraszając cesarza o spełnienie ich, tak w jego własnym interesie, jak całego państwa niemieckiego. 

 

Maksymilian i wówczas starał się przybrać pozory jak najszczerszej dla Jagiellonów życzliwości. W tym celu wszedł zapewne w bliższe rokowania z Mikołajem Rosenbergiem, który przez czas dłuższy pozostał w Niemczech; wtedy to prawdopodobnie ułożono, że w sprawie powszechnej wyprawy przeciw Turkom królowie Polski i Węgier wspólnie z cesarzem wyszła swych posłów do Stolicy apostolskiej, a może wówczas także rzucono pierwszą myśl zjazdu Jagiellonów z Maksymilianem, który miał się odbyć z początkiem roku następnego. Jan Olbracht zamierzał wziąć w nim udział albo osobiście, albo przynajmniej w zastępstwie swym świetne wyprawić poselstwo.

 

Ale nawet te skromne projekty, które mogłyby być chyba początkiem jakiejś wspólnej akcji, nigdy nie miały się ziścić. Były to tylko bańki mydlane, którymi przebiegły Maksymilian tak zręcznie umiał łudzić Jagiellonów, iż kiedy w tymże roku 1500 zebrał się sejm Rzeszy niemieckiej w Augsburgu, Władysław i Jan Olbracht znowu przez wspólnego posła swojego Rosenberga dopraszali się udzielenia im pomocy. Cesarz niemiecki wymówił się tym razem trudnością swojego położenia z powodu współczesnych wypadków we Włoszech, przyrzekł jednak, że niezwłocznie po zawarciu pokoju z Francją będzie się starał uczynię zadość ich życzeniu, a nadto przyobiecał zwołać wielką radę do Norymbergi, która miała obmyśleć środki obrony chrześcijaństwa przeciw coraz dalszym podbojom Porty otomańskiej. Były to więc znowu tylko czcze obietnice, do których najmniejszej wagi przywiązywać nie należało. Atoli łatwowierny Władysław tak dalece posuwał się w swej dobroduszności, iż posłał papieżowi niniejszą odpowiedź Maksymiliana i starał się nakłonić Stolicę apostolską do podjęcia pośrednictwa między cesarzem a Ludwikiem XII, spodziewając się, iż obydwaj ci monarchowie pogodziwszy się, niewątpliwie pospieszą mu z pomocą.

 

Zaufanie to w szczerość obietnic cesarskich tym bardziej musi zadziwiać, iż tak w Polsce jak w Węgrzech dobrze wiedziano o właściwym usposobieniu Maksymiliana względem obydwóch tych krajów. Od lat kilkunastu bowiem utrzymywał dom rakuski stosunki z Moskwą, usiłując przy pomocy jej o ile możności osłabić potęgę Jagiellonów, przede wszystkim zaś na swoją korzyść rozstrzygnąć rywalizację o koronę czeską i węgierską. Powszechnie znane są misje, podejmowane w tym celu przez Mikołaja z Popielowa. Dzięki jego zabiegom wzajemne zbliżenie się postąpiło już o tyle, iż w r. 1490 za pośrednictwem Jerzego del Toro zawarł dom habsburski przymierze zaczepno-odporne z w. ks. moskiewskim. Odtąd obydwa te dwory bardzo bliskie łączyły stosunki, przez częste poselstwa nader starannie utrzymywane. Tenże Jerzy del Toro ponownie udał się do Moskwy w r. 1491 w dwa lata później przez czas dłuższy widzimy w Niemczech posłów moskiewskich Jerzego Trachaniotę i Michała Jaropkina, nieoceniony zaś Marino Saniuto przechował nam wiadomość, że dnia 8 listopada r. 1499 przybyli do Wenecji dwaj nieznani nam bliżej posłowie moskiewscy, którzy poprzednio bawili na dworze Maksymiliana.

 

Jak wobec Polski zamierzał cesarz niemiecki skorzystać z swych dobrych stosunków z Moskwą, najlepiej świadczą propozycje jego, uczynione w. księciu w r. 1491 : już wówczas usiłował dwór wiedeński nakłonić Moskwę do wzięcia w opiekę mistrza pruskiego i udzielenia mu swojego poparcia w walce z Polską. Co więcej, poseł austriacki wyznał nawet otwarcie, że Maksymilian stara się podburzyć Krzyżaków przeciw królowi polskiemu i uwolnić ich od polskiego zwierzchnictwa.

 

Nieprzyjazne to stanowisko domu rakuskiego niemałą miało doniosłość w ówczesnych smutnych stosunkach Jagiellonów, a szczególnie Polski i Litwy. Ze wszystkich bowiem wrogów naszych niewątpliwie najniebezpieczniejszym był cesarz Maksymilian, jeden z najgenialniejszych polityków współczesnych i posiadający na swoje zawołanie znakomitą dyplomację, która od niejakiego czasu już prawdziwą stawała się potęgą w stosunkach międzynarodowych. Sąsiedztwo Turcy i pomimo olbrzymiej jej przewagi nie było zbyt groźnym, gdyż przy rozumnej polityce tym łatwiej dały się zachować z nią stosunki pokojowe, że Polska wcale nie leżała w zakresie najbliższych podbojów Porty otomańskiej. Tatarów i Wołochów, jakkolwiek nader dotkliwe były ich najazdy, nietrudno byłoby utrzymać w karbach, przy jako tako zorganizowanej obronie kraju. Podobnież i zapędy Moskwy, pomimo szybkiego wzrostu jej potęgi, można było powstrzymywać przy pewnej energii i zapobiegliwości. Wreszcie Zakon niemiecki zanadto był już wówczas złamany, ażeby poskromienie jego dążeń do niepodległości i zachcianek zaborczych większe mogło wywoływać trudności. Ale szereg tych nieprzyjaciół, jeżeli już liczbą swą był niebezpiecznym, stawał się groźnym od chwili. kiedy przyłączył się do nich taki przeciwnik jak Maksymilian, który z wszystkich tych wrogów mógł utworzyć jeden potężny zastęp, jedne zgodnie działającą i świadomą swoich celów koalicją.

 

Takie było położenie Jagiellończyków u schyłku XV stulecia, tym niebezpieczniejsze, że jak wiadomo, dwaj z nich, a mianowicie Władysław i Aleksander, dziwnym odznaczali się brakiem zdolności i energii. Wśród takich stosunków niespodziewanie błysła im nadzieja pomocy, która i w walce z Turcją nader skuteczne mogłaby oddać usługi i Maksymiliana powstrzymać w jego tajnych intrygach i zabiegach i ułatwić ostateczne poskromienie Zakonu, starającego się odzyskać tak niepodległość, jak dawne swe stanowisko. Nadzieję tę przynosiły wieści z dalekiego zachodu, chociaż właściwym ogniskiem usiłowań, które korzystną tę zmianę miały sprowadzić dla Jagiellonów, był półwysep włoski, a przede wszystkim Wenecja, tak potężną rolę odgrywająca w wypadkach ówczesnych.

 

W połowie XV wieku Rzeczpospolita wenecka stała jeszcze u szczytu swej potęgi. Oprócz wschodniej części górnych Włoch panowała w Istrii i Dalmacji, Peloponezie, wielu wybrzeżach państwa bizantyńskiego i przeważnej części wysp greckiego Archipelagu. Olbrzymie, od wieków gromadzone bogactwa , liczna flota, słynna z swych zwycięstw i dzielności, głęboki rozum polityczny i niezrównana w swej zręczności dyplomacja wszystko to w wysokim stopniu podnosiło urok jej potęgi. Atoli upadek Kon-stantynopola i dla niej nader smutne miał sprowadzić następstwa. Zetknięcie się z Turkami, którego tak usilnie przez czas dłuższy starała się uniknąć, w' końcu stało się nieuchronnym, a Rzeczpospolita już w pierwszej piętnastoletniej wojnie bardzo dotkliwe poniosła straty i tylko wielkimi ofiarami zdołała okupić zawarcie pokoju.

 

U schyłku XV wieku walka rozpoczęła się na nowo i szybko coraz większe przybierała rozmiary. Szczęście wojenne wszędzie jednak sprzyjało wojskom tureckim. W bitwie morskiej pod Modonem flota wenecka zupełną poniosła klęskę, a Turcy zdobyli niebawem Lepanto, Modon, Koron, Nawarin i Eginę. Teatr wojny rozszerzył się równocześnie i na Istrię i Dalmację, gdzie wojska sułtańskie przeszło 100 wsi i miasteczek spaliły i spustoszyły. Doniosłość tych klęsk była tak wielką, iż w samej stolicy ogólny powstał popłoch i przerażenie.

 

Już doświadczenia poprzedniej wojny musiały przekonać Rzeczpospolitą, że sama nie zdoła się oprzeć olbrzymiej potędze Osmanów. Mogłyby ich były poskromić albo wspólne wyprawy narodów chrześcijańskich, albo przynajmniej koalicja, złożona z kilku państw najbardziej przez nich zagrożonych. To też Wenecja, nie w szczęściu oręża, lecz w zręczności swych ajentów dyplomatycznych główną pokładała nadzieję i już w połowie r. 1499 bardzo gorliwą rozwinęła działalność, aby także inne państwa europejskie pobudzić do wspólnego wystąpienia przeciw Turkom.

 

Usiłowania te tym większą miały wagę, że zwłaszcza wówczas bardzo bliskie związki łączyły ją z dworem francuskim i Stolicą apostolską. Z ścisłych tych stosunków, które powstały w skutek chwilowej wspólności interesów w sprawach włoskich, postanowiła Rzeczpospolita skorzystać, aby przy pomocy swych sprzymierzeńców nakłonić, także inne państwa chrześcijańskie, a przede wszystkim Jagiellonów, do udziału w walce z Portą otomańską.

 

Plan działania obmyślony był z prawdziwie włoską przebiegłością. Nie sami Wenecjanie mieli rozpocząć swe zabiegi, lecz równocześnie miała także wpływać w tymże duchu Kuria Rzymska i dwór francuski. Udział Francji i moralne poparcie Stolicy apostolskiej miały zachęcać i poniekąd być nawet rękojmią powodzenia.

 

Pierwszy krok uczyniła Wenecja. Z końcem września tegoż r. napisał doża wenecki Augustyn Barbadico list do króla czeskiego i węgierskiego Władysława, w którym uwiadomił go o wiarołomstwie, jakiego się dopuścili się Turcy, zrywając pokój niedawno zaprzysiężony i o zdobyczach ich i spustoszeniach, zrządzonych w Grecji i Dalmacji. Zdaniem Rzeczypospolitej sułtan turecki uczynił to dla tego, ażeby, zniszczywszy jej potęgę, tym łatwiej rzucić się na inne kraje chrześcijańskie. „Z tego to powodu tak Ojciec święty jak arcychrześcijański król Francji teraz bawiący w Mediolanie, obydwaj sprzymierzeńcy nasi, chcąc razem z nami stawić czoło coraz bardziej grożącym niebezpieczeństwom, postanowili wezwać wszystkich monarchów chrześcijańskich do podjęcia wspólnej wyprawy krzyż owej. Papież wysłał już w tym celu nuncjusza, Najprzewielebniejszego biskupa kalieńskiego, król arcychrześcijański także swego posła wyznaczył, a my również wyprawiliśmy naszego pełnomocnika, który niebawem przybędzie do waszej królewskiej Mości“. W końcu przestrzega doża wenecki, ażeby Węgry nie wiązały się z Turcją ani zawarciem pokoju, ani też dłuższym rozejmem i wyraża nadzieję, że Władysław i król polski, „idąc w ślady swoich przodków, tak w tej sprawie postąpią, jak tego wymagały stosunki ówczesne i dobro całego chrześcijaństwa“.

 

Niezwłocznie po wyprawieniu tego listu wysłano do Węgier sekretarza Rzeczypospolitej Franciszka da la Zuecha. W instrukcji polecono mu przede wszystkim najuroczyściej upewnić Władysława, że tak papież i król francuski, jak Wenecja zdecydowani są do podjęcia stanowczej walki z Turkami. Oświadczenie to miało zachęcić Jagiellonów do wojny z sułtanem; głównym też zadaniem posła weneckiego było nakłonić dwór węgierski do otwartego zerwania z Turcją, a przynajmniej przeszkodzić zawarciu pokoju lub dłuższego rozejmu.

 

Franciszek da la Zuecha opuścił Wenecję 29 września i stanął na dworze węgierskim z końcem października tego roku. Równocześnie przybył tu także nuncjusz papieski. Dyplomacja wenecka bowiem już w ostatnich dniach sierpnia umiała sobie wyjednać poparcie u Stolicy apostolskiej. Misję tę otrzymał Kasper Golfi, biskup kalieński i 14 września wyjechał z Rzymu do Węgier, skąd następnie udał się do Polski. Rzeczpospolita niebawem też tak przez swojego sekretarza, jak nuncjusza papieskiego rozpoczęła w Budzie swe zabiegi, z niecierpliwością wyglądając przybycia także pełnomocnika francuskiego.

 

Ludwik XII jeszcze w połowie września postanowił wyprawić posła do Władysława, chociaż, jak się później okazało, w celach, niezupełnych zgodnych z planami swych sprzymierzeńców.

Poseł francuski Jan Candida, protonotariusz apostolski, przez północne Włochy udał się do Węgier i przybył do Wenecji dnia 22 października. Porozumienie obydwóch państw było tak ścisłe, iż poseł francuski przedłożył senatowi swe instrukcje; zgadzały one się najzupełniej z ówczesną polityką Rzeczypospolitej, w niczym nie zdradzając właściwych zamysłów dworu francuskiego. W kilka dni później Candida w dalszą puścił się drogę , ale niebawem ciężką złożony chorobą, dojechał tylko do Seni, miasteczka położonego nad Adriatykiem w Chorwacji, gdzie wkrótce życia dokonał. Przed śmiercią jednak misję swą powierzył krewnemu i towarzyszowi podróży, który szczęśliwie stanął na dworze węgierskim i odprawił swe poselstwo.

 

Pomimo wspólnego działania trzech sprzymierzeńców, usposobienie chwiejnego i nieudolnego Władysława wcale nie odpowiadało życzeniom senatu weneckiego. Równocześnie bowiem nie brakło także innych wpływów , wręcz przeciwnie działających : z jednej strony sułtan turecki Bajazet już z końcem r. 1499 rozpoczął starania, aby króla węgierskiego nakłonić do zawarcia pokoju, z drugiej zaś Maksymilian, obawiając się zbliżenia Francji i Wenecji do Jagiellonów, usiłował jak najbardziej pociągnąć ich ku sobie, a nawet zaproponował Władysławowi małżeństwo z córką swą Małgorzatą, wdową po infancie hiszpańskim. Właśnie wówczas odbywały się także rokowania w sprawie owego zjazdu Jagiellończyków z cesarzem, który z tego powodu raz po raz przysyłał posłów swych do Budy. Zabiegi te dworu wiedeńskiego w najwyższym stopniu zaniepokoiły Rzeczpospolitą, tym bardziej, że nuncjusz papieski, wróciwszy z Polski, w miesiącu lutym opuścił Węgry i udał się do Rzymu.

 

W Wenecji bardzo trafnie oceniano wynikające stąd dla niej niebezpieczeństwo. „Uważamy jako rzecz nader użyteczną i potrzebną“ — pisze senat wenecki już w liście z dnia 6 stycznia r. 1500 — „zapobiec jak najszybciej, aby złośliwe machinacje naszych przeciwników zbytnio się nie wzmagały, gdyż mogłoby to wyrządzić nam szkodę, lub nawet podkopać dobre porozumienie z naszymi sprzymierzeńcami“. Niezwłocznie też postanowiono zająć się z całą energią zwalczeniem tych wpływów nieprzyjaznych, przede wszystkim zaś zupełnie sobie pozyskać Jagiellonów, a szczególnie Władysława. Królestwo Arpadów bowiem otaczała jeszcze aureola zwycięstw i sławy, odziedziczona po Hunyadym i Macieju Korwinie. Wielkie ich czyny znane były całej Europie i tak potężnym urok ich pamięci, iż na całym Zachodzie w Węgrzech widziano główną obronę chrześcijaństwa przeciw Turkom. To też i Wenecja dworowi węgierskiemu główną poświęcała uwagę, usiłując choćby za wysoką cenę wciągnąć go w swe plany.

 

Cel ten zamierzano osiągnąć, oddając Władysławowi kilka usług niemałej doniosłości. Jedną z najważniejszych miało być uzyskanie dyspensy, z powodu jego zaręczenia się z Beatryksą, wdową po Macieju Korwinie, z którą Władysław przyrzekł ożenić się, ubiegając się o koronę węgierską, a nawet miał wziąć z nią ślub potajemnie. Później jednak, ze względu na wiek jej podeszły, starał uwolnić się od tych zobowiązań. Sprawa ta ciągnęła się przez czas dłuższy i tym bardziej stała się niemiłą i drażliwą, że papież Aleksander VI listownie i przez legata upominał króla węgierskiego, aby uczynił zadość swym przyrzeczeniom i Beatryksę pojął za małżonkę.

 

W Wenecji bardzo dobrze wiedziano, jak gorąco pragnął Władysław zerwania tych węzłów, które mu nie pozwalały zawrzeć innych związków małżeńskich. Spełnienie jego życzeń pod tym względem musiałoby go zobowiązać wobec Rzeczypospolitej i pozyskać dla niej jego przychylność, a w konsekwencji głosowi jej reprezentantów tym więcej nadać wpływu i znaczenia. Usługę tę z łatwością mógł mu oddać senat wenecki, przy swoich dobrych stosunkach z Kurią rzymską i tak ściśle związanym z nią dworem francuskim, a dyplomacja wenecka już z początkiem roku 1500 bardzo gorliwą w tym celu rozwinęła działalność.

 

Równocześnie starali się o dyspensę także posłowie węgierscy, bawiący w Rzymie, ale gdyby nie udział Wenecji, usiłowania ich prawdopodobnie nie odniosłyby skutku zamierzonego. Dwór węgierski bowiem nie posiadał dostatecznego wpływu u Stolicy apostolskiej, a prócz tego zabiegi te bardzo usilnie starali się zwalczyć posłowie hiszpański, cesarza Maksymiliana i brata królowej Beatryksy, Fryderyka, króla neapolitańskiego. Tym bardziej więc pożądaną była pomoc Rzeczypospolitej. Senat wenecki nie tylko przez swojego posła przedstawiał papieżowi, że dla dobra chrześcijaństwa powinien w tej sprawie uczynić zadość życzeniom Władysława, ale nadto umiał mu wyjednać poparcie Ludwika XII, co przy jego potężnym wpływie i ścisłych stosunkach z Aleksandrem VI w końcu musiało przechylić szalę zwycięstwa na rzecz dworu węgierskiego.

 

Niemniej gorliwie pracowała dyplomacja wenecka, aby od Kurii rzymskiej i Ludwika XII uzyskać dla Węgier subsydia na wojnę z Turcją, a nadto starała się ująć sobie Władysława i magnatów węgierskich, dogadzając ich dumie osobistej i narodowej.

 

Głównym środkiem ku temu miało być przysłanie uroczystych poselstw przez papieża, króla francuskiego i Wenecję. Starania jej w tym celu tak w Rzymie jak na dworze francuskim rozpoczęły się już z początkiem stycznia r. 1500, a w połowie tegoż miesiąca postanowił senat wenecki wyprawić do Węgier wielkie poselstwo, także w imieniu Rzeczypospolitej.

 

Misję tę otrzymali Wiktor Soranzo i Sebastian Giustignani. Mieli oni wyjechać z Wenecji z początkiem lutego, wyjazd ich wstrzymano jednak, spodziewając się, że wkrótce przybędą posłowie francuscy, z którymi razem miano ich wyprawić do Węgier, Ale kiedy zapowiedziane przybycie poselstwa francuskiego coraz bardziej się opóźniało, postanowiono nie zwlekać dłużej z ich wysłaniem: Soranzo i Giustignani opuścili Wenecję w połowie marca, a 2go kwietnia stanęli na dworze węgierskim.

 

Na pierwsze publicznym posłuchaniu, które się odbyło 5-go kwietnia, mieli według udzielonej im instrukcji przedstawić tylko wielkość niebezpieczeństwa grożącego chrześcijaństwu od Turków, oddać należne pochwały Władysławowi i magnatom węgierskim, z powodu ich gotowości do walki z niewiernymi, a w końcu złożyć uroczyste zapewnienie przyjaźni tak dla Węgier i Polski, jak panujących w tych krajach monarchów i całej rodziny Jagiellonów.

 

Nierównie większą doniosłość miały ich propozycje, przedłożone na tajnej audiencji, której jeszcze tego samego dnia udzielił im Władysław. Chcąc okazać życzliwość dlań Rzeczypospolitej, szczegółowo skreślili zabiegi dyplomacji weneckiej, podejmowane w celu uzyskania dyspensy, a następnie przystąpili do głównej treści swej legacji: w najważniejszym z jej ustępów zaproponował senat wenecki Władysławowi zawarcie przymierza, lub ogólnej ligi państw chrześcijańskich przeciw Turkom, która przede wszystkim obejmowałaby Polskę i Węgry.

 

Propozycje te bardzo dobre wrażenie sprawiły na dworze węgierskim, a ponieważ posłowie weneccy najrozleglejsze w tej sprawie otrzymali pełnomocnictwo, bezzwłocznie wyznaczył Władysław czterech z dostojników, dla zawiązania bliższych rokowań. Prawdopodobnie wziął w nich udział także poseł polski, który dnia 7 kwietnia przybył do Budy. Ale układy te, pomimo przychylnego usposobienia dworu i najbardziej wpływowych magnatów, wcale nie postępowały naprzód; przewlekano je tylko, oczekując przybycia legata papieskiego, a przede wszystkim posłów francuskich.

 

Stolica apostolska pomimo nalegania Rzeczypospolitej nie spieszyła się z wysłaniem swojego pełnomocnika, z powodu znacznych kosztów takiej misji i dopiero w czerwcu wyprawiła swojego reprezentanta. Nie był to jednak jeden z kardynałów — jak tego domagała się Wenecja — lecz biskup kalieński Kasper Goli, któremu poprzednich misję powierzono w tej sprawie.

 

Ludwik XII już z końcem stycznia postanowił wysłać do Węgier swoje poselstwo, a mianowicie mistrza Mateusza Toustain, „członka wielkiej rady królewskiej“ i Waleriana de Marignac, wielkorządcę dóbr królewskich z Senlis. Zdaje się jednak, że posłowie ci dopiero z końcem lutego wybrali się w drogę, do Wenecji przybyli bowiem 2 kwietnia. Tutaj uwiadomiono ich o dotychczasowych działaniach posłów weneckich na dworze węgierskim, udzielając zarazem kilku rad, co do własnego ich postępowania. Poselstwo francuskie jak najszybciej miało się udać do Węgier. Przybywszy do Budy, mieli posłowie wszelkimi sposobami nakłaniać króla węgierskiego do wojny z Turkami i do zawarcia przeciwko nim ligi z Francją, Wenecją i Stolicą apostolską. Aby zaś tym bardziej zachęcić go do takiego sojuszu, miano mu przyrzec subsydia ze strony Ludwika XII, a gdyby posłowie nie otrzymali dostatecznego pod tym względem pełnomocnictwa, mieli się jak najprędzej o nie postarać; senat wenecki uważał obietnicę tego rodzaju jako główny warunek powodzenia tak własnych usiłowań, jak zabiegów, podejmowanych przez posłów francuskich. W końcu jak najbardziej zalecono im projekt Ludwika XII ożenienia Władysława z jedną z księżniczek francuskich, „gdyż w ten sposób nie tylko jak najściślej zostanie on związany z królem arcychrześcijańskim, ale nadto stanowczo zapobiegnie się przeciągnięciu go na stronę przeciwną za pośrednictwem węzłów małżeńskich.

 

Posłowie francuscy opuścili Wenecję 7 kwietnia; 15 maja przybyli do Budy, a w dwa dni później otrzymali pierwszą audiencję). Bezzwłocznie też rozpoczęły się rokowania pomiędzy poselstwem Ludwika XII, a pełnomocnikami Władysława, w których wziął udział także poseł polski, od dłuższego czasu już bawiący na dworze węgierskim.

 

W Polsce już z końcem r. 1499 wiedziano o propozycjach przymierza, czynionych Jagiellonom przez Francję i Rzeczpospolitą wenecką. Wiadomość ta niemałą radość wywołała na dworze naszym, a nadto cały szereg nader śmiałych i daleko idących nadziei. „W skutek niebezpieczeństw, grożących Włochom i cesarstwu niemieckiemu“ — pisze Jan Olbracht w liście z 2 stycznia do Łukasza Watzelrode, biskupa warmińskiego — „nastręcza nam się wyborna sposobność, abyśmy państwo nasze, prawie zupełnie podupadłe, wzmocnili i ocalili, lub też bezczynnością na wieczną narazili zgubę. Chcąc zatem skorzystać z ofiarowanej nam sposobności i jak najprędzej za wspólnym porozumieniem przystąpić do czynności dla nas zbawiennych, upraszamy najsilniej Waszej Przewielebności, abyś jak najspieszniej, z zupełnym pominięciem wszelkich spraw prywatnych, zechciał do nas przybyć w dniu Nawrócenia św. Pawła, co też uczynią także inni panowie radcy nasi, abyśmy, korzystając z dogodności czasu, uchronili przynajmniej Rzeczpospolitą od upadku, do którego chyli się coraz bardziej“.

 

Usposobienie dworu polskiego i samego Jana Olbrachta jeszcze lepiej maluje list następujący, który nazajutrz, dnia 3 stycznia, wyprawiono do tegoż biskupa warmińskiego.

 

„Nigdy jeszcze Królestwo to“ — czytamy w tymże piśmie — „nie miało lepszej sposobności do zaradzenia sprawom swoim i doprowadzenia ich do stanu pomyślnego i spokojnego, z największą swą chwałą jak obecnie, kiedy prawie wszystkie państwa chrześcijańskie w nieustannych walkach nawzajem się gnębią i prześladują. Ofiarują nam bowiem środki nie do pogardzenia i wcale dogodne, którymi i stan rzeczy w Prusiech moglibyśmy utrwalić i być bezpiecznymi od Turków i tak od Stolicy apostolskiej jak od króla rzymskiego rozliczne osiągnąć korzyści. Potrzeba nam jednak dobrej rady, aby krótkość czasu nam nie zaszkodziła i nie pozbawiła nas tej sposobności nie tylko ze szkodą, ale nadto z hańbą naszą, gdyż każdy monarcha zapobiega grożącym mu niebezpieczeństwom i w tę stronę się zwraca, z której spodziewa się lepszej i skuteczniejszej obrony“. List ten kończy Jan Olbracht najusilniejszym wezwaniem, aby biskup warmiński jak najprędzej przybył do Krakowa, ze względu na wielką doniosłość chwili ówczesnej, która zdaniem królewskim, tak ważne usługi mogła oddać państwu polskiemu.

 

Takimi nadziejami ożywiony zwołał Jan Olbracht ową radę senatu, która miała zebrać się z końcem stycznia tego roku. O przebiegu jej niestety żadnych nie posiadamy wiadomości, zdaje się jednak, że wówczas musiano uchwalić wysłanie poselstwa do Węgier, które miało wziąć udział w rokowaniach z Francją i Rzecząpospolitą wenecką. Misję tę otrzymał Piotr Kmita z Wiśnicza, kasztelan sandomierski i marszałek Królestwa polskiego; w dość licznym jego orszaku znajdował się także Mikołaj z Wilkanowa, kanonik płocki i sekretarz królewski. Poselstwo to prawdopodobnie w połowie marca wyjechało z Krakowa, a dnia 7 kwietnia stanęło w Budzie.

 

W połowie maja, jak już wspomniałem, rozpoczęły się owe rokowania między Francją i Wenecją, a Jagiellonami. Wówczas dopiero okazało się, że cele, do których zmierzał Ludwik XII, znacznie różniły się od planów Rzeczypospolitej.

 

Pewne podejrzenia pod tym względem powzięto w Wenecji już w roku poprzednim. Kiedy bowiem poseł francuski Jan Candida udawał się do Węgier, zalecił wprawdzie senat wenecki swojemu sekretarzowi, bawiącemu w Budzie, ażeby działał z nim zgodnie i w ścisłym porozumieniu, ale dodał zarazem, aby w postępowaniu swym bardzo był oględnym i baczne miał oko na wszystkie jego czynności i zabiegi.

 

Z tym wszystkim jednak wtedy jeszcze nie miano w Wenecji jasnego wyobrażenia o właściwych dążnościach dworu francuskiego, a łudzono się tym bardziej, że Ludwik XII wszelkie zachowywał pozory, jakoby zamiary jego najściślej łączyły się z polityką Rzeczypospolitej.

 

Ale zawiązanie układów z Jagiellonami musiało ostatecznie odsłonić właściwe plany dworu francuskiego. Wówczas też okazało się, ze między dążnościami obydwóch sprzymierzeńców znaczne zachodziły różnice, będące naturalnym wynikiem odmiennych ich potrzeb i interesów.

 

O polityce ówczesnej Wenecji zdecydowały ostatnie wypadki na półwyspie bałkańskim. Coraz dalej posuwające się podboje Porty otomańskiej zagrażały jej zupełną utratą posiadłości w Grecji, Istrii i Dalmacji, a nadto zniweczeniem najżywotniejszych dla niej stosunków handlowych. Co więcej. Rzeczpospolita wiedziała bardzo dobrze, że sama nie zdoła się oprzeć olbrzymiej potędze Osmanów, musiała więc przede wszystkim dążyć do utworzenia koalicji przeciw Turkom, z pominięciem wszelkich spraw środkowej i zachodniej Europy, które wobec walki, toczącej się na wschodzie, dla niej prawie żadnego nie miały znaczenia. I dla tego to tak usilnie pracowała dyplomacja wenecka nad zawiązaniem ligi państw chrześcijańskich przeciw niewiernym i starała się nakłonić tak Francję jak Stolicę apostolską do udzielenia Władysławowi subsydiów na wojnę z Turcją.

 

Zupełnie odmienne było stanowisko Ludwika XII. Zdobycze Turków na wschodzie nie ‘zagrażały ani jego posiadłościom, ani też nie podkopywały handlu francuskiego. Dla Francji podboje ich dopiero wtedy byłyby niebezpieczne, gdyby wojska tureckie wtargnęły do Włoch, gdzie król francuski posiadał już Mediolan, a wkrótce spodziewał się zdobyć królestwo neapolitańskie. Dwór francuski pragnął także powstrzymania Otomanów w ich coraz dalszym posuwaniu się ku zachodowi, ale nie było to ani głównym, ani też jednym z najważniejszych jego celów. Z tego to powodu Ludwik XII nie okazywał się zbyt skłonnym do ofiar na obronę Węgier, przeciw coraz groźniejszym najazdom tureckim. Natomiast rywalizacja z domem rakuskim była osią polityki francuskiej, a jednym z najważniejszych jej zadań pozyskanie sprzymierzeńców do walki z Habsburgami.

 

Wskutek współzawodnictwa o koronę czeską i węgierską i wobec związków domu austriackiego z Moskwą naturalnymi sojusznikami Francji byli królowie Polski i Węgier; połączenie z Jagiellonami tein bardziej zaś musiało się wydawać pożądanym, że dynastia ta stała wówczas u szczytu swej potęgi. Ludwik XII spodziewał się zapewne, że zdołają oni nie tylko powstrzymać dalsze podboje Porty otomańskiej, ale nadto nader cenne oddadzą mu usługi w walce z domem rakuskim. Dyplomacja francuska dążyła więc podobnie jak wenecka do zawiązania ścisłych stosunków z Polską i Węgrami, choć nie do zawarcia ligi, skierowanej wyłącznie przeciw Turkom. Celem jej było utworzenie koalicji, która z jednej strony położyłaby tamę dalszemu wdzieraniu się Osmanów w głąb Europy, a przede wszystkim powstrzymała ich od wtargnięcia do Włoch, z drugiej zaś ważną odegrała rolę w wypadkach współczesnych, a zwłaszcza ułatwiła dworowi francuskiemu rywalizację z domem habsburskim.

 

Takie dążności Ludwika XII objawiły się bezzwłocznie po rozpoczęciu układów. Posłowie weneccy już w liście z 21 maja donieśli Rzeczypospolitej , że poselstwo francuskie nie stara się o utworzenie ligi przeciw Porcie otomańskiej , lecz o zawarcie koalicji z Jagiellonami, do której Francja ma zawezwać także Wenecję i Stolicę Apostolską. W następnej relacji z 25 t. m. dodali nadto, że król „arcychrześcijański“ zamierza węzłami pokrewieństwa połączyć się z Władysławem i że w tym celu zaproponowano mu małżeństwo z jedną z księżniczek francuskich.

 

Wiadomości te ogromne sprawiły niezadowolenie w Wenecji. Bardzo słusznie bowiem obawiano się, że rokowania te znacznie opóźnią, lub nawet zupełnie udaremnią zawarcie ligi państw chrześcijańskich przeciw Turkom. Senat wenecki natychmiast udał się z przedstawieniami w tej sprawie do Ludwika XII, a swoim posłom w Budzie zalecił, aby układy jak najbardziej starali się przewlekać , spodziewając się, że tymczasem może uda się wywołać zmianę w usposobieniu dworu francuskiego.

 

Ale wszystkie zabiegi Rzeczypospolitej najzupełniej pozostały bez skutku, a dnia 14 lipca stanął uroczysty traktat przymierza między Ludwikiem XII, a Władysławem i Janem Olbrachtem, zawierający następujące ważniejsze postanowienia.

 

Wszyscy trzej monarchowie połączyli się węzłem „najszczerszej przyjaźni i wieczystego sojuszu tak przeciw Turkom jak wszelkim swym nieprzyjaciołom, obecnym lub przyszłym“. Gdyby jeden ze sprzymierzeńców za zgodą innych i „z słusznych przyczyn“ rozpoczął z kim wojnę, będą oni obowiązani udzielić mu posiłków w ilości i w sposób poprzednio umówiony. W razie jeżeliby papież ogłosił powszechną wyprawę przeciw Turkom, królowie Polski i Węgier na czele wszystkich swych sił wyruszą przeciw niewiernym. W takim wypadku Ludwik XII również wystąpi do walki w sposób, odpowiadający jego stanowisku jako „monarchy katolickiego i gorliwego obrońcy wiary chrześcijańskiej“. Wszyscy trzej sprzymierzeńcy przyrzekli sobie mieć odtąd tylko wspólnych przyjaciół i nieprzyjaciół; przeciw tym ostatnim zobowiązali się wspierać się nawzajem i bronić, z wyjątkiem Stolicy apostolskiej i cesarstwa rzymskiego. Prócz tego zastrzegł sobie Ludwik XII, że postanowienie to nie odnosi się także do Rzeczypospolitej weneckiej, którą będzie mógł wprowadzić do niniejszej koalicji, Władysław zaś i Jan Olbracht co do cesarza niemieckiego Maksymiliana, brata swojego Aleksandra, jako też elektorów i wszystkich innych książąt państwa niemieckiego, tak świeckich jak duchownych, którzy również będą mogli przystąpić do tego przymierza. Zastrzeżenia te miały jednak tylko dopóty zachować moc obowiązującą, dopóki wymienieni powyżej książęta niczego nie przedsięwezmą przeciw królowi Francji, ani też królom Polski i Węgier i ich następcom, albo też jawnie lub skrycie niczego nie uczynią przeciw zamierzonej ogólnej wyprawie przeciw Turkom. W razie przeciwnym wszyscy trzej monarchowie będą obowiązani wypowiedzieć im wojnę i z całą energią wystąpić w obronie zagrożonego przez nich członka koalicji. Nadto zobowiązali się sprzymierzeni nie wchodzić odtąd w żadne bliższe związki z tymiż książętami, którym natomiast pozostawiono rok czasu do przystąpienia do niniejszego przymierza. Dla zatwierdzania tego traktatu przyrzekli Władysław i Jan Olbracht jak najprędzej przysłać do Francji swoich posłów, którzy mieli otrzymać najrozleglejsze pełnomocnictwo dodania innych jeszcze artykułów, lub poczynienia w nich pewnych zmian, jako też przyjęcia nowych ściślejszych zobowiązań. W końcu oświadczył Władysław, że ponieważ poseł polski nie miał dostatecznego pełnomocnictwa do zawarcia przymierza, przeto król węgierski, porozumiawszy się z swym bratem listownie i przez posłów, zaręcza uroczyście, że Jan Olbracht przyjmie wszystkie artykuły powyżej wymienione, najściślej ich będzie przestrzegał i przez posłów swych i pisma odpowiednie układ ten zatwierdzi.

 

Taki traktat zawarto wówczas między Francją a Jagiellonami. Treść jego świadczy aż nadto wymownie, że był on dziełem skreślonej powyżej polityki francuskiej. Celem jego było z jednej strony zachęcić Jagiellonów do wojny z sułtanem i w ten sposób powstrzymać Turków od wtargnięcia do Włoch, z drugiej zaś mieć na wschodzie sojuszników do walki z domem rakuskim. Owe zastrzeżenia co do cesarza i książąt niemieckich , pozostawiony im rok czasu do wzięcia udziału w koalicji — nie były oczywiście niczym innym, jak tylko dość niezręcznie ułożonym środkiem, mającym do pewnego czasu osłaniać właściwe zamiary sprzymierzeńców.

 

W dwa dni po zawarciu tego traktatu posłowie francuscy, hojnie obdarowani przez Władysława, opuścili Budę, 10 sierpnia przybyli do Wenecji, a z końcem września stanęli w Blois, gdzie przed Ludwikiem XII zdali sprawę z swojego poselstwa.

 

Dla zatwierdzenia zawartego z dworem francuskim sojuszu mieli królowi Polski i Węgier jak najprędzej przysłać swoich posłów do Francji. Jan Olbracht bezzwłocznie też po powrocie poselstwa polskiego z Pudy wyznaczył w tyra celu jednego z najznakomitszych senatorów, a mianowicie Łukasza Watzelrode, biskupa warmińskiego. Ale już z początkiem września tego roku zmienił swoje postanowienie i zamierzał misję tę powierzyć komu innemu. W skutek tego przewlekało się przez czas dłuższy wysłanie tych poselstw. W listopadzie tego roku. wezwał Władysław Jana Olbrachta dc przysłania swoich pełnomocników, gdyż posłowie węgierscy gotowi już do podróży, oczekiwali tylko ich przybycia, aby z nimi razem wyruszyć do Francji. Jednak poselstwo polskie, dopiero w połowie grudnia wybrało się w drogę, a dnia 30 t. m. stanęło na dworze węgierskim.

 

Z zwłoki tej starał się skorzystać Maksymilian i rozerwać ścisłe stosunki, zawiązane między Francją a Jagiellonami. W tym celu uczynił Władysławowi cały szereg propozycji, a między innymi ponownie zaproponował mu zawarcie małżeństwa z córką swą Małgorzatą, wdową po infancie hiszpańskim. Zabiegi cesarza nie odniosły wprawdzie skutku zamierzonego, wpłynęły jednak — o ile się zdaje — na dalszą zwłokę w wysłaniu owych poselstw. Tymczasem zaś umarł Jan Olbracht dnia 17 czerwca r. 1501. Wobec bezkrólewia w Polsce postanowił król węgierski nie czekać dłużej i choć bez jej udziału wyprawić swoich posłów do Ludwika XII.

 

Poselstwo to, jak wiadomo, zawarło traktat małżeński między Władysławem i Anną de Candale, który to związek oczywiście jeszcze bliżej połączył go z dworem francuskim. W ten sposób plany Ludwika XII zupełnie zostały spełnione; stosunki jego z Jagiellonami, a szczególnie z królem węgierskim były też odtąd tym ściślejsze, że opierały się nie tylko na traktacie przymierza wspólności interesów, ale nadto tak ważnych w tym wypadku węzłach familijnych.

 

W powyższym opowiadaniu starałem się przedstawić, jak powstała we Francji myśl tej koalicji, w jaki sposób ją zawiązano i jakie cele zamierzał przez nią osiągnąć dwór francuski. Pozostaje mi jeszcze powiedzieć słów kilka o skutkach zawarcia tego przymierza, a przede wszystkim o następstwach, jakie wynikły stąd dla Polski.

 

Nie ulega wprawdzie wątpliwości, że nieco złudne, a nawet zbyt śmiałe były owe nadzieje, jakie powziął Jan Olbracht na wiadomość o propozycji przymierza, uczynionej Jagiellonom przez posła francuskiego. Z tym wszystkim jednak ścisłe i trwałe połączenie z Francją byłoby dla Polski wynikiem naturalnej, a wobec rywalizacji z domem rakuskim o koronę czeską i węgierską jedynie rozumnej i zbawiennej polityki. Tylko w ten sposób mogli Jagiellonowie utrzymać się na swoim dotychczasowym, dominującym stanowisku w wschodniej Europie. Wszelkie zejście z tej drogi, wszelkie godzenie się z Habsburgami musiało ich ostatecznie doprowadzić do konsekwencji, które równały się prawie abdykacji politycznej. To też zawarcie przymierza z r. 1500 musimy uważać jako wypadek pomyślny w dziejach naszych, jako fakt pierwszorzędnej wagi w historii Jagiellonów. Wprawdzie znaczenie jego głównie zależało od trwałości zainaugurowanej wówczas polityki — następstwa bowiem tego związku w całej swej doniosłości mogły się okazać dopiero po upływie dziesiątków lat — atoli pomniejsze korzyści dałyby się osiągnąć natychmiast, lub przynajmniej w krótkim przeciągu czasu. I tak n. p. na wojnę z Turkami już wtedy można było dość znaczne subsydia uzyskać od Ludwika XII. Podobnież w sprawie pruskiej mógł dwór polski z łatwością wyjednać sobie tak skuteczne wówczas poparcie Francji u Stolicy apostolskiej. Zresztą korzyści, jakie Polska mogłaby osiągnąć od swojego sprzymierzeńca, byłyby tym większe, im więcej potrzebowałby on jej pomocy, im bardziej wprost przeciw domowi rakuskiemu zwracałaby się polityka francuska.

 

Niestety w pierwszych latach po zawarciu tego przymierza usiłowania Francji właśnie w innym zmierzały kierunku. Zdobycie Włoch było jak wiadomo myślą przewodnią Ludwika XII. Odzyskawszy Mediolan, zapragnął on opanować także królestwo neapolitańskie. Wojska francuskie zdobyły je w prawdzie z łatwością, zwłaszcza przy pomocy Ferdynanda Katolickiego, ale z tym ostatnim przyszło niebawem do nieporozumień, a nawet walki otwartej.

 

Trzyletnia wojna z królem aragońskim, jaka się stąd wywiązała, skończyła się zupełną klęską Francji, a co gorsza, Ludwik XII, z niechęci do niedawnego sprzymierzeńca, starał się porozumieć z domem rakuskim i już w r. 1504 ściśle się z nim połączył, w traktatach zawartych w Blois, a następnie w słynnej lidze kambryjskiej.

 

Tymczasem umarła Anna, żona Władysława; odtąd stosunki pomiędzy obydwoma dworami stawały się coraz rzadsze i tym bardziej poczęły się oziębiać, że Francja w owych czasach nie potrzebowała pomocy Jagiellonów. W ten sposób zwolna, bez żadnych skutków dodatnich, rozchwiała się owa koalicja. Jagiellonowie żadnego nie mieli z niej pożytku. Natomiast ścisłe ich połączenie z Ludwikiem XII jeszcze bardziej spotęgowało niechęć ku nim cesarza Maksymiliana. Od tego czasu z podwojoną energią zwracają się przeciw Polsce zabiegi dworu cesarskiego. Wówczas to podnosił Maksymilian pretensje państwa niemieckiego do Prus i powołując miasta pruskie na sejmy i przed sądy niemieckie, ponownie zaczął podburzać Moskwę i Krzyżaków, a nadto usiłował dworowi polskiemu nowego stworzyć wroga w osobie Konrada, księcia mazowieckiego, którego szczególną otaczał opieką. Tak więc związek z Francją nie tylko żadnej nie przyniósł Polsce korzyści, ale nadto sprowadził następstwa , które jeszcze bardziej utrudniały i tak już nader smutne jej położenie ówczesne.

Dr. Aleksander Hirschberg

 

Aleksander Hirschberg (ur. 15 grudnia 1847 we Lwowie, zm. 27 lipca 1907 we Lwowie) – historyk polski, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, kustosz Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, członek-korespondent Akademii Umiejętności, członek korespondent Towarzystwa Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu od 1890 roku.



tagi: jagiellonowie francja sojusz 1500 rok 

rotmeister
16 lipca 2017 21:42
9     508    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
pink-panther @rotmeister
16 lipca 2017 22:18

Bezcenny materiał informacyjny ale depresyjnyyyyy, jak mało co. To chyba cud, że Rzeczpospolita dotrwała do XVIII w w tych wszystkich konfiguracjach. Jak się okazuje, na pogorszenie położenia I RP miał upadek Konstantynopola. Cała siła Osmanów szła na północny zachód.

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @rotmeister
16 lipca 2017 22:22

Jak to? A co ze złotym wiekiem?

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @gabriel-maciejewski 16 lipca 2017 22:22
16 lipca 2017 23:25

Midas się gdzieś zapodział;)

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @pink-panther 16 lipca 2017 22:18
16 lipca 2017 23:29

Pewnie paru ludzi się w tej Polsce codziennie modliło. Poza tym samo sie to nie utrzymało, i ci starzy Polacy to głupi nie byli;)

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @rotmeister
16 lipca 2017 23:31

PS. Sytuacja była dynamiczna i dwa lata później inszy sojusz szykowano. Z dalekim krajem. Jutro podrzucę.

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @rotmeister
17 lipca 2017 10:39

To ja poproszę o fragmenty innego dzieła Hirschberga nt. sojuszu z Francją, tuż przed Mohaczem i sacco di Roma! Czyli: Przymierze z Francją w 1524 r. (wyd. 1880).

Swoją drogą b. ciekawa postać ten Hirschberg. Wcale nie żyd, tylko syn niemieckiego (austriacjiego) komisarza policji we Lwowie! Musiał jednak budzić zaufanie kolegów, bo od początku z Ligą Polską się związał i T. T. Jeżem. Taki był z niego Polak - katolik i wróg Habsburgów;-)

Chociaż kawał dobrej roboty zodwalił, bo się wydawaniem źródeł do przełomowych momentów w naszych dziejach zajął (Dymitriady, ostatni Jagiellonowie, powstanie listopadowe). No i pospisywał te polonica, co to je Szwedzi ukradli i przez wieki jak swoje traktują.

Z jakiegoś powodu twierdził, że pierwszy Dymitr Samozwaniec był nieślubnym synem Stefana Batorego. Pewnie z tego powodu akurat te jego książki (bo jeszcze Marynę) wydano niedawno w formie reprintu i e-booka.

Ciekawe, dlaczego nikt nie zdigitalizował tego spisu szwedzkiej grabieży?

zaloguj się by móc komentować



zaloguj się by móc komentować